Chodzę nocą po domu

I wącham.

Dom.

Pachnie inaczej niż w dzień, to oczywiste.

Trochę pachnie włoskami Mo, trochę suszącymi się ubraniami, a trochę chlebem, który piecze Mi.

Pachnie też oczywiście naszymi czapkami i szalikami, butami i odkurzaczem. Brudnymi skarpetami w koszu na bieliznę. Wełnianym swetrem. Moimi perfumami.

Adka pokój pachnie najgorzej, ale kto by tam wąchał pokój młodego chłopaka, sam pot i testosteron. I talerze niezaniesione do kuchni, a na nich resztka pomidorka z cebulką.

Kiedy nie mogę zasnąć wącham.

Przeważnie rączkę Mo, która oczywiście z nami śpi od tygodnia (i już się lepiej czuje). Paluszki pachną zawsze czymś słodkim, truskawkami, lodami, ciasteczkami, kanapką z masłem, mlekiem z miodem i jabłuszkiem i nawet wieczorne mycie nie tego nie zmienia.

Kiedy wąchanie Mo nie pomaga, wyruszam na wąchanie domu. Snuję się po pustych pokojach wyczuwając ślady naszej przednocnej obecności. Cały dom pachnie życiem, a to mnie uspokaja.