Zupełnie jesienny dzień…

Pada, pada, pada, nawet już poprzecznie, jak to się mówi w Irlandii.

I do tego wszystko pozamykane – galerie, kina, kawiarnie, ośrodki sportu. I nikogo nie powinno się odwiedzać.

Do globalnego niepokoju u mnie nakłada się niepokój bardzo lokalny, mój osobisty, indywidualny czynnik zawsze wybijający mnie na orbitę strachu w milisekundę. M od trzech miesięcy kaszle, nie, nie covidowo, nie sucho, ale nieustająco, bez gorączki, mokro. W zeszłym tygodniu był u lekarza i muszę powiedzieć, że zareagowali bardzo szybko – jutro ma prześwietlenie płuc, a ja układam puzzle, bo nie chcę układać czarnych scenariuszy.

W takie dni – których będzie coraz więcej, bo winter is coming – najlepiej stworzyć sobie małą utopię w domu, zapalić wszystkie lampy, otoczyć się książkami, filmami, dobrym jedzeniem, gotować bigos i układać puzzle na dywanie. Można też robić na drutach.

Dziecko ogląda bajki, jak przygotowuję wykłady. Myślę, gdzie zasadzić klon japoński (chyba pod murem będzie mu dobrze?). Trzeba kupić sadzonki malin. Strach przychodzi falami, ale zawsze w końcu odpuszcza.