Dzieci Irlandzkie zaczynają naukę w wieku czterech, bądź pięciu lat (zależy od miesiąca urodzenia i miejsc w szkole), od klasy zwanej Junior Infant, po której idą do Senior Infant i dopiero do klasy pierwszej. Można by powiedzieć, że dwa pierwsze lata to zerówki, tyle, że są obowiązkowe i z programem klasy pierwszej – dzieci się uczą pisać, czytać i liczyć do stu. Zajęcia w szkołach zaczynają się najczęściej o dziewiątej, czasem przed zajęciami dzieci mają apel lub modlitwę, bo 96% podstawówek irlandzkich to szkoły wyznaniowe, a 90% katolickie. Jest trochę szkół protestanckich, jedna żydowska i chyba jedna muzułmańska.
Etos katolicki oznacza w praktyce różne rzeczy, szczegóły zależą od tradycji danej szkoły, siły rady rodziców, wpływów patronatu zakonu bądź pobliskiej parafii i oczywiście dyrektora. Zawsze oznacza to lekcje religii katolickiej jako część sylabusa, jak również przygotowanie do pierwszej komunii świętej, często modlitwę przed i po zajęciach, czasem objawia się to również bardziej odjechanymi artefaktami, jak na przykład gazetką ścienną z hasłami ‚Podnieś papier i pomyśl: czy Jezus by śmiecił?’. Szkoły nie-wyznaniowe nazywają się ‚wielowyznaniowe’ i mają lekcje o religiach świata – Adek na przykład był z wizytą w meczecie, świątyni buddyjskiej, kościele protestanckim i katolickim oraz świątyni żydowskiej. Szkoły wielowyznaniowe to najczęściej szkoły Educate Together, ruchu założonego w latach osiemdziesiątych przez rozdziców zmęczonych propagandą katolicką.
Szkoły są dość zróżnicowane ze względu na pochodzenie społeczne dzieci – obowiązuje ‚delikatna’ rejonizacja i dziecko z danego rejonu ma pierwszeństwo przyjęcia, a w dużych miastach nierówności klasowe układają się geograficznie. Pokazywałam chyba kiedyś tutaj mapy Pobal, które klasyfikują miejsce zamieszkania pod względem deprywacji – jeśli wpiszecie sobie w tę mapę hasło ‚Ballyfermot’ to zobaczycie, że dzielnica w której mieszkam jest określona jako ‚upośledzona’ czyli zagrożona ubóstwem. Co ciekawe, deprywacja nie jest mierzona dochodem (dlatego ‚ubóstwo’ tutaj jednak mi nie bardzo pasuje), ale poziomem wykształcenia, ilością samotnych rodziców, bezrobociem i ilością domów socjalnych. Szkoły w mojej dzielnicy są uznane za raczej słabe, choć podstawówki i szkoły średnie w tym względzie wydają się różnić – w szkolnictwie podstawowym poziom jest podobno dość wyrównany (ale trudno to zmierzyć ze względu na brak ogólnoirlandzkich egzaminów kończących podstawówkę). Upośledzenie za to wyraźnie widać w odniesieniu do szkół średnich – z mojej okolicy na studia dostaje się około 15% dzieciaków, w porównaniu z 95% z dzielnic lepszych.
Państwo stara się te różnice jakoś niwelować, wprowadzono program DEIS, który daje dodatkowe przywileje uczniom gorszych szkół, a całkiem niedawno zabroniono szkołom przyjmować na zasadach preferencyjnych dzieci, których członkowie rodziny ukończyli daną szkołę. Całe klany rodzinne kończyły dobre szkoły, a dzieciaki, które się dopiero przeprowadziły do danej okolicy nie miały żadnych szans dostania się do lepszych szkół, co dyskryminowało dzieci imigrantów i konserwowało pozycje społeczne. Zniesiono również zapisywanie dziecka do szkoły zaraz po jego urodzeniu. Nie było to popularne w szkołach słabszych, ale w szkołach obleganych, jeśli się nie zapisało dziecka na listę w ciągu pierwszego roku życia, było już często za późno w wieku dwóch lat. Rocznik Mo jest ostatnim rocznikem przyjętym na starych zasadach, od przyszłego roku dzieci będą przyjmowane na podstawie losowania.
Jak już wspomniałam, w mojej okolicy, dosłownie za rogiem, są trzy podstawówki, i kolejne dwie kawałeczek dalej. Ale Mo nie pójdzie do lokalnej szkoły, jako lewak trochę nad tym ubolewam, ale jako matka nie mam żadnych wątpliwości. Szkoła Mo jest właśnie szkołą Educate Together, nie-katolicką, o bardzo dobrej reputacji, ale publiczną i darmową i dlatego była już 63 na liście, kiedy zapisałam ją w wieku sześciu miesięcy. Moi znajomi wybrali się ze swoim synem tydzień po jego urodzeniu. Gdyby nie to, że utworzono w końcu dwie klasy, Mo nie miałaby szans się dostać. Tu dzieci nie uczą się religii, nie noszą mundurków (co jest bardzo wyjątkowe w Irlandii), mają wprowadzane elementy ‚forest school’ (np. jeden dzień w tygodniu spędza się cały na dworze), a rodzice są bardzo zaangażowani w sprawy szkolne. Zdaję sobie sprawę, że jest to szkoła dla rodzin uprzywilejowanych, dzieci z klasy średniej, z tak zwanych dobrych domów i statystyki to potwierdzają: w Irlandii dochód i wykształcenie rodziców jest mocno skorelowane z posyłaniem dzieci do tych nie-katolickich szkół, pomimo tego, że to szkoły publiczne. Drażni to moje poczucie sprawiedliwości – ale czy jakikolwiek rodzic odmówiłby takiego przywileju?
Miałam kiedyś taką dyskusję z moją ulubioną sąsiadką Hiszpanką, której syn – młodszy o rok od Mo – został zdiagnozowany jako dziecko na spektrum. L również zapisała go do naszej szkoły zaraz po urodzeniu, ale po diagnozie okazało się, że szkoła, pomimo równościowych haseł, nie oferuje nauczania dla dzieci nieneurotypowych. Takie możliwości daje szkoła lokalna, która zapewnia nauczanie zintegrowane w klasie ‚normalnej’ oferując dodatkową pomoc nauczycieli. L się strasznie obraziła na naszą szkołę i zaczęła mnie namawiać na posłanie Mo do lokalnej instytucji – miałyśmy parę naprawdę gorących dyskucji na ten temat. Czy naprawdę jestem hipokrytką, chcąc żeby moje dziecko skorzystało z (dość przypadkowo otrzymanego) przywileju? Gryzłam się tym przez jakiś czas, ale doszłam do wniosku, że żadna mama nie ma prawa sojemu dziecku takiej możliwości odbierać.
I tak oto teraz cieszymy się jutrzejszym pierwszym dniem w szkole, nie wiem już kto jest bardziej podekscytowany – ja czy Mo. Dzieciaki w klasie będą podzielone na mniejsze grupki i okazało się, że moja córka będzie w grupie właśnie z synem moich lewackich przyjaciół, tych, którzy zapisali go zaraz po urodzeniu. Oraz jeszcze jedną znajomą dziewczynką.
Wydaje się, że będzie tam mojej córce dobrze.