Ból głowy

niechybnie zwiastuje początek roku szkolnego, kiedy po wakacjach musimy zgrać nasze plany i zobowiązania tak, żeby a) rodzice mogli pojawić się w swoich pracach, b) rodzic mógł się pojawić w swojej szkole, c) dziecko zostało odebrane ze swojej i d) dziecko nie było samo w domu. W obecnej sytuacji musimy brać pod uwagę trzy uczelnie i szkołę, po dwa miejsca pracy na rodzica, a w dobie pandemii dochodzi jeszcze wesoły miszmasz zajęć online i w klasie. Dorzućcie do tego jeszcze dwa wieczory pracujące, brak instutucji świetlicy w Irlandii oraz brak samochodu (i prawa jazdy, hehe) i łamigłówka staje się koszmarem. Mo kończy codziennie o 1.10, ja w środę o 1 – jak się teleportować 5 km, żeby ją odebrać? W czwartek mam okienko od 1 do 2, kolejny wykład mam online – teoretycznie mogę odebrać ją o 1.10 i przywieźć do domu przed 2 i zacząć wykład. Praktycznie – już mi siebie szkoda.