Z wakacjami w Polsce trzeba się chyba pożegnać, a typowa Irlandzka pogoda nie nastraja optymistycznie. Ale nie pozwolę przecież, aby pogoda zepsuła mi lato!

Pamiętam takie właśnie lato w 2008, nasze pierwsze lato w Irlandii. Lało i wiało bez przerwy, było zimno i bardzo przygnębiająco, a za horyzontem czaił się wielki kryzys. Dzieliliśmy mieszkanie z pewną parą Polaków, którzy mieli w zwyczaju na nas się obrażać, bo na przykład zostawiliśmy nieumyte dwa talerze w zlewie, ale być może byliśmy po prostu dość upierdliwi, bo jako rodzina byliśmy bardziej głośni. Ściany koło okien były całe czarne od grzyba, w jednym pokoju lała się woda po ścianie. Mieszkanie było na parterze, przy ciemnej ulicy i w sypialni, gdzie spał Adek, prawie nie było dziennego światła. My z M spaliśmy w dużym pokoju na dmuchanym materacu, któremu co noc przybywało dziur, sumiennie zalepianych przez nas co wieczór w półgodzinnym rytuale. Materac nazywaliśmy ‚Ociosankiem’, bo coś w nim przypominało bardzo głodne niemowlę z filmu Svankmajera. Nie było nas stać nie tylko na łóżko, ale też na samodzielny wynajem tego mieszkania (1115 euro za miesiąc), dlatego, kiedy nasi współlokatorzy ogłosili, że się wyprowadzają, musieliśmy zacząć szukać czegoś tańszego. Mi w tamtym czasie pracował w fabryce przy montażu alarmów i zarabiał 19 tys. euro rocznie, ja nie nie miałam jeszcze pracy, ani nie przysługiwał mi żaden zasiłek. Płakaliśmy z Adkiem co noc, z tęsknoty za Polską, dziadkami, przyjaciółmi i latem. Kiedy M był w pracy, jak tylko nie lało chodziliśmy z Adkiem na spacery, do darmowych galerii i muzeów. Na weekend jeździliśmy nad morze, z własnymi kanapkami i piciem, oczywiście.

A jednak, pomimo wszystko, wbrew wszystkiemu, właściwie nie wiadomo dlaczego, czułam, że pozostanie w Irlandii to dobra decyzja. I miałam rację.

Ale zupełnie, zupełnie inaczej siedzi się w takie lato we własnym domu, czyta książkę i patrzy na cudny ogród.