w annałach, bo dziś pierwszy raz przebiegliśmy 10 km. Plusy epidemii – nigdy wcześniej tak systematycznie nie biegaliśmy.
Od dwóch tygodni pada. Siąpi. Kapie. Kapuśnaczy. Leje. Chłosta deszczem. Trawa już w ciągu tygodnia wróciła do swojej irlandzkiej zielości, petunie i hortensje kwitną, ale inne kwiatki słabiej.
Zmarł nasz przyjaciel. Na pogrzebie celebra. Tłumy, upał, długaśne przemowy. Najwięcej mówili oczywiście ci, co go mało znali. A jednak wystawny pogrzeb może przeszkadzać w żałobie – kto by pomyślał. My nie przylecieliśmy, bo nie było jeszcze lotów. Może i lepiej, że nas nie było. Myślę o W cały czas, wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Kiedyś byliśmy bardzo, bardzo blisko – W był chłopakiem mojej przyjaciółki i najlepszym przyjacielem M. Ojcem chrzestnym naszego związku, u którego w domu na kozetce spędziłam dużo czasu analizując drobiazgowo zachowanie M. Potem zaczął robić karierę i trochę się chyba nią zachłysnął, pamiętam, że kiedy M już tu wyjechał a ja byłam jeszcze w Polsce, umawialiśmy się na piwo i miałam dojmujące wrażenie, że jest za coraz grubszą szybą, że widzę tylko personę, a prawdziwy W jest gdzieś głęboko schowany. Przez parę lat na coraz rzadszych spotkaniach próbowałam się do niego przebić, wydawało mi się to niemożliwe, że jak ktoś był taki bliski, może się stać tak daleki. Widzieliśmy W jeszcze parę razy z M, ale prawdziwa bliskość wróciła dopiero rok temu, kiedy jego ukochana firma go zwolniła a on już był poważnie chory.
A teraz nawet piosenkę na pogrzebie puścili nie tę. Dobry zespół, ale nie ta piosenka.