Paragraf 22

Rząd Irlandzki ma trzy priorytety: otwarcie szkół, ochrona staruszków, działająca służba zdrowia. Pewno też gdzieś tam – wcale nie na ostatnim miejscu – znajduje się gospodarka. Czy to właściwe priorytety? Czy to dobra kolejność? Tego nie wie nikt. Ale jak szkoły będą zamknięte, to trudno oczekiwać, żeby ludzie wrócili do pracy – nawet, jeśli pracują w domu, jest to niemożliwe, więc i gospodarka się nie ruszy. Pozwalanie dziecku na oglądanie bajek przez parę godzin dziennie, dzień w dzień, miesiąc w miesiąć przez następne pół roku ociera się o poważne wychowawcze zaniedbanie i na pewno odbije się na zdrowiu psychicznym – dziecka i rodziców. Z drugiej strony otwierać wszystko na hurrra, bez przemyślenia wydaje się też niezbyt rozważną opcją. Wystarczy mi pooglądać co się dzieje w Ameryce Łacińskiej. Czy turyści przyjadą do kraju z szalejącym wirusem? Wątpię.

Dochodzą mnie słuchy, że w Polsce po tym jak na czas wyborów otworzyli wszystko, co sie tylko dało, bo przecież ‚wygraliśmy z wirusem’ przed wyborami, a teraz na powrót zaczynają straszyć restrykcjami. Dla mnie oczywiście porażką byłoby ponowne zamknięcie szkół. No, ale priorytety są różne.

To otwieranie gospodarki też nie takie proste – w Irl na przykład obecnie płaczą właściciele restauracji, które przecież mogą już działać. Ale centrum Dublina wymarło – wszystko otwarte, ale nie ma ludzi, a bez turystów i ludzi z pobliskich biur restauracje splajtują. A jak tu pozwalać turystom na przyjazd, kiedy wiadomo, że jak zakażenia wzrosną, to zaraz inne kraje nakażą kwarantanny po powrocie z Irl, co zupełnie odstraszy przyszłych potencjalnych odwiedziających. Czyli paragraf 22.

Patrząc z innej strony – może to już się nie zmieni? Może centra miast będą musiały się trochę wymyśleć na nowo? Ludzie posmakowali pracy z domu, nagle okazało się możliwe to, co jeszcze parę miesięcy temu każdy manager średniego szczebla zwalczał jakby od tego zależało jego życie. U mnie w pracy, na przykład, zajęcia się kończą w połowie kwietnia i teoretycznie nie musimy przychodzić do pracy aż do połowy września. Żyć nie umierać:) Nie oznacza to, że nie musimy pracować – mamy mnóstwo esejów i projektów do sprawdzenia, prace licencjackie, przygotowanie wykładów na nowy rok, jakieś michałki typu programmatic review, który naprawdę zajmuje mnóstwo czasu i który musimy przeprowadzać co pięć lat dla każdego kursu (a ja uczę na trzech, w porywach do czterech). Niektórzy jeszcze piszą publikacje naukowe;) Większość tych rzeczy można robić w domu, można, a nawet często trzeba, bo wszystkie wymagają dość dużej koncentracji uwagi. Fajnie jest przyjść do biura i pośmiać się z kolegami, ale poza pomnażaniem kapitału społecznego, siedzenia na d to nie zastąpi. Wydaje się, że taka praca jest idealna wręcz do ‚working from home’, ale jeszcze rok temu nasi managerowie za punkt honoru wzięli sobie dopilnowanie, by wszyscy wykładowcy meldowali się w pracy o 9 rano;D No i nagle teraz się okazało, że można siedzieć w domu, że nawet trzeba i że to wszystko hula lepiej niż jak się było w biurze (może poza ćwiczeniami czy wykładami).

Coś czuję, że pandemia przyniesie nam dogłębne zmiany. Oby nie na gorsze;)

Już dobrze.

Wszystko się we mnie uspokoiło, kiedy (nareszcie) podjęłam decyzję. A wyjazd kusił, przyjaciółka oferowała pomoc, bilety tanie… W końcu przeważyło to, że nawet, jakbym wyskoczyła do Pl tylko na tydzień, tylko odwiedzić najważniejszych ludzi i stare kąty, to i tak musiałabym w Irl siedzieć na dupie przez dwa tygodnie kwarantanny po powrocie. Ani nad morze, ani na krótki wyjazd, ani na spacer, ani do sklepu.

Pogodziłam się z rzeczywistością, podjęłam decyzję i cały zamęt wewnętrzny minął. Będzie dobrze. Jest dobrze. I zaraz pojawiły się pomysły, jak można tutaj umilić sobie życie i oto okazało się, że możemy odwiedzić ulubioną, dawno nie widzianą koleżankę Freyę (ktoś pamięta?). Ostani raz widzieliśmy K ponad rok temu, kiedy przywiozła nam cudny kominek z Waterford. K kocham od pierwszego wejrzenia, jest jedną z tych osób, z którymi zawsze jest o czym rozmawiać, a wyskoczenie na kawę może skończyć się tańcem nago przy świetle księżyca na brzegu jeziora z kwiatem paproci w zębach. K jest osobą niekonwencjonalną w najlepszym tego słowa znaczeniu. I jeszcze mieszka w przepięknym zakątku Irlandii. I jej gościna spadła nam z nieba, bo na jakikolwiek krótki wyjazd z noclegami gdzieś w Irlandii trudno się na razie wybrać, bo – podobnie jak w Polsce – ludzie tłumnie ruszyli na wypoczyn i wszystkie fajne kwatery są pozajmowane, albo wyjątkowo drogie (chcieliśmy pojechać na zachodnie wybrzeże na długi weekend i okazało się, że kosztowałoby nas to dużo ponad 1000 euro).

Oprócz tego zostając w domu pchniemy do przodu parę spraw remontowych, co też nie jest bez znaczenia.

Ale bez samochodu jak bez (trzeciej) ręki, odczuwam to teraz szczególnie. Te samoloty, pociągi, autobusy, podróż 3 h w maskach, klimatyzacja, dotykanie tych wszystkich klamek i powierzchni. Wszystko staje się bardzo, bardzo skomplikowane. Zapisałam się zatem na test z teorii, najbliży wolny termin to 14 listopada w Sligo! Jadę z koleżanką, po teście planujemy relax w wodorostach. W Dublinie pierwszy termin (testu, nie wodorostów) dopiero w połowie stycznia!

W Irlandii po zdaniu teorii dostaje się ‚learners permit’, wtedy trzeba jeszcze zaliczyć 12 godzin jazdy z instruktorem i jeździć z osobą towarzyszącą, aby zdać jazdę. Ja takiej możliwości nie mam, dlatego planuję wykupić 100 jazd. Przecież w końcu się muszę nauczyć:)

Lato! Słońce! Morze!

Nareszcie!

Byłam ostatnio dość marudna, niezbyt wakacyjna, trochę smetna. Dotarło do mnie, że nie polecę w tym roku do mojej rodziny, nie zobaczę mamy taty siostry brata, drugiej siostry, drugiego brata, ich dzieci i partnerów. Ani moich przyjaciół. Ani przyjaciół moich przyjaciół. I jeszcze pogrzeb jeden i drugi. No i w ogóle. Deszcz, temperatury koło 15 stopni celsjusza. Wiatr. Nie ma cudnego balsamicznego zapachu sosen z polskiego morza. Nie ma upałów, długiego siedzenia przy napojach wyskokowych albo i nie. I tak mi trochę nie tak było – niby wakacje, ale. Niby przerwa, a czuję się jak telewizor na stand baju. Jak Alexa, która niby nie słucha, a wszystko nagrywa.

Ale oto dzisiaj!

Słońce! Pogoda! Morze! Kamienie! Powietrze!

Nie byłam za Trzaskowskim

ale jeszcze bardziej byłam przeciw PiS.

PO (KO) jest dla mnie oczywiście za bardzo ‚zausz firmę’, zbyt neoliberalne ekonomicznie, zbyt pogardliwie odnoszące się do biednych, starych, mieszkających na wsiach.

Ale PiS wcale nie jest socjalistyczną partią, jakby ktoś myślał. Za rządów światłego PiS-u sfera usług publicznych upada – służba zdrowia jest chronicznie niedofinansowana i prywatyzowana, ludzie uciekają do różnych Luxmedów i wydaje się im, że super, bo ‚są klasą średnią’. Edukacja publiczna, z której Polska była taka dumna, powoli się degeneruje, nauczyciele traktowani są jak pół darmowi wyrobnicy propagandowi. Coraz więcej moich znajomych (lewicowych!) posyła swoje dzieci do szkół prywatnych, albo chociaż kupuje korepetycje. Mnie się to nie mieści w głowie – Adek w całej swojej karierze szkolnej był na DWÓCH godzinach korków z polskiego, przed tutejszą maturą. Transport publiczny został zupełnie rozpieprzony, kolej działa dużo gorzej niż za komuny. Za to wszystko ludzie dostali 500+ – i niech sobie kupią auto/zapłacą za operację/prywatne szkoły. Nie pojmuję, po prostu nie mieści mi się w głowie, jak można tego nie wiedzieć. W pakiecie z upadkiem usług publicznych PiS oferuje farmazony w stylu ‚Polska dla Polaków’, zakaz aborcji, strefy wolne od LGBTI itd itp, wszystko to, co zostało już wiele razy opisane. Teraz zaczynają z ‚repolonizacją mediów’. WTF?? Ale dla wyborców PiS z mojej rodziny, jeszcze nigdy nie było tak dobrze w Polsce;D, nie żartuję. Propaganda za dwa miliardy działa.

Więc nie byłam za Trzaskowskim, ale bardzo, bardzo jestem rozczarowana wynikami wyborów.

Z wakacjami w Polsce trzeba się chyba pożegnać, a typowa Irlandzka pogoda nie nastraja optymistycznie. Ale nie pozwolę przecież, aby pogoda zepsuła mi lato!

Pamiętam takie właśnie lato w 2008, nasze pierwsze lato w Irlandii. Lało i wiało bez przerwy, było zimno i bardzo przygnębiająco, a za horyzontem czaił się wielki kryzys. Dzieliliśmy mieszkanie z pewną parą Polaków, którzy mieli w zwyczaju na nas się obrażać, bo na przykład zostawiliśmy nieumyte dwa talerze w zlewie, ale być może byliśmy po prostu dość upierdliwi, bo jako rodzina byliśmy bardziej głośni. Ściany koło okien były całe czarne od grzyba, w jednym pokoju lała się woda po ścianie. Mieszkanie było na parterze, przy ciemnej ulicy i w sypialni, gdzie spał Adek, prawie nie było dziennego światła. My z M spaliśmy w dużym pokoju na dmuchanym materacu, któremu co noc przybywało dziur, sumiennie zalepianych przez nas co wieczór w półgodzinnym rytuale. Materac nazywaliśmy ‚Ociosankiem’, bo coś w nim przypominało bardzo głodne niemowlę z filmu Svankmajera. Nie było nas stać nie tylko na łóżko, ale też na samodzielny wynajem tego mieszkania (1115 euro za miesiąc), dlatego, kiedy nasi współlokatorzy ogłosili, że się wyprowadzają, musieliśmy zacząć szukać czegoś tańszego. Mi w tamtym czasie pracował w fabryce przy montażu alarmów i zarabiał 19 tys. euro rocznie, ja nie nie miałam jeszcze pracy, ani nie przysługiwał mi żaden zasiłek. Płakaliśmy z Adkiem co noc, z tęsknoty za Polską, dziadkami, przyjaciółmi i latem. Kiedy M był w pracy, jak tylko nie lało chodziliśmy z Adkiem na spacery, do darmowych galerii i muzeów. Na weekend jeździliśmy nad morze, z własnymi kanapkami i piciem, oczywiście.

A jednak, pomimo wszystko, wbrew wszystkiemu, właściwie nie wiadomo dlaczego, czułam, że pozostanie w Irlandii to dobra decyzja. I miałam rację.

Ale zupełnie, zupełnie inaczej siedzi się w takie lato we własnym domu, czyta książkę i patrzy na cudny ogród.

Dzisiejszą datę trzeba zapisać

w annałach, bo dziś pierwszy raz przebiegliśmy 10 km. Plusy epidemii – nigdy wcześniej tak systematycznie nie biegaliśmy.

Od dwóch tygodni pada. Siąpi. Kapie. Kapuśnaczy. Leje. Chłosta deszczem. Trawa już w ciągu tygodnia wróciła do swojej irlandzkiej zielości, petunie i hortensje kwitną, ale inne kwiatki słabiej.

Zmarł nasz przyjaciel. Na pogrzebie celebra. Tłumy, upał, długaśne przemowy. Najwięcej mówili oczywiście ci, co go mało znali. A jednak wystawny pogrzeb może przeszkadzać w żałobie – kto by pomyślał. My nie przylecieliśmy, bo nie było jeszcze lotów. Może i lepiej, że nas nie było. Myślę o W cały czas, wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Kiedyś byliśmy bardzo, bardzo blisko – W był chłopakiem mojej przyjaciółki i najlepszym przyjacielem M. Ojcem chrzestnym naszego związku, u którego w domu na kozetce spędziłam dużo czasu analizując drobiazgowo zachowanie M. Potem zaczął robić karierę i trochę się chyba nią zachłysnął, pamiętam, że kiedy M już tu wyjechał a ja byłam jeszcze w Polsce, umawialiśmy się na piwo i miałam dojmujące wrażenie, że jest za coraz grubszą szybą, że widzę tylko personę, a prawdziwy W jest gdzieś głęboko schowany. Przez parę lat na coraz rzadszych spotkaniach próbowałam się do niego przebić, wydawało mi się to niemożliwe, że jak ktoś był taki bliski, może się stać tak daleki. Widzieliśmy W jeszcze parę razy z M, ale prawdziwa bliskość wróciła dopiero rok temu, kiedy jego ukochana firma go zwolniła a on już był poważnie chory.

A teraz nawet piosenkę na pogrzebie puścili nie tę. Dobry zespół, ale nie ta piosenka.