Wiosna wyzwala we mnie jakieś takie prymitywne chłopskie marzenie o grzebaniu w ziemi. Gdzieś tak na początku marca co roku z lubością wdycham zapach nawozu (który potwierdza to, co i tak wiem – Dublin to duża wioska). Kupuję rękawice ogrodowe, krowi nawóz, kompost (nasz jeszcze dojrzewa), taczki, napowietrzacze do trawnika. Kosiarkę. Doniczki, nasionka, krzaki róż. Już. Już teraz od zaraz, już w tym momencie tak bardzo bardzo chciałabym mieć mnóstwo kwiatów i liści i zielonego gąszczu. Zachwycam się każdym pączkiem i każdym listkiem. Wdycham wilgotne powietrze. Słucham śpiewu ptaków. Słońce zaczyna ogrzewać mój północny trawnik, jeszcze trochę, jeszcze tydzień-dwa i będzie zaglądać mi do okna.