Zabezpieczony: Zimny chów
Zabezpieczony: Zrycie beretu na zdrowie
Zabezpieczony: Bezwzględne względy
Zabezpieczony: Powrót wypartego
Kiszenie
Niedziela w łóżku. Gorączka pojawiła się w nocy, obudziło mnie pojękiwanie i wiercenie (oczywiście, że spała ze mną), czoło rozpalone jak lokomotywa. Oczywiście, że znowu jest chora.
Cały dzień w domu z córeczką, która szydełkowała przez 10 godzin, gdyż tylko to była w stanie robić. Regularnie, jak w zegarku po 4 godzinach gorączka skakała. Nie poszłam zatem pobiegać, ani na spacer, ale zepsuty termometr i resztki paracetamolu sprawiły, że wyjście do apteki stało się konieczne, musiałam tylko poczekać aż jej spadnie temperatura, bo Mi w tym czasie szkolił się w Cork, na kolejnych warsztatach z dramy.
Korzystając z wymuszonego braku aktywności i konieczności kiszenia się w domu, prawie skończyłam książkę o samobójstwie w rozumieniu psychoanalitycznym (i rozpoznawaniu stanów przed), poleconą przez wykładowcę w sobotę. Cóż mogę powiedzieć – ciężka lektura.
Mi wrócił późnym wieczorem, cały podekscytowany. Kolejne warsztaty na początku grudnia w Porto, już zabukował bilety. Zazdro!
Wąchanie światła
Piątek. Wczoraj wielka, żółta pełnia, nisko, wręcz na kominie, kiedy wracałyśmy z Mo z lekcji muzyki (mówiłam, że jest już ciemno, jak wracamy ze szkoły?? Skandal!).
Na dworze dziwnie ciepło, choć deszczowo. Aura wilgotna i mglista, nad ziemią opary jesieni. Lubię zapach butwiejących liści, muszę nawąchać sie na zapas. I lubię jeździć rowerem, bo można świat wąchać. Ze wszystkich zmysłów najczulsze mam powonienie, oczywiście przeważnie nie jest to przyjemne. Nie lubię proszków do prania ani zmiękczaczy do płukania, bo one po prostu śmierdzą chemią. Lubię zapach szafy, ubrania, które leżą długo w szafie pachną jak moja babcia. Zapach kurzu i pająków też jest przyjemny. Lubię zapach zimy, kiedy jest śnieg, i zapach letniej nocy we Wrocławiu, koniecznie w pobliżu dworca, bo wtedy czuć woń podkładów kolejowych. I zapach smażonego czosnku na ulicy koło chińskiej knajpy. W ogóle lubię dziwne zapachy, czasem bardzo dziwne (nie powiem jakie).
Kolejny tydzień pracy za mną, tak oto niepostrzeżenie minęła 1/4 roku akademickiego, czy ktoś może w to uwierzyć??

W tym tygodniu robiłam same ciekawe rzeczy w pracy, codziennie wstaję i dziękuję światu, tfu, wróć, wstaje i klnę, że muszę tak rano wstawać, robię gimnastykę, biorę prysznic, suszę włosy, jem owsiankę na zimno, robię oko, jedno, potem drugie i piję kawę. I wtedy dopiero myślę sobie, że mam taką ciekawą pracę. Ostatnio ciekawi mnie styk socio i psychologii, mam wrażenie, że psychologowie właśnie odkrywają to, co sociologowie mówią od 100 lat, tylko nikt ich nie słucha.
Mo w tym czasie na śniadanie je obiadek, pierożki, albo zupkę, bo nie lubi kanapek i przy okazji bazgrze długopisem. Wczoraj walnęła taki japoński pejzażyk:

Zaczynają mnie tylko trochę męczyć wykłady w nocy, to znaczy mogłabym mieć wieczorowych, gdybym nie miała dziennych i nie musiała wstawać o 7 rano, bo jak skończę zajęcia o 21.30, zanim dojadę do domu, zanim coś zjem, zanim się umyję, a najważniejsze zanim wyłączę motorek, bo jestem najkręcona przeważnie jak mały samochodzik, jest północ.
Wczoraj do mnie napisała mama niemowlęcia, która znalazła moje zapomniane ogłoszenie w zakamarku korytarza szpitalnego i zgłosiła się do obserwacji infanta:D Od razu zrobiło mi się bardzo miło, jakby znalazła moją butelkę, którą dwa lata temu wrzuciłam do oceanu. Ja już jestem gdzie indziej, ale za jej zgodą, przekazałam numer studentom dwa lata niżej. Ktoś się bardzo ucieszy.
Jutro jestem cały dzień na zajęciach klinicznych. Mi wyjechał na weekend na swoje dramy i teatry, zostałyśmy z Mo same, w planach po zajeciach szydełkowanie i oglądanie dziewczyńskich seriali.
Słucham nowego albumu Lily Allen i robi mi się smutno, potem googlam wszystko o jej ostatnim rozstaniu i myślę sobie różne rzeczy. Trudno być artystą, zastanawiam się, czy jej córki słuchają jej piosenek, czy jest w stanie je jakoś ochronić.
Ciemność widzę
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie co to będzie…
No więc kocham to, że jest jasno jak wstaję, ale NIENAWIDZĘ tego, że jak odbieram Mo ze szkoły to jest już zupełnie ciemno. To znaczy jeszcze jej nie odbierałam ze szkoły, bo wczoraj szkoła zadzwoniła o 9.35 że dziewczyna trochę zwymiotowała na wf-ie, ale jest ok, potem zadzwoniła o 10.15 że jednak nie jest ok i czy mogę ją odebrać. Posłałam Mi, bo akurat pracuje z domu (chwała kowidowi za zmiękczenie serc pracodawców!). Po odebraniu podobno jeszcze raz zwróciła śniadanko w samochodzie, ale od tego czasu już spokój. No i wychodzi na to, że choć wszyscy drżeliśmy przed stomach bug (chyba Trolla kiedyś pisała o straszliwym szwedzkim magsjuka haha, tutaj też się go boimy!), była to raczej pozostałość po halołinie – nie dało rady przetworzyć ton śmieciowego cukru i E327. Po dwóch dniach BEZ słodyczy jest dobrze (choć już wczoraj wieczorem korzystając z mojej nieuważności wcięła batonik).
Ale ciemność nam wczoraj przeszkadzała w bieganiu, to znaczy pobiegliśmy, ale przy dużym ryzyku wdepnięcia w kupy. Cud, że nie wdepnęliśmy. Ogólnie było bardzo romantycznie, okazało się, że to boisko, to, które wam pokazałam w ostatnim wpisie, w ogóle nie jest oświetlone i było ciemno jak w d., wobec czego biegliśmy na czuja. Ale było fajnie.
Cały dzień w papierach. Czytam o rodzinie, biedzie i inteligencji. A tutaj dwie badaczki z PAN ukradły mi wnioski z mojej magisterki. Cóż mogę powiedzieć – wielkie umysły myślą podobnie;D