No i tak

Leżę, bolę, nie jestem w stanie pójść na siusiu. Tak skończyła się moja wczorajsza podróż na pogadanie z koleżanką.

Przy kanale, dokładnie na tej drodze widzianej na pierwszym zdjęciu po prawej stronie, nagle wyskoczył mi pod rower młody chłopak na elektrycznej hulajnodze, może 11 a może 12 lat, oczywiście cały na czarno i bez kasku. Zupełnie znienacka, bez oglądania się na nic, prosto z przystanku tramwaju, prosto po koła. Pocisnelam po hamulcach jak dzika, elektryczny rower wywrócił się i przygniotl mi stopę, pociągnął mnie jeszcze z parę metrów, to jest naprawde ciężka maszyna. Nie chciałam potrącić dzieciaka, zadziałał instynkt. Najpierw nie mogłam wstać, potem jak mi pomogli wstać i wszystkim podziękowałam i sobie poszli, okazało się, że ja dzisiaj już nigdzie nie pojadę, ani nawet nie pójdę, postałam z 15 minut i zagadnęłam przechodzącego pana z rodziną o pomoc. Pan mi zapiął rower do barierki i przeprowadził mnie przez mostek tak, żebym mogła zamówić taxi. I prosto na pogotowie.

Na szczęście podobno nie ma złamania, na szczęście mialam kask oczywiście, u lekarza jeszcze mnie chyba adrenalina niosla, bo na pytanie jak boli od 1 do 10 powiedziałam 3 🙈 ale już w domu zaczelo mnie naprawdę ostro. Mam jakieś przeciwbole na receptę, ale napieprza koszmanie i nie działają. Dajcie mi porządne dragi! Czemu wszyscy się teraz tak boją uzależnienia, całą noc nie mogłam spać, tylko siedzialam na łóżku i kiwalam się z bólu, poproszę coś mocniejszego kurde. Oczywiście nie poszlam dziś na zajęcia.

Z plusow: mam zwolnienie na cały tydzień i dostałam kule za darmo!

Z minusow: mam pierwsza wizytę pacjenta/klienta we wtorek, ja tam MUSZE być.

Cry me a River

Życie się toczy swoim rytmem, wczoraj dobra wiadomość z pacjentem/klientem i bardzo bardzo, niewiarygodnie niedobra wiadomość od koleżanki stąd, z Irl, której długo nie widziałam. Nadal nie mogę sobie tego pomieścić w głowie i prawdę mówiąc nie chcę. Córeczka jej umarła i to nie malutka, tylko całkiem duża. W nocy sny wokół tematu, dziwne, gęste. Ten-który-śni natworzył marzeń sennych, namęczył się i natrudził, a ja się tylko przewracałam z boku na bok na tym seansie.

(Od kiedy zaczęłam zwracać uwagę na sny, mam mniej problemów ze spaniem, wieczorem oddaję się w objęcia tego-który-śni i zgadzam się wyruszyć w podróż, zastanawiając się, co też znowu będzie mi dane oglądać w nocy).

Zajętość się powoli spiętrza. Jak co roku, sprawdzanie esejów i pracy, jutro zajęcia od 9 do 5, a w niedzielę Amerykanie zawalą mnie esejami, na których sprawdzenie mam dwa dni, które już też, jak się okazuje, wypełnione są różnymi aktywnościami po brzegi – do normalnych zajęć dochodzi jeszcze obiad z profesorem i pierwsza sesja z pacjentem.

Dzisiaj spotykam się z tą koleżanką. Nie będzie to łatwe.

W domu chodzę po schodach i głęboko oddycham, patrzę na buraczkowe ściany w korytarzu i małe rysuneczki poprzyklejane na futrynach, otwieram drzwi do pokoju Mo, patrzę się na ten burdel na kółkach i wiem, że mam dużo szczęścia.

Wracamy ze szkoły,  świeci słońce.

Mi siedzi w pokoju na dole, zawalił stolik do kawy swoimi papierami i komputerami, od rana rozmawia, łowię uchem urywki kryzysów i strzępki nadziei. Siobhain jednak nie będzie miała łóżka przed świętami, od pół roku śpi na podłodze na dmuchanym materacu, który jest trochę dziurawy, bo nie stać jej na łóżko. Dwa miesiące temu dostała dofinansowanie od organizacji dobroczynnej, bo z jej zasiłku nie jest w stanie tyle odłożyć, razem z Mi zamówili rozkładaną wersalkę, taką, jak chciała, bo ma tylko jeden pokój, a teraz okazuje się, że sklep wyprzedał wszystkie wersalki i bardzo przeprasza, ale ten model już nie jest dostępny. Siobhain nie stać na inny model, zależy jej również, żeby sofa była rozkładana, bo jak przyjmie dzieci jak ją w końcu odwiedzą, więc święta spędzi na podłodze, na dziurawym materacu. Siobhan przeszła takie rzeczy w dzieciństwie, że lepiej o tym nie opowiadać, ale cieszy się, bo od 10 lat jest trzeźwa i jej dzieci się do niej odzywają i chcą się spotykać.

Nie umiem pisać o takich rzeczach, historie, które mi opowiada Mi ze swojej pracy są nie do uwierzenia, naprawdę nie chce się wierzyć, że życie może być takie niesprawiedliwe, więc tworzy się jakieś historie, że tak naprawdę ci ludzie są sami sobie winni, no muszą być, bo jak inaczej to wyjaśnić? Więc wymyśla się jakieś bajki, że ludzie tylko wyciągają rękę po pomoc, że sami z siebie nic nie dają, że to ich wina i że to oni zawalili, i tylko dej i dej w kółko, ci zasiłkowcy. Cry me a river, no naprawdę.

Mężczyzna (jednak) Wraca

Kończy nam się ten dziewczyński czas z moją córeczką, Mi wraca z wojaży. Przez pięć dni był w swoim żywiole. Przesłał nam fajne fotki, na przykład z muzeum lalek:

Jakoś tak się składa, że rzadko bywam sama, to znaczy bez mężczyzny w domu, a bardzo to lubię. Cały dom wtedy ma jakąś taką inną, kobiecą energię, vibe, jak mówi Mo, jest zupełnie inny – spokojniejszy, delikatniejszy, łagodniejszy. Po (prawie) 30 latach bycia razem funkcjonujemy z Mi tak spoiście, że czasem trudno mi powiedzieć, co jest moje, a co jest jego, a w taki czas mogę się sama zobaczyć na nowo. I ugotować rosół, na kurczaku i wołowinie, którego nigdy nie robię przecież na obiad z weganem.

Dobrze mi się śpi z córeczką. Nie wiem, co to jest, może całą noc jestem owinięta w dziecięce niewienne sny, a może to wieczne matki czuwanie w głowie się jakoś wyłącza, bo moje dziecko jest na wyciągnięcie ręki, więc mogę się odprężyć i po prostu spać. Próbuję pamiętać sny, ale mam ich tak dużo, a wstaję tak rano, że po wyskoczeniu z łóżka i zapaleniu światła, snów już nie ma.

Przygotowuję się na pierwszego pacjenta, wszystko staje się coraz bardziej realne. W międzyczasie słucham debat komisji parlamentarnych w Irl o regulacji zawodu psychoterapeuty, bo jest afera jak w Polsce, tylko tutaj się towarzystwa nie kłócą ze sobą, ale z biurokratami. (W debcie bierze udział mój wykładowca, John, psychoterapeuta i psycholog:). Rząd przygotował projekt prawnej ochrony tytułu psychoterapeuty, zajmuje się tym rządowa agencja CORU, która reguluje zawody związane ze zdrowiem, jak np. fizjoterapeutów czy logopedów, oprócz lekarzy i pięlęgniarek. Po naprawdę wielu latach pracy CORU przedstawiło projekt, który jak się okazało nie uwzględnił głosu środowiska i został totalnie oprotestowany, środowisko reprezentują tu dwa największe stowarzyszenia Irish Council for Psychotherapy (2500 zrzeszonych terapeutów i wszystkie szkoły terapii, od psychoanalitycznej do behawioralnej) i Irish Association for Counselling & Psychotherapy (6500 zrzeszonych). W odróżnieniu od Polski, tutaj środowisko nie jest podzielone i zgadza się w zupełności dlaczego regulacje są do dupy. Zarzucają CORU obniżenie standardów, bo w projekcie nie ma terapii własnej jako niezbędnego warunku, nie ma również superwizji, studenci mają się uczyć prowadzenia terapii za pomocą refleksji, hahaha. Brak wymagania terapii własnej agencja uzasadnia m.in. chęcią chronienia studentów, których terapia mogłaby narazić na ‚nadmierny emocjonalny stres’ 😀 U przyszłych terapeutów, którzy mają się zajmować wykorzystywaniem seksualnym, traumą, depresją, osobami ze skłonnościami samobójczymi i tak dalej. Nie żartuję.

Jeśli takie standardy wejdą, psychoterapeuci szkoleni w Irl nie będą mogli praktykować w innych krajach EU, bo we wszystkich, gdzie dostęp do zawodu jest regulowany, terapia własna i superwizja są podstawą kształcenia. CORU broni się, że np. w kognitywno-behawioralnych podejściach terapia własna nie jest wymagana, środowisko zarzuca biurokratom, że się zupełnie nie znają i ekstrapolują model jednej szkoły na wszystkich. Przy czym spośród 36 urzędników ustalających standardy w CORU, jeden ma wykształcenie kierunkowe. Afera na trzy fajerki, środowisko się kompletnie zbuntowało, a agencja twierdzi, że konsultacje są zamknięte i przechodzi do następnego etapu, czyli spotkań z instytucjami edukacyjnymi, które prowadzą kierunki psychoterapeutyczne. (W Irl większość kursów jest prowadzona przez szkoły publiczne, czyli nie do końca chodzi tu o kasę jak w Polsce.) Także ostro bulgocze w kotle.

A oprócz tego sztorm Bran prawie nas z Mo zwiał ze ścieżki rowerowej, rower nie był dobrym pomysłem jednak.

Kobieta w Sytuacji

Cały dzień gdzieś mi zginął.

Rano wydawało się mi się, że mam cały dzień, calutki i taki świeżutki, wstałam bowiem całkiem wyspana o 8.30, gdyż dzisiaj szkoła mojej córki ma szkolenie, więc uczniowie zostali w domu, a my mogłyśmy się z Mo wyspać. Tak się składa, że lubię spać z moją córeczką, wiem, nie bardzo dorośle. (Śpimy razem, bo Mi wyjechał się szkolić, tym razem do Portugalii).

Ale po wyspaniu zaczęłam biec i nie wiem jak to się stało, że skończyłam bieg o godzinie 19, a niby miałam cały dzień wolny, oprócz jednego jedynego wykładu o 10 i to w dodatku online. No więc tak, po wykładzie pogadałam z Kobietą w Potrzebie, potem odwiozłam Mo do koleżanki, potem się wykąpałam i upiękniłam, bowiem w planach miałam zrobienie profesjonalnych zdjęć na stronę kliniki. Zdjęcia robić mi miała inna koleżanka, która mieszka blisko i jest fantastycznym fotografem, u koleżanki wypiłam kawkę, oczywiście, pogadałyśmy i zrobiła mi zdjęcia, a wtedy okazało się, że zapomniałam już jak ja naprawdę wyglądam, no fotogeniczna to ja nie jestem. Do tego wydaje mi się, że mam coś takiego w twarzy jakby obronnego, lekko drwiącego wręcz w oczach, powiedziałabym, próbowałam się zatem patrzeć do kamery AUTENTYCZNIE i NAPRAWDĘ CIEPŁO, ale kurcze blade spróbujcie sobie sami tak patrzeć, ni huhu, nie da się. Cały czas mi ten sarkazm wychodzi centralnie na facjatę. No nic, mam zatem zdjecia z sarkazmem, no co zrobisz jak nic nie zrobisz. (Mi mówi, że muszę zrobic sobie zdjęcie po miłości, wtedy się ładnie uśmiecham). Ale w ogóle zdjęcia to tragedia! Czy ktoś w ogóle lubi sobie robić zdjęcia?? Po zdjęciach i kawce machnęłam w domu drobne porządeczki i nagle zrobiła się szósta i trzeba było odebrać Mo. I tak cały dzień myk myk myk i go nie ma.

Weekend zapowiada się deszczowy i snujący, zziębnięty i mglisty, ale od kiedy minęła mi para-grypa (po szczepionce) stawiam czoło wyzwaniom aktywnie i z werwą. W pracy nasz zorganizowany wtorkowy event, z prezentacjami członkini parlamentu Irlandzkiego, aktywistki LGBT oraz Mi i mojej byłej studentki okazał się naprawdę sukcesem, a my ciaptaki nawet nie zrobiliśmy zdjęć! Rekiny marketingu, no naprawdę. Dostałam nieoficjalną propozycję ponownego zostania szefową naszej małej komóreczki, ale to jeszcze zależy czy komóreczka w ogóle przetrwa najnowsze trzęsienia ziemi w korpo. Jak widać chwalę się dziś jak najęta. Ale w poniedziałek zawaliłam ważną sprawę, więc muszę się podbudować, ale spuśćmy już na to zasłonę milczenia.

Z rzeczy wciągających po godzinach śledzę najnowsze otwarcie afery Kąckiego i nie mogę uwierzyć, jak można być takim gościem, który robi coś takiego i tak bardzo nie rozumie, a równocześnie uważa się za króla reportażu. Tutaj Kacki u Lisa, czyli mobber gości gościa, co się onanizował przy kobiecie która sobie tego nie życzyła, dwaj narcyzi nie mogący się pogodzić, że ktoś nie daje się już używać. Morze słów i filozofowanie majace przykryc prosty fakt: że facet nie umie stanąć w prawdzie. Żenujące. I smutne. Dwa lata temu Mi dostał jego książkę o faszystach pod choinkę, a potem shit hit the fan i już nigdy nie zostanie przeczytana, bo okazała się zupełnie niewiarygodna w kontekście autora skłonności do mitomanii i podkęcania historii. Kiedyś Mi uratował mnie od takiego właśnie jednego oblecha, jeszcze wtedy nie był moim mężem, tylko kolegą z roku i wystarczyło jedno pytanie do mnie ‚Czy ty tego chcesz?’ kiedy wszedł do pokoju i zobaczył niedwuznaczną sytuację, czyli mnie 19-latkę pijaniutką leżącą na sofie i gościa, który się do mnie dobierał. A kiedy pokręciłam głową, że nie, bo z powodu pijaności byłam w stanie tylko to zrobić, wziął gościa za fraki i wywalił z pokoju.

Lewak Rekinem Biznesu

Mieli się w głowie, no cóż, nie ma lekko. Dopada mnie też stres finansowy, rachunki pod koniec roku rosną, a na razie słabo z dodatkowymi dochodami, nad czym zupełnie nie mam kontroli. Klinika szkoleniowa trochę sobie nie radzi biznesowo, trudno żeby sobie radziła, jeśli wszyscy to terapeuci bez biznesowego podejścia. Wdrożyli jakieś środki zaradcze, ustawili lepiej stronę, zobaczymy czy teraz bedzie śmigać, musimy się też sami trochę wziąć do roboty. Ja też nie jestem biznesowa i szarpie mnie od środka jak mam zacząć być, moja lewacka dusza się buntuje, ale tłumaczę sobie, że umiejętność odnalezienia się na rynku to ważna umiejętność niezależnie od ideologii. I przecież wykorzystywać i alienować będę jedynie siebie, hehe.

Dziś mimo, że mam wolne od pracy w pracy, zjawiłam się w szkole na evencie, gdzie będzie miał prezentację Mi razem z koleżanką Travellerką o tym, jak pracuje z Travellerami. Bardzo ciekawe, oczywiście.

Widoczki z kantyny z rana wynagradzają zjawienie się w pracy:

Cios wibrującej pięści

Ciężka noc, całe sześć godzin coś się mieliło w głowie, jednak wczoraj użarło mnie to COŚ dokumentnie, zasnęłam dopiero o 1, po 1/4 tabletki. Wstałam za to po 5 rano, czyli hello dzień, to znaczy nie wstałam oczywiście, tylko zrobiłam sobie szybką prasówkę na komórce, jeszcze w łózku. Na świecie bez zmian, a szkoda. Potem wstałam i zapisałam sny, które mi się właśnie mieliły w głowie, to ważne, żeby pamiętać, żeby być świadomym.

Dziś dzień napakowany zajęciami jak rodzynkami, superwizja, wykład, potem moja pani, potem znowu wykład, wszystko w różnych częściach miasta i będę się tak bujała tym razem na hulajnodze, tam i z powrotem, przez pół Dublina.

Do tego leje. I poniedziałek.

A siostrę dopadł cios wibrującej pięści, ja jeszcze niedawno też tak oberwałam, od tej samej osoby, więc wiem, co to znaczy. Pamiętacie Brusliego (Bruce Lee) i teorie spiskowe o jego śmierci? Jak dopadł go cios wibrującej pięści cztery dni po walce? Jako dziecko byłam wyznawcą wszystkich teorii spiskowych, wierzyłam w nie święcie, a teraz już wiem, że takie ciosy istnieją, tylko raczej niematerialne, ciosy, które cię dopadają parę dni po i nie możesz przestać o tym myśleć.

Wczoraj skończyliśmy Bestię we Mnie, dobre amerykańskie kino, czyli przyjemnie się oglądało, świetna gra aktorska, ale bez szczególnych zachwytów i odkryć. Jedna rzecz mi się podobała – jak podkreślono różnicę pomiędzy myślą a uczynkiem, to jest właśnie granica zła: każdy ma mordercze myśli, ale tylko niektórzy mordują.

Drżenie

Poodpowiadam na komenty wkrótce, tutaj wszystkim dziękuję bardzo bardzo:)

Jakoś tak niedoczas mi się zrobił, razem ze stresem i różnymi dziwnymi stanami, wiem, przejdą, przejdą i przeminą, ale zanim przejdą to przemielą. Nie wiem czemu jakoś znowu mam dużo pracy, i niepokoju, nie wiadomo o co, dziś mi pół dnia zajęła notka bio na stronę plus zdjęcie, o matko jak ja nienawidzę autoprezencji, wróć, oczywiście kocham autoprezencję, ale napełnia mnie zawsze niepokojem i dygotem.

Mi robił mi zdjęcie portretowe, oczywiście nie jedno, a trzydzieści, niby ładne, ale na żadnym nie PATRZĘ SIĘ DO KAMERY, wygląda to dziwnie i nie wzbudza zaufania. Poza tym jestem stara i brzydka, taka refleksja na dzisiaj. Siostra mówi ‚a dlaczego nie pójdziesz do fotografa?’ no właśnie – dlaczego? Bo najpiękniejsze zdjęcia robi mi mąż, najkrótsza odpowiedź, a u fotografa wyglądam jak ślimak, jakbym się w sobie schowała.

Mielę w głowie różne rzeczy, mniejsze i większe, taki czas. A w czw Mi wyjeżdża do Porto na szkolenia teatralne, nie dość, że mu zazdroszczę (choć nie tak bardzo, w sumie się cieszę), to jeszcze zostaję sama z odwożeniem, przywożeniem i zapewnieniem opieki przez pięć dni, cały zwykły plan dnia staje na głowie. W piątek dodatkowo dzieci nie mają zajęć, bo w szkole szkolenie. Oczywiście, że sobie poradzę, ale będę goniła własny ogon, ech, tym bardziej, że jakoś nagle mi wszystko wchodzi na pełnej równocześnie. Miałam w niedzielę odpocząć, a wieczór kończy się drżeniem, no i po co to komu ja się pytam.

Ale wczoraj ponownie odkryłam potęgę snów i symboli, tego tajemniczego świata gdzie bytujemy regularnie i w którym co noc warzy się tajemnicza mikstura w wielkich kadziach, z których potem delikatnie chochelką wlewamy eliksir na nie wiadomo-na-co do malutkich buteleczek, coby nam starczyło na cały dzień, bo jak zabraknie, to zrobimy się jednowymiarowi. Dobrej nocy.

Całkiem pompatycznie

No to impreza za mną

czyli uroczyste nadanie stopnia. (Głupie trochę te zdjęcia z zamazaną twarzą, wygląda to idiotycznie, ale nie mam żadnych zdjęć z tyłu, bo mój mąż przyjechał późno i nie mieliśmy czasu na sesję specjalnie na bloga. Jak i też, szczerze mówiąc, nie przyszło mi to do głowy;)

Ceremonia z właściwą pompą i zadęciem,

po łacinie, w przepięknych 16-sto wiecznych budynkach, w szatach prosto z Hogwartu. Każdy dostał po dyplomie, również po łacinie

potem przemaszerowaliśmy na dziedziniec kampusu i cyknęli nam zbiorową fotkę na zabytkowych schodach.

Ludzie cykający fotkę, my byliśmy po drugiej stronie

A potem dostaliśmy po kieliszku wina i kanapeczce/kiełbasce w innym, równie przepięknym zabytkowym wnętrzu:

Widać moją śliczną córeczkę i torebeczkę z charity shopu.

Wszystko robi wrażenie, no szkoda, żeby nie robiło za taką kasę. (Magisterka w Irl jest płatna, dlatego wiele osób poprzestaje na licencjacie, który często jest za darmo.) Nogi mnie trochę bolały, bo obecnie nigdy nie chodzę na obcasach, a kiedyś to owszem hoho, poderwałam męża na nogi przecież. (I cycki, dodaje mąż). Teraz kupiłam se takie najtańsze w M&S za 35 euro, ładnie wyglądały, ale były to chińskie tortury. Jeden mi spadał i musiałam ratować się chusteczką higieniczną wciśniętą w czubek.

Na uroczystości był Mi i moja córeczka, która wynudziła się jak mops, pani mistrzyni ceremonii ją zaprosiła do pierwszego rzędu w połowie łacińskich chorałów, gdzie dostała ołówek i papier i walnęła w międzyczasie pejzażyk japoński, który podarowała pani na koniec.

Kiedyś jako zbuntowana nastolatka, a potem zbuntowana dwudziestolatka, nie lubiłam takich ceremonii, ostentacyjnie nie brałam udziału, a jak brałam to łamałam konwenanse. Teraz z lubością pozwoliłam sobie na to doświadczenie, było całkiem wzruszająco. Jak to pisze poetka namęczyłam się ogromnie, stłukłam łokieć, zbiłam szklankę, mamo tato chodźcie do mnie, mam tu dla was niespodziankę! Zamiast mamy i taty, był Mi i moja córeczka, niestety syna nie mogłam zaprosić, bo tylko dwie osoby towarzyszące mogły brać udział.

A od wczoraj już proza życia i dobrze. Głos mi wrócił, werwa również, więc zajęcia mnie cieszą.

Dyskusje z kliniką chyba się powoli kończą i moje (nieświadome) obrony przed pacjentami stają się coraz bardziej świadome i upierdliwe, więc trzeba się zabrać do roboty.

Odpuszczam jednym, czepiam się drugich

Piękna pogoda, a ja dalej w domu. Ale zrobiłam dziś gimnastykę, a to już postęp. I umyłam podłogę w kuchni, moją nemezis. [Pomalowałam podłogę w kuchni farbą do kafli i to była najgorsza decyzja mojego życia. Codziennie ją przeklinam, a raczej co parę dni, kiedy myję tą cholerną podłogę, ciągle się do niej coś przykleja, bo jest po prostu LEPKA.]

Minał weekend przesiedziany i przeleżany w domu, tego mi było trzeba. Dalej nie odzyskałam głosu całkowicie, ale idzie ku dobremu, już nie boli mnie ciało. Jutro odwołam superwizję i jedne zajęcia i będzie dobrze. Mam nadzieję. Dziś Ad z Re znow wzięli Mo do siebie, a właściwie do knajpy na planszówki i pizzę, co mi bardzo pomogło.

Odpuszczę już tym biednym prawakom, dla odmiany przyczepię się do osób neuroróżnorodnych;) Przeczytałam bowiem bardzo ciekawy wywiad z – jak przypuszczam – kontrowersyjną neurolożką, która mówi na przykład tak:

– Jeśli ktoś z łagodniejszego krańca spektrum chce być nazywany osobą autystyczną, a nie osobą z autyzmem, to jest właśnie o tożsamości. Problem w tym, że jeśli ktoś tak mocno identyfikuje się ze swoją chorobą czy zaburzeniem, to będzie raczej nasilało jego trudności, a nie je łagodziło.

Jak ma zdrowieć czy też lepiej funkcjonować osoba, której tożsamość jest nierozerwalnie związana z diagnozą, skoro ta wymaga „upośledzenia funkcjonowania”?

Coraz więcej firm stara się dostosować do potrzeb takich osób. Tworzy się na przykład ciche miejsca pracy, eliminuje różne bodźce, pozwala na więcej pracy samodzielnej. Co w tym złego?

– Nie ma niczego złego w tym, że pracodawcy starają się być uważni na specjalne potrzeby pracowników i tworzą warunki, które pozwalają im osiągnąć jak najlepsze efekty. Ale znów, co innego jest, kiedy mówimy o 40-latku, któremu lepiej się pracuje w cichym biurze, a co innego – kiedy wyjątkowe warunki stają się punktem wyjścia, na przykład w szkołach.

Bo w dorosłości te dzieci nie zawsze dostaną specjalne warunki. Jak się wtedy poczują? Jak to wpłynie na ich samoocenę?

Koordynatorzy ds. specjalnych potrzeb edukacyjnych powiedzieli mi, że lepszą strategią jest na przykład pomoc takim dzieciom i nastolatkom w ćwiczeniu, jak najlepiej zorganizować sobie pracę tak, żeby jednak spróbować zmieścić się w wyznaczonym czasie. Bo to lepiej przygotowuje na prawdziwy świat, który ma oczekiwania, bywa głośny, chaotyczny, nieprzyjemny.

Jakoś to się wpisuje w moje ostatnie przemyślenia. U nas w szkole też rośnie liczba studentów z diagnozą, mają wtedy dodatkowy czas na egzaminie, jakieś dodatkowe przywileje, np. cichy pokój itd itp. Ja nigdy tego nie kwestionuję i rozumiem, że czasem potrzebne są pewne ułatwienia, zawsze takim studentom pomagam i w ogóle myślę, że rolą szkoły jest zwiększać możliwości i wzmacniać potencjał, ale kiedy 1/3 roku ma coś takiego, a liczba z roku na rok rośnie, zaczynam się zastanawiać. Jest też całkiem możliwe, że po prostu trafiają do nas częściej osoby z różnymi takimi potrzebami, bo nie znajdują miejsca na innych uczelniach. W ogóle nie podważam kwestii istnienia spektrum autyzmu, czy ADHD, ale jak porównuję syna mojej koleżanki, który nie mówi i nigdy nie będzie samodzielny z takim moim studentem, z może jakąś, ale bardzo delikatną cechą spektrum, to są dwa różne światy, a raczej dwa różne kosmosy. Czy ma sens wrzucać je do jednego worka? Wiem, że różne osoby mają trudności z różnymi rzeczami, ale jak diagnoza jest taka szeroka, to nie wydaje się być użyteczna. Zapominamy również, że diagnoza jest konstruktem społecznym, zaburzenia i choroby przestają być zaburzeniami i chorobami, albo powoli nimi się stają.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której opowiada mi Mi. Pracuje on jak wiadomo z jedną z najbardziej zmaginalizowanych i wykluczonych mniejszości w Irlandii i u rodzin z którymi pracuje, połowa, jak nie więcej, dzieci ma jakąś diagnozę – najczęściej ADHD i spektrum autyzmu. Jeśli autyzm i adhd to wrodzona neuroróżnorodność, czy to są po prostu ich geny? Jest to możliwe. Ale myślę sobie jednak, że nie diagnozuje się biedy i wykluczenia społecznego, dziedziczonych problemów, środowiska w którym opiekunowie przeżywają ciągły stres i emocjonalne obciążenie, bo i tak nie ma na to rozwiązania, łatwiej zdiagnozować nadpobudliwość, albo zaburzenia sensoryczne. Poza tym diagnoza prawie zawsze oznacza jakąś szansę, rodzina dostaje dodatkowe punkty na liście mieszkań komunalnych, można starać się o różne zasiłki i pomoc od państwa, której zwykła bieda i wykluczenie nie zapewniają. A ze zdiagnozowanymi dziećmi nie robi się niestety nic, bo terapia jest koszmarnie droga, łatwiej dać dodatek 50 euro na tydzień na ‚disability’. Ale oprócz korzyści i ulg, jakie mogą się wiązać z diagnozą, może mieć ona również negatywne skutki dla dziecka, bo zyskuje właśnie tożsamość, etykietkę, która otwierając jakieś furtki społeczne, jednak ogranicza – bo gdy jest to cecha mózgu, to przecież nie ma co oczekiwać, że coś się zmieni. Tak mi jeszcze przyszedł do głowy jeden mój student, który miał akurat inną niepełnosprawność (porażenie czterokończynowe i pewno coś jeszcze), a który bardzo wyraźnie ją wykorzystywał i chował się za niepełnosprawnością, kiedy nie chciało mu się czegoś robić. Szkoda mi go było, bo miałam wrażenie, że jest niegłupi, ale przez to, że nie podejmuje wyzwań, nie rozwija swojej inteligencji.

Ściągnęłam sobie najnowszą książkę tej kontrowersyjnej autorki, Wiek Diagnozy, już się cieszę. W wywiadzie mówi jeszcze o chorobach psychosomatycznych i to jest następny temat, który mnie kręci. Traktowane są one bowiem jak nie choroby, tylko jakieś wymysły – pacjenci często wolą bardzo poważne diagnozy raka czy chorób genetycznych, niż, zdawałoby się, łatwiejszą do wyleczenia chorobę, która jest w głowie. Co ciekawe, O’Sullivan używa pojęcia nieświadomości – jak pacjent NIEŚWIADOMIE skupia się na jakiś sygnałach z ciała i je błędnie interpretuje, a tutaj już wchodzi równo psychoanaliza, czyli ostatnio moja ulubiona działka. Mi ma również takiego klienta, który przez tydzień nie chodzi do toalety, bo toaleta jest na piętrze, a on nie może wchodzić po schodach, mimo, że FIZYCZNIE (co to w ogóle znaczy?) mu nic nie dolega. Człowiek ten miewa straszne bóle, dla których nie ma wyjaśnienia innego, niż psychosomatyczne. Kiedy po raz pierwszy usłyszał, że być może to w jego głowie, był to dla niego okropny cios, wolał już mieć raka, jak był przekonany przez pół roku przed diagnozą.