Kronika leżenia

W nocy sny. Jadę wielką, starą ciężarówką, nie wiem czemu zatrzymuję się na środku miasta, do kabiny włażą mi jakieś dzieciaki, wyrzucam je, ale teraz nie mogę ruszyć. Pedał gazu jest taki malutki, a kabina taka wielka, jest jeszcze hamulec o kształcie deskorolki, który widzę pierwszy raz w życiu. Zastanawiam się jak sobie poradzę, ale jestem zdeterminowana, będę próbować. Budzę się o pierwszej i nie mogę spać, środek nocy, dwie godziny do kolejnej dawki, żeby noga przestała boleć. Czytam, staram się ignorować ból nogi, oraz po chwili ból żołądka, przecież nie zejdę w nocy po schodach do kuchni i nie znajdę tabletek w apteczce, w końcu budzę Mi i proszę o przyniesienie Rennie. O trzeciej łykam jedne i drugie dragi, zawijam się w kołdrę i cała spocona w końcu zasypiam.

Rano układam rzeczy na stoliku od kawy.

Wiem, że muszę mieć plan, żeby zachować porządek w głowie i spokój. Więc eseje, muszę zacząć sprawdzać eseje, odłożyć komórkę, skupić się na książkach. (A co z książkami na komórce?). Zacząć przygotowywać wykłady do nowego przedmiotu. Wyciągnąć wełnę, puszysty moher i merino w kolorze brzoskwini przełamanej wyblakłą różą, i w końcu zacząć robić ten sweter, który ma być jak ptasie mleczko, różowo koralowa chmurka na zimę. Petit Knits, przypomina mi się wzór swetra w kolorze starego złota, który zrobiłam dla mojej córeczki, którego on nie chciała nosić, ale nie pozwoliła nikomu oddać.

Robię sobie okłady z literatury fachowej, czytam Segal i o Segal. Uspokaja mnie jej rozumienie duszy ludzkiej, bez uproszczeń i ułatwień, prawdziwa królowa ciemności. Urodziła się w Warszawie, za młodu sympatyzowała z Trockistami, potem wojna, ucieczka do Londynu, studia medyczne i analiza u Klein, żywej legendy. Jak nikt inny rozumiała dwie rzeczy: sztukę oraz ciemną stronę natury ludzkiej, tę całą destrukcję, którą nosimy w sobie na codzień.

W tym czasie Mo z Mi nad morzem, wysyłam ich na wycieczkę, coby sobie odetchnęli i odpoczęli:

Kiedy ich nie ma, znowu śpię. Potem przywożą mi sushi znad morza.

Jestem delikatne zwierzę

Leżę. Po wstaniu i porannej toalecie idę na dół i zalegam. W dużym pokoju mam centrum dowodzenia, Mi znosi mi kołderkę i wszystkie potrzebne rzeczy. Noga boli, trudno, żeby nie bolała, z solpadeine daje radę, czuję w stopie jakieś wnyki, śruby i metale, jak lek schodzi mam fakirowe łoże, tylko, że w środku gipsu. W chwili obecnej nawet Kevin Sam w Domu ma za dużo przemocy jak dla mnie, wczoraj moi się zaśmiewali, a ja nie mogłam patrzeć na te przebite stopy i głowy uderzone żelazkiem;)

Zbieram się do kupy, powoli. Przemyśliwuję jak to wszystko zorganizować. Układam sobie w głowie. Zaczęłam od maila do instytutu.

Czytam. Trochę za dużo pierdół, ale czasem nie da rady, czasem nie da się nic innego czytać, oprócz odpowiedzi na reddicie ‚który dzień po operacji był najgorszy?’.

W aptece za clexane zażądali 280 euro, akurat niedawno przygotowywałam się z polityki społecznej w zakresie opieki zdrowotnej w Irl i przytomnie przypomniało mi się, że trzeba zaaplikować o dopłatę do leków, wczoraj wypełniłam wniosek online, a apteka zgodziła się zaakceptować w drodze wyjątku, bo na stronie mam już podbite, więc tylko 80. Uff.

Skończyliśmy wczoraj barszczyk i sałatkę warzywną. I to by było na tyle z jedzeniem świątecznym. Mam wrazenie, ze schudlam. Nie mam apetytu, albo się za zdrowo odżywiam na tej diecie u mojego meza weganina, bo ile można się obzerac warzywami z barszczu po ukraińsku 😅 (lubię). Mówiłam mu, że mnie głodzi, a on ‚ale ty leżysz’, ale przecież mówiłam mu, że mózg zużywa 25% kalorii, a ja dużo myślę! No to smaży teraz ruskie, niech mu będzie. (Przed wyjściem na spacer zostawił mi pęto kielbasy pod stolikiem do kawy😅) Na szczęście córeczka robi mi sałatkę i french toasts.

Moc trochę struchlała, ale już lepiej

Wigilię uratował synek. Podczas gdy ja byłam w szpitalu, a Mi na plastikowym krzesełku czekał 10 godzin, syn przyjechał do D i został z Mo. Dzięki temu Mi mógł być ze mną, a dziesięcioletnia dziewczynka nie bała się sama w domu. Kiedy przyjechaliśmy po 18, Ad zdecydował się zostać z nami na wieczór i noc, na szczęście Re nie miała operacji w Wigilię (tak, mieliśmy kumulację) i była dobrze zaopiekowana u swoich rodziców.

Wigilia była taka, jaka mogła być, nie składaliśy sobie życzeń, i tak wiadomo, czego sobie wszyscy życzymy. Barszcz, uszka, bigos, sałatka, bez obrusa i bez sianka, nie miałam sumienia ganiać do nieważnego prasowania wykończonego męża, który ze stresu i zmęcznia był szary na twarzy. Ja w łóżku, reszta przy stole, za odświętność robiła bolesławiecka zastawa. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ja się cieszyłam, że żyję, że jestem w domu, bo głupio byłoby nie obudzić się z narkozy w wigilię, prawda? Tak sobie właśnie myślałam przed operacją, żeby tylko się obudzić, bo inaczej do końca życia moja rodzina będzie miała zrujnowane święta i będzie jak w powieściach Houellebecqa, gdzie ciemność i bezsens.

Potem gadaliśmy do drugiej w nocy, dawno nie mieliśmy okazji tak porozmawiać z synem, o wszystkim i o niczym, o życiu i o uczuciach, pracy, pasji, planach i w ogóle. Dobrze mi się z nim rozmawia, robi się coraz bardziej poukładany i realistyczny, bo refleksyjny i ciekawy świata to był zawsze. Trudne decyzje przed nimi, w czym się specjalizować, gdzie mieszkać, co robić w życiu, żeby móc się utrzymać, a nie stracić tej radości i ciekawości młodego człowieka. Czy najważniejsze jest zarabiać kasę, nie lubiąc tego, co się robi, czy jednak starać się robić coś, co ma dla nich sens. Standardowe rozkminki młodego człowieka.

Po euforii i radości Wigilijnej, że jednak żyję, wczoraj był czarny dzień, kiedy do mnie dotarło, że moje życie się zmieni. Lekarz mówił o kolejnych operacjach i możliwym bólu do końca życia, nie wiem jak długo będę unieruchomiona, nie wiem, kiedy wrócę do pracy, czy będę na zasiłku, czy jak dam radę kontynuować praktykę kliniczną. Za trzy tygodnie mam kolejne zajęcia, nie mogę ich opuścić, jeśli chcę uzyskać certyfikat, ale nie wiem, jak będzie z moją nogą, czy zgodzą się, żebym podczas zajęć siedziała na podłodze na kocu z nogą na poduszce? Tylko tak mogłabym brać w nich udział, bo muszę trzymać nogę wysoko, oczywiście jeśli wypuszczą mnie ze szpitala po drugiej operacji. Okazało się bowiem, że stopę mam zmażdżoną, jest parę złamań z dyslokacją, zupełnie to przeoczyli na pogotowiu bo zrobili mi tylko rtg … kostki. Wiem, że pomyłki się zdarzają, lekarze na pogotowiu nie mają czasu na pogłębioną diagnozę, podobno powinnam mieć stopę jak bania przy takich złamaniach i nie móc się ruszać z bólu, a ja trzy dni po wypadku poszłam – o kulach, ale jednak – na pierwszą sesję z pacjentką! Cóż znaczy determinacja:D

Dobrze, że mialam intuicję, że jednak nie jest to skręcona kostka, dobrze, że pojechałam do kliniki w piątek, dobrze, że trafiłam na sensowną lekarkę, która choć się nie znała, to wysłała moje zdjęcia specjaliście, dobrze, że kolejny lekarz wezwał mnie w poniedziałek na TK, bo coś mu jednak dalej nie pasowało, dobrze, że TK od razu wysłali do konsultanta ortopedii, który zaraz we wtorek do mnie zadzwonił, bo w środę w Wigilię było 12 dni po wypadku i kości już zaczynały się zrastać. W święta nie robią żadnych operacji, oprócz ratowania życia, więc byłabym skazana na czekanie do nowego roku.

Ale wczoraj naprawdę było ciemno, załamałam się, kiedy zorientowałam się, że włożyłam clexane do lodówki, a nie wolno, pół dnia dzwoniłam, żeby znaleźć jakąś czynną aptekę, coby się zapytać, czy mogę użyć albo kupić nowe, bo jak nie będę brać to przecież może się skończyć tragicznie. Ale nie chodziło tu o clexane, oczywiście, tylko o to, że muszę wchodzić po schodach na pupie, żeby zrobić siku, bo teraz nawet nie mogę skakać na jednej nodze, stopa tak boli i nie wiem jak bardzo będzie mnie bolała, kiedy już się pozrasta. Nie będę mogła biegać, być może nigdy, nie wiem, kiedy będę mogła jeździć na rowerze – kto będzie odbierał moją córeczkę ze szkoły i woził ją na muzykę i gimnastykę? Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze pójdę w góry, kiedy wrócę do pracy, nie wiem, czy skończę studia specjalizację (studia przecież już skończyłam).

Dziś już lepiej. Mi nie leci do Pl z Mo, zdecydował, że nie chce mnie zostawić w takim stanie, nawet z synem. Dziś już moc przestała truchleć.

Jest tu jakby luksusowo, ale jednak…

Wigilie w domu chciałabym 😬.

No to po wszystkim, dla mnie luzik, bo się zdrzemnelam i to porządnie od 10 do 13, bo miałam pełną narkozę, ale biedny Mi od samego rana i to bez jedzenia🥹

Najważniejsze, że już po drugiej stronie, czekamy na lekarzy jeszcze, Mi właśnie poszedł coś zjeść, więc jak znam życie to zaraz przyjdą 😄 (znalazł tylko batonik z automatu 😥, lekarza nie ma🤷‍♀️

Muszę czekać, bo jest możliwe, że będzie jeszcze jedna operacja w styczniu i chciałabym wiedzieć. No i ogólnie jak poszło,  bo nie wiem nic jeszcze, podobno mam jakies druty przytrzymujace kości w odpowiedniej  pozycji. W każdym razie teraz gips 6 tygodni.

Opieka w szpitalu za to fantastyczna, każda osoba, która ma ze mną jakikolwiek kontakt, nawet przelotny, zatrzymuje się, przedstawia i tłumaczy, po co ze mną jest i co będzie się działo. Pyta, czy mi nie zimno, czy nie potrzebuję dodatkowego kocyka. Dostałam też oczywiście kultowego toscika z masełkiem i dżemem, jak już mogłam jeść. W pokoju 5 osobowym jestem sama😃 Miałam również trzech chirurgów na sali, jeden główny i dwóch asystentów. Oraz oczywiscie anestezjologa i sztan pielegniarek. (Podobno była możliwość, że coś takie  musiałabym nosić 😱:

Nie wkleja się, może to i lepiej, można sobie wyguglac Ilizarov foot frame, jak ktoś głodny wrażeń.

Ale teraz wszystko jest na spokojnie, a opieka jak w luksusowym hotelu, w sumie lepsza, bo wszystko pod nos, nawet mocne dragi na żądanie. Może to dlatego, że tuż przed świętami i nie ma za wielu pacjentów, tylko królowa😅.

No i od całkiem niedawna – zeszłego roku wlasciwie – w Irl nie płaci się za pobyt w szpitalu, wcześniej było to 80e/dzień do 800 euro, jeszcze za moją córeczkę płaciłam trzy lata temu. Nie płacą pacjenci z UE i UK, wszyscy inni, jeśli tu nie mieszkają, mogą dostać całkiem słony rachunek. (Czasem myślę o tych biednych Amerykanach, co do karetek po wypadku wołają, że nie chcą wsiadać. Pewno mam karykaturalny obraz usa😄

Tylko to czekanie teraz. Ja w sumie nie narzekam, leżę w łóżeczku, narkotyki kapią dożylnie, przespałam się, mam książeczkę i blogi, i oczywidcie euforie, ze juz po!  Ale Mi na plastikowym krzesełku i batoniku od 7 rano, a w domu Mo. Na szczęście Ad mógł z nią posiedzieć, ale musi wracać o 8 do Re, bo potem ani jutro nie ma żadnych autobusów do jej miasteczka.

No i Wigilia przecież, żeby choć wrócić do domu i zjeść ze dwa uszka 🥹

***

Byliśmy po 18. Dzieci nakryły do stołu, bez obrusu, bez sianka, bez lepionych uszek, bez choinki. Mieliśmy cudowną wigilie, w domu, z naszymi dziećmi. Synek potem został i dopiero teraz przestaliśmy gadać.

Druga strona

No więc jedziemy jutro rano. Wstajemy z ciemnością, niewyspani i przestraszeni. Podobno mają mnie wypuścić już po południu. Podobno wszystko będzie dobrze.

Dziś jeszcze Mi kroi warzywa na barszcz. Bigos pachnie, sałatka nabiera smaku. Córeczka ogląda cały dzień seriale, ja leżę na kanapie i nie mogę się na niczym skupić. W kuchni krzątanina, choć tylko jeden człowiek, dobre zapachy wypełniają dom.

Jeszcze zapakowałam prezent dla Mi i pokazałam Mo, gdzie go chowam. Jeszcze poskładałam rzeczy po praniu. Na wszelki wypadek. Nie lubię szpitali, zapach szpitala robi ze mnie małe dziecko. Szpitale pełne są bab jag i czarowników, czasem trafi się dobra wróżka. W szpitalu trudno jest być dorosłym, jak się jest po tej drugiej stronie. Tej leżącej.

Z Nowym Rokiem nowym krokiem!

Blog stał się najwyraźniej kontenerem na moje lęki🤭 bo wyglada na kumulacji ciąg dalszy, ech. Syn nie poleciał na święta do Pl, bo Re być może będzie miała operację jutro, na razie trwa diagnoza.

Ja wczoraj dostałam nagły telefon z kliniki z pytaniem jak szybko mogę się tam stawić, bo byłoby dobrze zrobić mi tomograf, który jest czynny do 16. Bylo już po drugiej, Mi na zakupach, wiadomo, kolejki po horyzont, korki, więc w tym momencie skończył wybieranie śledzików i buraczków, zapłacił i do domu, ja się w międzyczasie spakowałam i ubrałam. Zdążyliśmy, mimo, że droga przez całe miasto. Mo zostawiliśmy w domu samą, innym wyjściem było zabrać ją z nami, ale bardzo bardzo nie chciała, powiedziała, że będzie sobie oglądać netflix i uznałam, że po co dziecko ciągać po szpitalach. Już ze szpitala po godzinie wysłałam koleżankę do niej, to jest jedyna koleżanka, której Mo może otwierać. W sytuacjach awaryjnych jest trudno bez rodziny.

Niestety, tomogr pokazał dwa większę pęknięcia i możliwe małe, do tego małe przemieszczenie. Zapakowali mi zatem nogę w gips na razie, a wyniki wysłali do chirurga stopy w dużym szpitalu, który ma zdecydować czy operacja i kiedy, jeśli już.

Gips oczywiście jest do d.. i ciężko jest w tym spać, człowiek się przekręca, a noga się wykręca w biodrze i kolanie w takie wygibasy, że rehabilitant by padł. Albo bił brawo, kto wie;D Ja niestety jestem z tych, co nie potrafią spać na wznak, trochę się tak zdrzemnęłam, ale gdy pierwsze zmęczenie minęlo, to było na tyle. Więc na boku, z nogą pod, przed, do góry, zgiętą i wyprostowaną, kabaret całą noc.

Dziś chirurg zadzwonił z pytaniem ‚kiedy pani jadła? czyli już wiadomo, że operacja. Niestety, jadłam, ale przestałam jeść, teraz czekam na kolejny telefon.

Wezmą mnie dziś albo jutro. Oczywiście, że się boję. Wolałabym dziś, bo jutro wiadomo – Wigilia, chciałabym być w domu, z nimi. Nie lecę do Pl w tym kontekście, jak się można domyśleć, zastanawiam się, czy wysyłać do Pl Mi z Mo, mamy bilety na 26go, ale trochę jednak nie czuję się tak pewnie. W samym gipsie bym została sama, ludzie nie takie rzeczy robią, zamówię sobie zakupy z tesco i chińszczyznę na wynos ze dwa razy i będzie gites, ale sama po operacji trochę mnie to napawa niepokojem.

Mo już ochrzciła święta ‚the worst Christmas ever’ ale jeszcze nie róbmy hop;)

Teraz oczywiście nie jem już od paru godzin i czekam na telefon, skończy się tak, że będę głodna do wieczora, a z operacji nici. Mi kroi warzywka z Mo, na słynną polską sałatkę, już mi nawet marchewka gotowana pachnie. Prezenty nie popakowane, prezent dla Mi jeszcze nie przybył, miałam jeszcze coś drobnego dokupić, ale w takiej sytuacji nie dałam rady, czyli porażka na wszystkich frontach. No i nie wiem, czy mam jednak brać przeciwzakrzepowe, czy nie, a to chyba ważna sprawa.

Poproszę o te wiechcie u powały odczyniające złe moce, już niech się przewali, co musi się przewalić i niech światło wreszcie przyjdzie. Niech się odrodzi i narodzi, niech wszystkie czlonki, a nogi w szczególności, DOBRZE się zrosną, coby z Nowym Rokiem nowym krokiem nie ziściło się zbyt dosłownie 😅

***

Dzwonili, operacja jutro rano.😵‍💫

Grianstad an Gheimhridh czyli Przesilenie Zimowe

W środku ciemnej, grudniowej nocy, kiedy noga nie dawała zasnąć, w czynnych całą dobę oświetlonych arkadach Amazona kupiłam sobie nadmuchiwany trzymacz nóg w górze (czego to ludzie nie wymyślą!), już przyszedł z panem kurierem i od razu jest wygodniej.

Córeczka wróciła wczoraj z nocowanki, a dziś rano znowu ją porwali, na świąteczny spacer po mieście i bubble tea, więc mamy cały dzień ciszę i spokój.

Poza tym jest bardzo dziwnie, wokół nas wydarzają się sprawy życia i śmierci, dosłownie życia i śmierci, ale nie mogę więcej pisać. W każdym razie rzeczywistość wydaje się bardzo konkretna, obrana z tych wszystkich warstewek, ochronek, otulinek, wacików i nagle patrzymy się z Mi na nagie sedno, a nie jest to łatwe. Bardzo dziwny czas, poproszę o trochę magii, pierniczków, dziecięcych marzeń – co tam macie. U nas święta zredukowane do minimum, kupimy jutro uszka i zrobimy barszczyk, poza tym nic, o nie, przepraszam, Mi zrobił bukiet z gałązek choinkowych i powiesił lampki, nie moja stylówa, ale nie będę wybrzydzać:D

Z prac domowych zmieniłam nam pościel rano i się zmęczyłam na cały dzień!

Czas siłowania się ciemnych i jasnych mocy, przełamania ciemności światłem, promyk słoneczny przebił się dziś rano w Newgrange, więc jutro już dzień będzie dłuższy i jasność powróci. Potrzebuję Bożegonarodzenia, tych wszystkich rytuałów przejścia, symboli i rytmu pór roku, opowieści o nadziei i przełamaniu ciemności, siedzeniu w ciemnościach i napychaniu sie opowieściami, które mają sens. Lubię te wszystkie legendy, sianko, potrawy i tak dalej, to są piękne opowieści, zupelnie niezależnie od religii. Choinka pod powałą, grzyby ze świata podziemnego, mak ze świata wiecznego snu, a jednak ciemność mija, a światło przychodzi, nie ważne pod jakim symbolem bedziemy je świętować, bo nie o nazwę tu chodzi. Taka nadzieja jest bardzo bardzo potrzebna.

A wiecie, że moja córeczka ma na drugie imię Jutrzenka, bo mi się przyśniła w bardzo ciemnym dla mnie czasie, jako gwiazdka zapowiedź świtu?

Play Therapy

W czwartek jeszcze online zajęcia z wieczorowymi, bo przecież chora jestem na nogę, nie na głowę i cały ten ambaras z wciskaniem potem gdzieś tych godzin do odrobienia jest niepotrzebny. Ale w nocy noga zaczęła centralnie na…ać, więc stwierdziłam, że jednak coś się dzieje, bo siniak pięknie schodzi, to czemu boli? i w piątek pojechaliśmy z Mi do szpitala. Klinika jest położona na morzem i gdy tak jechaliśmy sobie z Mi w pięknym zimowym słońcu, góry majaczyły na horyzoncie, a my słuchaliśmy sobie muzyczki Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp, przez chwilę czuliśmy się, jakby to była szalona wyprawa na szybką morską kąpiel, a nie do szpitala.

Okazało się, że stopa jest jednak pęknięta, dość nietypowo, łatwo przeoczyć na zdjęciach pęknięcie kości sześciennej, a zatem dostałam buta ortezę na sześć tygodni. (Układa się w pewną całość? 66…:D) Dobrze, że nie gips, ale radzą jej nawet do spania nie zdejmować, mogę sie tylko bez niej myć. Wczoraj zatem próbowałam spać w ortezie, o 3 w nocy się poddałam, bo jest to koszmar, piekła mnie podeszwa stopy i bolało wszystko, do tego z ortezą nie ma jak spać na boku i nie ma jak się przewracać we śnie. Leżałam i sobie cichutko mówiłam ‚wszystko jest w mojej głowie, wszystko, co w mojej głowie, mogę zmienić, nie muszę się skupiać na podeszwie stopy, nie muszę o tym myśleć, mogę wygodnie się umościć we wnętrzu ortezy’ i tak dalej, ale jak się domyślacie, nie jest to takie proste, hehe. Lekarka nie chciała mi dać żadnych mocniejszych dragów, choć próbowałam ją sprytnie podejść, kazała sobie kupić PARACETAMOL. I solpadine. ‚Tydzień po złamaniu mocniejsze przeciwbólowe nie są zalecane’, cudownie. O trzeciej zdjęłam to narzędzie tortur, zasnęłam w pięć minut, pomimo bólu. (Przez tydzień w ogóle nie miałam ortezy i nic się nie stało, może dalej się nic nie stanie.)

Na razie wygląda, że polecimy do Pl po świętach, czuję się bezpiecznie w moim nowym bucie, gdybyśmy zostali w Irl Mo byłaby niepocieszona. Wigilia będzie trochę pusta, będziemy sami, tylko we trójkę, nawet nie będzie mojego syna z dziewczyną, do tego nici ze świątecznych przygotowań, kupimy jakieś uszka i śledzie, ugotujemy barszczyk i to wszystko. Nie będzie gwaru i rozgardiaszu, nie mamy choinki, bo w planach mieliśmy wyjechać, nie zdążyłam zawiesić żadnych ozdób, a teraz to pozamiatane, a raczej właśnie niepozamiatane. Mi miał na głowie nasze dziecko, swoją pracę i mnie, wizyty na pogotowiu i wożenie do kliniki, przywożenie i odwożenie ze szkoły, muzyki, gimnastyki, wiec nie męczyłam go jeszcze ‚robieniem świątecznej atmosfery’.

Nastrój ratuje Mo, która pod choinkę od Re dostała kulę dyskotekową i teraz codziennie wieczorem raczy nas koncertami w takiej atmosferze:

Ja mam sobie tylko leżeć na kanapie i się relaksować, oddając się muzyce i grze świateł. To jest właśnie, według Mo, play therapy.

No a teraz przyszedł już weekend, oceny wystawione i wysłane, sesja spisana, dom niewysprzątany i tak zostanie:D

Na stoliku do kawy mam ogromną książkę, którą dostałam od syna pod choinkę (której nie mamy), mam też sto książek na czytaczu, na które już dawno się czaiłam. Więc może to jest najlepszy czas na nie, bo kiedy ja znowu znajdę wymówkę na sześć tygodni nic nie robienia? Może właśnie – wybaczcie mi cohelliozę – powinnam korzystać z tego, co jest (w przeciwieństwie do tego, czego nie ma, oczywiście).

Na spokojnie

Ten koniec roku zawsze w takim pędzie, na szczęście nie zawsze tak trudno. Ale wiadomo – to się kiedyś skończy, no i zawsze można mieć jedną nóżkę bardziej. Albo jeszcze bardziej.

W tym całym bardaku – nie wiem do końca co do bardak, mój dziadek tak mówił, ale jakoś pasuje mi tu – we wto miałam pierwszego pacjenta.

Początek wizyty jak z sennych koszmarów dla terapeutów. Już od siódmej rano się przygotowywałam, sesja dopiero na 11, ale wiadomo – trzeba wziąć prysznic, wysuszyć włosy, ubrać coś porządnego, dojechać, a przede wszystkim mieć spokojny umysł, bo to ja jestem dla człowieka, a nie odwrotnie. Mi pracował z domu i obiecał, że mnie odwiezie, więc ucieszyłam się, że na spokojnie, krzesełko do wanny, prysznic, włosy, makijaż przed lustrem na jednej nodze, kawka. Dajemy radę. Zaplanowałam, żeby wyjechać o 10 i był to dobry plan, ale kawa była za gorąca, na siku musiałam jeszcze skoczyć na górę, a tuż przed samiutkim wyjściem okazało się, że żadne buty mi na stopę nie wchodzą. Mi dał mi swój but, który okazał się idealny i tak wyszłam w dwóch różnych butach, jeden o rozmiarze 39, a drugi 44. Jak to mówił koleś spadający z dachu – so far so good.

Była 10.15, dojazd to 20 minut przy dobrych wiatrach, ale wiatry robiły się niezbyt dobre i czas dojazdu się wydłużał i wydłużał. Żeby przyśpieszyć, o 10.50 kazałam się wyrzucić na skrzyżowaniu niedaleko gabinetu, kiedy dokicałam do drzwi budynku było za osiem, kiedy pokonałam skacząc na jednej nodze 24 strome schodki i cała spocona i zdyszana stanęłam pod drzwiami gabinetu, było za pięć.

A zatem o 10.55 otwieram drzwi do gabinetu, a tam … właścicielka w środku sprzątania.

Mopy, spryskiwacze do okien, szmaty, odkurzacz. Zapomniała, że wynajmuję we wtorki rano, bo choć płacę od dwóch miesięcy, jeszcze nigdy nie miałam pacjentów. I teraz wyobraźcie sobie jak na przyśpieszonym filmie, właścicielka gorączkowo zaczyna wynosić szmaty i spryskiwacze, ja stoję, o 10.57 dzwoni domofon, właścicielka krzyczy, żebym nie odbierała, w tempie światła wynosi odkurzacz, dosuwa meble do siebie, ja stoję, o 10.59 domofon dzwoni jeszcze raz. Tym razem muszę odebrać. Odbieram, otwieram drzwi domofonem, drzwi się zacinają, pacjent nie może wejść, siłujemy się tak jeszcze z parę chwil, ja wiem, że nie ma szans, żebym zeszła po niego 24 schodki na dół, na jednej nodze i 24 schodki z powrotem, dalej skacząc na jednej nodze i to tej samej. Właścicielka stopą posuwa odkurzacz, który wyjeżdża z sąsiedniego gabinetu, gdzie go przeniosła, zamyka do niego drzwi i oferuje, że zejdzie i wpuści pacjenta. Ja stoję w drzwiach. Czekam.

A potem miałam pierwszą w życiu sesję/konsultację, która poszła .. kto wie. Myślę, że dobrze, zobaczymy, czy pacjent wróci. Ciekawe, czy zauważył, że miałam dwa różne buty?

Po sesji luzik, poczekałam sobie na schodkach, przyjechał po mnie Mi, a wieczorem wpadli Ad z Re i zrobili nam wigiliny obiad – barszcz z uszkami. Uszka na szczęście kupne. Wszyscy dostaliśmy od nich prezenty, a oni dostali od nas tylko herbatę i whiskey, prezent przechodni, który Mi dostał z kolei tydzień wcześniej od swojej studentki na praktykach, bo przecież prezenty dla nich jeszcze nie przyszły.

***

Noga niestety nie jest dużo lepiej i trochę jestem w kropce co robić. W nocy bolała bardziej niż wcześniej i nie wiem, co to znaczy. Dziś jeszcze mam zajęcia online, wcześniej jeszcze rada egz dla amerykanów i trumpoidy dosyłające eseje i szef oczekujący, że jest sprawdę, Mi w pracy, więc nie ma jak nawet do kliniki podjechać. Co z wyjazdem do Polski? Co z umówionym wyjściem w góry (to akurat wiem – nico oczywiście). Co z życiem?

Czy zostać w Irl sama, a wysłać rodzinę do Pl? Czy jechać z nimi – ale jak? wózkiem do samolotu?

Lepiej lepić uszka w domu

Rozmowa z superwizorką podtrzymała mnie na duchu, że się da i że dam radę. W pracy zwolnienie zostało przyjęte, wykłady zostały odwołane, okazało się, że jak mam zwolnienie, to nie wolno mi pracować, nawet, jak chcę, więc nawet zajęcia online są przełożone. A zatem mam luzik, tadam, kto by się spodziewał! Tylko odkopię się z esejów i będzie gites. Domu też nie mam jak sprzątać, no i proszę, nagle człowiek nie musi myć okien na święta, jakie to proste!

Córeczka oddała sie produkcji ozdób i rysunków o tematyce okołoświątecznej:

Nigdy nie ingeruję w twórczość dziecka, choć jej interpretacja tematu jest dość, powiedzmy, nieortodoksyjna. W szkole dzieci projektuja kartki świąteczne i mojej córeczki od pięciu lat są takie, że nie mogę ich nikomu wysłać, żeby nie obrażać uczuć. A zawsze musimy kupować ich co najmniej 10, bo kasa idzie dla szkoły.

Jutro przychodzi do nas synek z Re na spotkanie świąteczne. Bardzo mi to nie na rękę, a raczej obecnie nie na nogę, no i nie mamy jeszcze nic dla nich, część rzeczy została dopiero zamówiona, o czym lojalnie uprzedziłam, a oni na pewno przyniosą cały wór prezentów dla Mo, zgodnie z Irlandzkim obyczajem, ale nie dało się wymyślić innego terminu, bo niedługo wyjeżdżają. Ad do Pl, bo mówi, że to być może ostatnie świadome święta dziadka, a on jest bardzo z dziadkiem związany, a Re do swojej rodziny, bo nie chce zostawiać rodziców samych. Od wczoraj wzięło mojego syneczka na tradycje polskie bożonarodzeniowe, od późnych godzin nocnych zatem dostaję wiadomości, że chcą lepić uszka u nas i zrobić barszcz, staram się go jednak zniechęcać do tych planów, bo ja im nic nie pomogę przez nogę, a dla Mi to sam środek tygodnia pracowego i jest niemożebnie zajęty, żeby wszystko podopinać co trzeba podopinać przed świętami. Wychodzę na straszną matkę, co nie pozwala dziecku obchodzić tradycji, no ale mam pewne podejrzenia poparte doświadczniem, niestety, jak to się może skończyć, wszystko będzie gotowe o 21, do tego burdel na kółkach w kuchni, Mi wkurzony, że musi sprzątać, a po pracy marzy tylko o odpoczynku, bo ma naprawdę teraz urwanie głowy. Napisałam synkowi, żeby kupił uszka, albo je ulepił z Re dzisiaj i nam po prostu przyniósł. Ale nie wiem, czy to się spotka z entuzjazmem.

Mój syn był wychowywany w Polsce w dużej rodzinie, mieszkaliśmy wtedy z moimi rodzicami oraz rodzeństwem, uwielbia więc rodzinne spędy, a atmosfera chaosu, rozgardiaszu i rozpierdolu go pozytywnie ładuje, byle było dużo ludzi i robienie czegoś razem. Jak się uczył do matury to twierdził, że najlepiej mu się siedzi z nami wszystkimi w dużym pokoju i nic mu nie przeszkadzały rozmowy, ani życie.

Noga przestaje boleć jak jej się nie dotyka, duży postęp, przynajmniej w nocy mogłam spać w przerwach pomiędzy skomplikowanym przekręcaniem się na drugi bok. Mąż obiecał, że mnie jutro odwiezie na spotkanie, jeden problem odpada. W klinice są wysokie schody, ale jakoś dokicam na górę, przyjadę specjalnie godzinę wcześniej. Terapeutka o kulach to wprowadzanie dodatkowego niezbyt pozytywnego elementu, który może wzmagać niepokój, ale takie jest życie i będę pracować z tym, co się pojawia.

…niż nabrudzić po kryjomu.