Wigilię uratował synek. Podczas gdy ja byłam w szpitalu, a Mi na plastikowym krzesełku czekał 10 godzin, syn przyjechał do D i został z Mo. Dzięki temu Mi mógł być ze mną, a dziesięcioletnia dziewczynka nie bała się sama w domu. Kiedy przyjechaliśmy po 18, Ad zdecydował się zostać z nami na wieczór i noc, na szczęście Re nie miała operacji w Wigilię (tak, mieliśmy kumulację) i była dobrze zaopiekowana u swoich rodziców.
Wigilia była taka, jaka mogła być, nie składaliśy sobie życzeń, i tak wiadomo, czego sobie wszyscy życzymy. Barszcz, uszka, bigos, sałatka, bez obrusa i bez sianka, nie miałam sumienia ganiać do nieważnego prasowania wykończonego męża, który ze stresu i zmęcznia był szary na twarzy. Ja w łóżku, reszta przy stole, za odświętność robiła bolesławiecka zastawa. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ja się cieszyłam, że żyję, że jestem w domu, bo głupio byłoby nie obudzić się z narkozy w wigilię, prawda? Tak sobie właśnie myślałam przed operacją, żeby tylko się obudzić, bo inaczej do końca życia moja rodzina będzie miała zrujnowane święta i będzie jak w powieściach Houellebecqa, gdzie ciemność i bezsens.
Potem gadaliśmy do drugiej w nocy, dawno nie mieliśmy okazji tak porozmawiać z synem, o wszystkim i o niczym, o życiu i o uczuciach, pracy, pasji, planach i w ogóle. Dobrze mi się z nim rozmawia, robi się coraz bardziej poukładany i realistyczny, bo refleksyjny i ciekawy świata to był zawsze. Trudne decyzje przed nimi, w czym się specjalizować, gdzie mieszkać, co robić w życiu, żeby móc się utrzymać, a nie stracić tej radości i ciekawości młodego człowieka. Czy najważniejsze jest zarabiać kasę, nie lubiąc tego, co się robi, czy jednak starać się robić coś, co ma dla nich sens. Standardowe rozkminki młodego człowieka.
Po euforii i radości Wigilijnej, że jednak żyję, wczoraj był czarny dzień, kiedy do mnie dotarło, że moje życie się zmieni. Lekarz mówił o kolejnych operacjach i możliwym bólu do końca życia, nie wiem jak długo będę unieruchomiona, nie wiem, kiedy wrócę do pracy, czy będę na zasiłku, czy jak dam radę kontynuować praktykę kliniczną. Za trzy tygodnie mam kolejne zajęcia, nie mogę ich opuścić, jeśli chcę uzyskać certyfikat, ale nie wiem, jak będzie z moją nogą, czy zgodzą się, żebym podczas zajęć siedziała na podłodze na kocu z nogą na poduszce? Tylko tak mogłabym brać w nich udział, bo muszę trzymać nogę wysoko, oczywiście jeśli wypuszczą mnie ze szpitala po drugiej operacji. Okazało się bowiem, że stopę mam zmażdżoną, jest parę złamań z dyslokacją, zupełnie to przeoczyli na pogotowiu bo zrobili mi tylko rtg … kostki. Wiem, że pomyłki się zdarzają, lekarze na pogotowiu nie mają czasu na pogłębioną diagnozę, podobno powinnam mieć stopę jak bania przy takich złamaniach i nie móc się ruszać z bólu, a ja trzy dni po wypadku poszłam – o kulach, ale jednak – na pierwszą sesję z pacjentką! Cóż znaczy determinacja:D
Dobrze, że mialam intuicję, że jednak nie jest to skręcona kostka, dobrze, że pojechałam do kliniki w piątek, dobrze, że trafiłam na sensowną lekarkę, która choć się nie znała, to wysłała moje zdjęcia specjaliście, dobrze, że kolejny lekarz wezwał mnie w poniedziałek na TK, bo coś mu jednak dalej nie pasowało, dobrze, że TK od razu wysłali do konsultanta ortopedii, który zaraz we wtorek do mnie zadzwonił, bo w środę w Wigilię było 12 dni po wypadku i kości już zaczynały się zrastać. W święta nie robią żadnych operacji, oprócz ratowania życia, więc byłabym skazana na czekanie do nowego roku.
Ale wczoraj naprawdę było ciemno, załamałam się, kiedy zorientowałam się, że włożyłam clexane do lodówki, a nie wolno, pół dnia dzwoniłam, żeby znaleźć jakąś czynną aptekę, coby się zapytać, czy mogę użyć albo kupić nowe, bo jak nie będę brać to przecież może się skończyć tragicznie. Ale nie chodziło tu o clexane, oczywiście, tylko o to, że muszę wchodzić po schodach na pupie, żeby zrobić siku, bo teraz nawet nie mogę skakać na jednej nodze, stopa tak boli i nie wiem jak bardzo będzie mnie bolała, kiedy już się pozrasta. Nie będę mogła biegać, być może nigdy, nie wiem, kiedy będę mogła jeździć na rowerze – kto będzie odbierał moją córeczkę ze szkoły i woził ją na muzykę i gimnastykę? Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze pójdę w góry, kiedy wrócę do pracy, nie wiem, czy skończę studia specjalizację (studia przecież już skończyłam).
Dziś już lepiej. Mi nie leci do Pl z Mo, zdecydował, że nie chce mnie zostawić w takim stanie, nawet z synem. Dziś już moc przestała truchleć.