Po częstotliwości wpisów widać, że robię się zajęta.
Powrót do pracy udany, ale wiem, że to jeszcze taki luźny tydzień – w poniedziałek tylko jedna godzina, a wczoraj święto. Kiedy Irlandczycy szaleli w pubach i na paradach, ja się przygotowywałam na wykłady, ale pojechaliśmy też na słoneczny spacer do parku różanego. (W kawiarni odkrycie miesiąca – matcha!).
Obczaiłam dojazd autem do pracy i parking (dziś zabolało – 27 euro, coś spieprzyłam i maszyna nie uznała mi rabatu, a parking jest podobno częściowo sponsorowany przez pracę, no, ale wciąż taniej niż taxi!). Z parkingu mam 15 min na kulejącą piechotę, w budynku windy działają, w klasie mogę siedzieć na wysokim stołku przed komputerem, czyli wszystko dobrze. W poniedziałek byłam trochę skonfundowana, jakby mój umysł jeszcze nie zatrybił, co ja robię, że jestem w szkole, że wróciłam do pracy, ale już dzisiaj włączyła mi się automatyczna kontrola lotu i bardzo przyjemnie sobie spędziłam ze studentami czas, szczególnie drugi wykład.
A były cztery godziny pod rząd od rana, potem jeszcze godzinka w biurze, potem zobiłam małe zakupy, odebrałam Mo ze szkoły, przywiozłam do domu i zaczęłam robić obiad, bo dziecko głodne. I tak wyszło, nomen omen, siedem godzin na nogach, a raczej na nodze, a to już trochę dużo, muszę jednak uważać i nie przesadzać. Teraz leżę na sofie z nogą w górze, coby opuchlizna zeszła, muszę uważać i pamiętać, żeby ćwiczyć. Czy wiecie, że jak jest noga unieruchomina to nie tylko mięśnie zanikają, ale też naczynia krwionośne? I to wszystko wymaga czasu, żeby odrosnąć. I wymaga ruchu. A tak w ogóle to się dowiedziałam też, że organizm nie rejestruje bólu, tylko zmiany ciśnienia, stan zapalny tkanek, dotyk itp i to przekłada na subiektywne odczucie bólu. Więc jest możliwe, że po wypadku czy uszkodzeniu czegoś sobie mózg musi się ‚nauczyć’, że nie boli – subiektywnie może odczuwać ból, kiedy zmieniają się fizyczne parametry (np stawiamy stopę na ziemi), mimo, że obiektywnie nie ma żadnego zagrożenia. Takie ciekawostki sobie słucham, bo powiem wam, że chodzenia bez ortopedycznego buta nawet sobie nie wyobrażam, na razie boję się stanąć na tej stopie bez żadnej ochrony.
Padam. Spałam dość kiepsko, powrót do placówki to jednak mobilizacja i ta mobilizacja wpłynęła mi na sen, jakbym co chwila sprawdzała, czy to już? Czy trzeba już działać? Czy trzeba się sprężać?
W nocy wciągnęłam się w trylogię Edny O’Brian. Skończyłam The Country Girls, jestem w połowie The Lonely Girl. Seria o Irlandii wojennej i tuż powojennej, zdziwiłam się, że została wydana we wczesnych latach 60tych, O’Brian pisze w sposób bardzo współczesny i rzeczywiście ma się wrażenie, że bez niej nie byłoby ani Saly Rooney i Normalnych Ludzi, ani Anne Enright i The Gathering, ani Anne Burns i Mleczarza. O’Brian wyszarpała z literatury irlandzkiej przestrzeń, gdzie kobiety mogą tworzyć na równi z facetami, a niewątpliwie wymagało to odwagi. Rodzina się obraziła, w rodzinnej wsi była uznana za skandalistkę, a jej książki były w Irl zakazane i publicznie palone przez księży, co dzisiaj zadziwia, bo nie ma w tam nic szokującego ani pornograficznego (a szkoda, oczywiście:), jest tylko głęboka znajomość duszy ludzkiej i szczerość obserwacji. A na dodatek Edna jest jeszcze bardzo romantyczna, czuła, delikatna – jeślibym umiała opisać swoje uczucia z okresu kiedy miałam około siedemnastu lat, to myślę, że napisałabym coś bardzo podobnego. No i te smaczki kulturowe, kiedy spotykanie się z rozwiedzionym mężczyzną to grzech śmiertelny, a chlanie to kultura:
„To jest równie wielki grzech, że mój ojciec taki jest, jak to, że mężczyzna ma dwie żony” — powiedziałam księdzu, kiedy zostaliśmy sami. „Dziwię się tobie” — odrzekł — „że mówisz tak o swoim dobrym ojcu. Każdy mężczyzna pije. To przez klimat”. Jego brwi były krzaczaste, gdy się marszczył.
Leje, wieje, mają przyjść przymrozki i śnieg. I boli mnie głowa, co mi się naprawdę rzadko zdarza. No nie, zaraz zacznę narzekać na mój ulubiony marzec, nie moi drodzy, nadal kocham marzec miłością nieprzytomną, a kochanemu dużo się wybacza, nawet okazjonalne wianie chłodem.
(Kupiłam Margarytki, bo nic mi nie kwitnie, jak przestanie gradzić to zrobię zdjęcie).
Pomimo pogody, mam cudowny dzień. Taki, jaki lubię – jestem zupełnie SAMA w domu, bez żadnych wyjść, ani lekcji, ani sesji, mąż w pracy, córeczka w szkole, przede mną rozpościera się cisza i spokój i przestrzeń na myślenie. Śniadanko, kawka, artykuły, przygotowywanie się do zajęć, moja wyobraźnia może sobie meandrować, mogę sobie rozmyślać i przemyślać i kminić i oddawać się pracy samotniczej. Przeczytałam FANTASTYCZNY artykuł, który zaraz wam postaram się opowiedzieć, długi i trudny, szczególnie początek, jak się nie jest z tej działki (neuroscience), ale tak strasznie ciekawy, że musze się z kimś podzielić! (choć może nie do końca wszystko zrozumiałam).
W kazdym razie z tego, co zrozumiałam, autor łączy niektóre pomysły Freuda z ostatnimi odkryciami neuroscience na temat snów i jawy. Sny i śnienie, jak wam zawsze piszę, są niesamowicie ważne i chyba nie do końca jeszcze zdajemy sobie sprawę JAK bardzo. W psychonanalizie mówi się o ‚symbolizacji’ która się odbywa w snach, a owa symbolizacja niezbędna jest dla zdrowia psychicznego, choć chyba jest to ciągle raczej kliniczna obserwacja, niż spójna teoria. W każdym razie czy wiecie, że w głębokiej depresji sny są płaskie i pozbawione emocji? W lżejszej – skrócona jest faza fal wolnych, a REM zniekształcona. Śnienie jest również zaburzone w schizofrenii, ptsd, chorobie afektywno-dwubiegunowej i tak dalej. A jeśli ktoś kiedykolwiek miał doświadczenie snów które były długie, dziwaczne i pełne absurdalnych skojarzeń, to pewno zna to uczucie obudzenia się z takiego najdziwaczniejszego snu z poczuciem spokoju – rozwiązania problemu, czy osiągnięcia jakiegoś zrozumienia. Tutaj autor buduje inny model, nie odwołuje się do bezpośrednio do symbolizacji, ale próbuje umiejscowić sny w ramach naszego biologicznego dziedzictwa i wyjaśnić ich funkcje w kontekście tego, co współczesna nauka wie o świadomości. Sny są rozumiane jako narzędzie do rozwiazywania problemów zwiazanych z koniecznością przeżycia organizmu żywego, czyli dostosowania się do środowiska.
A zatem idzie to tak: współczesna teoria świadomości zakłada, że rzeczywistość w której żyjemy to produkt naszej wyobraźni, jakiś model świata wykreowany na podstawie sygnałów za pomocą zmysłów. Nasze przeżycie zależy od predykcyjnej mocy naszego modelu, czyli tego, jak precyzyjnie jesteśmy w stanie przewidzieć co sie będzie działo, czyli jak nas świat potraktuje w każdym danym momencie, chwila po chwili. W bardzo prymitywnej formie mają już to pantofelki, kiedy uczą się uciekać od ścianek akwarium, które kopią prądem, czy jak się tam pantofelkom uprzykrza życie. My ludzie oczywiście siedzimy sobie w domku, czytamy książeczkę, wraca nasz mąż z pracy i przewidujemy z 99.9% pewnością, że nas nie pokopie prądem, a raczej będzie miły, zgotuje obiadek i przytuli. To jak w pokerze – od trafności naszego przewidywania zależy nasza wygrana na loterii życia. Robimy to cały czas, pobieramy ‚próbki’ rzeczywistości naszymi zmysłami (ciepło-zimno, smaczne-okropne, ciemno-jasno) i staramy sie zgadnąć, czy to są warunki dla nas dobre do przeżycia i rozmnażania się, czy wprost przeciwnie. Jak dobre – zostajemy, jak złe – spierdalamy. Zgadywanie w dodatku odbywa się w większej części ‚automatycznie’, w tle, czyli nieświadomie, np. jest wiele badań, jak dzieci alkoholików potrafią wyczuć, czy rodzic jest pijany, jeszcze zanim wejdzie do domu.
Nasze przewidywanie opieramy oczywiście o nasze doświadczenia – czyli właśnie model rzeczywistości. Od urodzenia (albo jeszcze przed, jak niektóre badania nad uczeniem prenatalnym pokazują) mozolnie budujemy sobie pewien obraz świata, bardzo szczegółowy i zanurzony w odczuciach cielesnych – np. komu można ufać, jakie jedzenie jest dobre i tak dalej. Ten model dotyczy oczywiscie fizycznej rzeczywistości (ciepło-gorąco-parzy), ale w najważniejszym względzie odnosi się do relacji międzyludzkich, bo te są początkowo najistotniejsze dla naszego przeżycia. Ale żeby model był pomocny, nie może być zbyt skomplikowany i wszystkie organizmy żywe dążą do zredukowania skomplikowaności tego swojego modelu (tutaj wchodzi zasada wolnej energii Freuda) – bo przeładowanie systemu to jak za dużo okienek w windowsach otwartych i nagle cholera jasna system zaczyna nam się mielić. Kiedy nie wiemy co robić, generujemy dużo hipotez, czyli niepotrzebnie wydatkujemy energię życiową – na marginesie, to też można połączyć z naturalnym lenistwem natury Lucka, myśleniem szybkim i przyjemnym, oraz męczącym myśleniem wolnym, za odkrycie którego dostał Nobla Kahneman, a o czym wiedzą wszyscy piszący eseje i uczący się do egzaminu, też mi odkrycie;) W każdym razie wielość hipotez na temat rzeczywistości to ambiwalencja, konflikt wewnętrzny, niepewność jutra i jest to strasznie męczące.
No, ale do brzegu. W czasie jawy staramy się nasze hipotezy redukować przez ich testowanie – pijemy kolejną kawę i nagle zaczynaja nam się rączki trząść, zamiast czuć się lepiej, ups, siódma kawa wcale nie pomaga. Okazjonalnie, nie możemy odrzucić żadnej hipotezy, kiedy nie wiemy, czy odejść czy zostać, kiedy jesteśmy wściekli na naszych rodziców, ale ich równocześnie kochamy, a jeśli jesteśmy dziećmi, to nie możemy sobie pozwolić na tę złość i tak dalej, kiedy ukochany mąż kupuje pantofelki, a wieczorem razi prądem, więc czy mamy odejść, czy zostać, kiedy obiecuje, że się zmieni i mówi, że kocha i tak dalej. (Oczywiście w taką ambiwalencję łatwiej popaść komuś, kto już ma takie doświadczenie z domu rodzinnego, wtedy mąż który bije idealnie się wpisuje w model rzeczywistości, który opisuje kochających ludzi, którzy czasem bolą).
Ale konflikt wewnętrzny nie musi być taki duży i przeważnie nie jest. To są zwykłe codzienne sprawy, które generują ileś tam możliwych interpretacji, nowe emocjonalne przeżycie, które oznacza mnożenie domysłów na temat rzeczywistości, te wlasnie wszystkie domysły i idee i hipotezy na temat rzeczywistości są we śnie czyszczone, redukowane przez przegladanie śladów z przeszłości, które mają podobny emocjonalny smak, co pozwala nam uporządkować złożoność doświadczenia i wybrać najbardziej prawdopodobną wersję. Nadajemy wtedy przeżyciu znaczenie, które redukuje ambiwalencję i integruje je z naszym wewnętrznym modelem. Niepotrzebne połączenia synaps są usuwane, jest to proces podobny do przycinania połączeń neuronalnych w czasie dorastania. I voila! Budzimy się rano odświeżeni, po odwaleniu ciężkiej roboty we śnie.
Każdy sen składa się zatem z zewnętrznej warstwy (jawna treść snu, wg Freuda), która odnosi się właśnie do przeżyć dnia poprzedniego i wewnętrznej warstwy (ukryta treść wg Freuda) i to są właśnie te skojarzenia i ślady emocjonalne, które zostały wywołane przez przeżycia dzienne – odnosi się ona do tego naszego modelu rzeczywistości, który sobie zbudowaliśmy od momentu urodzenia. Model ten jest w dużym stopniu nieświadomy, pierwotnie zakorzeniony w ciele, z każdym nowym przeżyciem, jeśli wszystko idzie dobrze, cyzelowany i aktualizowany.
Mysle, że to dlatego wybuchają takie wojenki na blogach – bo nie bronimy ŚWIADOMYCH wniosków czy idei, które byłyby racjonalne i plastyczne, ale swoich emocjonalnych przekonań, które są tak głęboko wrośnięte w naszą tożsamość, że nie poddają się łatwo dyskusji. Jesteśmy tak skomplikowanym organizmem, że nie możemy sobie pozwolić na łatwe aktualizowanie najbardziej zakorzenionych i prymitywnych przekonań, bo one są jak język maszynowy pod każdym windowsem.
Ale wracając do śnienia, czyli do brzegu. Każdy sen ma kilka etapów: pierwszy z nich to odtwarzanie emocjonalnego śladu dnia poprzedniego, następnie przeglądanie roboczych hipotez, czyli sortowanie pomysłów i idei które się z tym kojarzą – które przywołane zostały z nieświadomości przez ten właśnie emocjonalny ślad. Sniacy probuje to, co go spotkało w ciągu dnia przypasowac do tego, co juz wie, co mu to przypomina, z czym się to łączy i jak to może zintegrować z modelem. Włączenie przeżycia do wewnętrzego obrazu świata to etap kolejny, który kończy się przesłaniem doświadczenia do pamięci długotrwałej. Po jego zakończeniu możemy o doświadczeniu ‚myśleć’ w jakimś konkretnym kontekście, przezycie cos dla nas ‚znaczy’.
Kiedy nie możemy śnić i przejść powyższego procesu, nie możemy zredukować luki w prognozach naszego modelu, mamy za duzo hipotez, za duzo domyslow, zaczynamy mieć objawy nerwicy, obsesji, rozwijają się zachowania kompulsywne i tak dalej, bo nie mamy zapewnionego tego podstawowego bezpieczeństwa, poczucia, że wiemy co robić, żeby przeżyć – co szukać, a czego unikać. W skrajnej postaci, aby zredukować konflikt wewnętrzny umysł może uciec do psychozy – czyli halucynacji, które autor opisuje jako wykorzystanie mechanizmu snu bez śnienia, na jawie. Wielodniowe niespanie może wywołać psychozę, choć związek samoistnej psychozy z zaburzeniem mechanizmu snu nadal nie jest do końca jasny, może psychoza związana jest z uszkodzonym mechanizmem oddzielającym jawę od snu?
Takie rozumienie marzeń sennych pozwala też wyjaśnić PTSD, kiedy doświadczenie traumy nie może zostać zintegrowane – jest tak przeciążające, że jak zaczyna się śnić (czyli ‚odtwarzać emocjonalny ślad’), to się człowiek wybudza przed przejściem do fazy integracji – to są właśnie te koszmary nocne, które pojawiają się w niezmienionej formie często latami, bo samo doświadczenie emocjonalne przepala nam wszystkie bezpieczniki już w trakcie jego odtwarzania podczas pierwszej fazy.
No i co myślicie? Ciekawe, prawda? Artykuł zawiera dużo dużo więcej, można sobie zajrzeć, te zapiski to raczej moja próba zrozumienia niż streszczenie artykułu.
W każdym razie, takehomemessage moi drodzy to niewątpliwie – trzeba śnić! Im bardziej dziwaczne, długie, bezsensowne i szalone sny, tym dla nas lepiej, bo to oznacza, że umysł przegląda najgłębsze pokłady nieświadomości, nasze głębiny morskie, gdzie najprymitywniejsze wspomnienia pogrzebane, dorwał się do tego i próbuje aktualizować nasz przestarzały model rzeczywistości, a jak wiadomo dla zdrowia psychicznego nie ma jak to updatowanie systemu.
A zatem życzę sobie, i wszystkim, którzy się nie boją, takich snów, jak u Leonory:
Jestem, niewątpliwie, ograniczona zatem czasem i przestrzenią. Na tej planecie. W tym kraju. W tym mieście. W tym domu.
Nie wiem tylko, czy mieszkam w tym ciemnym pokoju, czy raczej w tamtym?
***
Tym razem świętowaliśmy dwa dni, w niedzielę nad brzegiem, a wczoraj w domu. Niedzielny obiad w przepięknej restauracji nad samym morzem, tylko niestety za poradą syna, że ‚nie jest takie ostre’ zamówiłam sobie danie z dwiema papryczkami chili w menu – jagnięcina w sosie miętowo-szpinakowym – no i niestety, myślałam, że mi gębę wypali, doprawdy nie wiem co to za przyjemność taki ogień. Mój synek za to z dziewczyną i swoim ojcem zajadali się ostrościami, prawdziwe piekło, nie dla mnie. Ja wciskałam szybko kawałki i zaraz zagryzałam pysznym Naanem i zapijałam mango lasse, ale nic nie pomagało. Córeczce za to nie podpasowało, bo nie było japońskie, heh.
Ale wczoraj ciasto, kupione przez męża, było idealne.
Kawka. Na razie na sofie, ale słońce tak szeleje, że chyba wyjdę do ogrodu.
Marzec się wywiązuje na razie ze wszystkich obietnic. Wczoraj podobno zrobiłam 5tys kroków, nie chce mi się wierzyć, bo przecież nie mogę chodzić, chyba mnie mój fitbit oszukuje (jest możliwe, że liczy kroki jak stoję w korkach w samochodzie?). Ale prawda, że na spacerku byłam i uczciwie zarobiłam 2300.
Z rzeczy oglądanych ostatnio wchodzą nam jakoś dziwnie seriale o nastolatkach, są zaskakująco dobre, jak na przykład The End of the F*** World a ostatnio I am not OK with This . Na ile jeszcze pamiętam jak się czułam te 35 lat temu, to właśnie tak.
Z literatury siedzę w nacjonalizmie i jest to zadziwiająco ciekawe – na razie klasyka Gellner, którego jednak dobrze się czyta, zdziwko. Znalazłam fajny podręcznik co mnie bardzo ucieszyło, bo przebijać się przez wszystkie najważniejsze pozycje nie mam czasu, a nie jestem specem od soc politycznej. Z polskich mam Kąckiego Chłopcy idą po Polskę, kupioną jeszcze przed aferą, ale teraz będę musiała ją chyba komisyjnie spalić, czekam tylko na sabat czarownic w czerwcu. Musiałam się w końcu zacząć przygotowywać na wykłady, więc na razie pewno nie będę miała większych mocy przerobowych, a jeszcze teksty na zajęcia kliniczne w przyszłym tygodniu. Książka o traumie przydaje mi się z klientem, chyba dlatego zresztą zaczęłam ją czytać. Olśniło mnie też dlaczego nie czytam podczas roku akademickiego – otóż mam tyle esejów, projektów i licencjatów do przeczytania, plus literatura fachowa, że nie nie mam na nic innego czasu. Uniwerek był najgorszy – 30 długich esejów co 2 miesiące z jednego tylko przedmiotu, to jest 300 stron które trzeba przeczytać, odnieść się i OCENIĆ! A teraz mogę czytać dla przyjemności, ha! Parę dni temu synek podrzucił polityczną fantazy Blood Over Bright Haven, wysoko oceniona przez Guardiana, nie jest zła, ale jednak kto czytał Fundację czy Diunę za młodu ten się nie zachwyci. Jako czytadło dobre, no i political fantazy to coś, co lubię. Edna i jej Country Girls na razie w odstawce, trochę się wkręciłam, ale jak przerywam, to już trudno wrócić.
Mo poszła na comicon z koleżankami, zaczeło się:) Powiedziała mi wczoraj, że jest nerdem, bo interesuje się mangą, nie jest to moja definicja nerdostwa, ale niech jej będzie. Dziś mamy z Mi relaksik, a jutro piękne plany na weekend.
Wszystkie dobre rzeczy wydarzają się w marcu – dziś mamy 27 rocznicę ślubu!
Do ślubu jechałam na motorze, to znaczy w przyczepce takiej jak Luis de Fines z zakonnicą, i miałam taki hełm niemiecki, nie żartuję, byłam już w ÓSMYM miesiącu ciąży. Był to stary motor z czasów wojny od naszego kolegi, który prowadził, a za nim siedział mój przyszły mąż, bo oczywiście w tamtych latach żadne z nas nie miało prawka. Nie braliśmy ślubu kościelnego, ku zgorszeniu naszych rodzin, więc tylko do urzędu, gdzie zaprosiliśmy wszystkich naszych przyjaciół. Potem był obiad z rodziną, z którego uciekliśmy na imprezę trzydniową w górskim pensjonacie, a tam okazało się, że z powodu śniegu nie dowieźli żadnego alko, a zamówiliśmy beczki piwa z pobliskiego browaru. A zatem ze świadkową i dwoma kolegami pojechaliśmy do jedynego sklepu nocnego w miasteczku w Karkonoszach, gdzie wyciągnęłam koperty z wesela i kupiliśmy parę skrzynek wódki. Do dziś mam tę scenę przed oczami – miasteczko w górach zasypane śniegiem, ja w sukni ślubnej w wyraźnej ciąży, pani sklepowa pyta czy to duża impreza, a kolega rzuca mimochodem ‚nie, tylko ja, kolega i te dwie kicie;).
Niestety, złapałam przed ślubem jakieś przeziębienie, więc następne dwa dni imprezy przeleżałam w łóżku w pensjonacie, podczas gdy cała banda się szalała na dole.
Wszystko w naszym życiu było na wariata i na słowo honoru, a przeżyliśmy razem dwadzieścia siedem lat, więc może to jakiś sposób? Może trzeba zaczynać od dymu z komina?
Kupiłam ramki do dwóch obrazków i będę wieszać. Jeden to Wybuchająca Głowa, którą dostałam na urodziny i która bardzo rezonowała ze mną w zeszłym roku, kiedy kończyłam magisterkę:
ExploadingHead
A drugi to obrazek z galerii w Porto, który sobie wybrała na pamiątkę moja córeczka, też się zastanawiam co siedzi w jej głowie:
Beztytułu
Z okazji idziemy na wiosenny spacer, słońce naprawdę się dziś stara. Muszę kupić sobie tulipany w donicach! A wieczorem z moją córeczką mamy plany na cudowną kąpiel w oparach magnezu. Córeczka już planuje girl’s night in za dwa tygodnie, kiedy Mi wyjeżdża na swoje kolejne teatralne szkolenie – a więc najpierw kąpiel i maseczki, potem obejrzymy sobie jakiś dziewczyński film, potem będzie ze mną spała, a w środku nocy koniecznie musimy iść na moonwalk, mam nadzieję, że do ogrodu.
Cudne, cudowne wiosenne dni wczoraj i dziś. Trzeba przyznać, że marzec dowozi, mowiłam, że to mój najukochańszy miesiąc?
Wszystko powoli staje się łatwiejsze. Wczoraj wracałam z sesji (klient ciągle przychodzi) i jednak noga w bucie to game changer prawdziwy – nie muszę sie martwić o parking blisko, bo nawet kilometr jestem w stanie przejść.
A w takich okolicznościach przyrody, to czysta przyjemność:
W kuchni mam też już ałturaż wiosenny, brudne szyby omiatam jedynie wzrokiem:
Było tak słonecznie, że po przyjściu do domu usiadłam sobie w ogródku, który teraz ukazuje wszystkie zimowe obrażenia:
Na zdjęciu powyżej skorupy mojego ukochanego wazonu, niejedna donica też poszła na niebieskie połoniny niestety.
Nie przeszkadzało mi to jednak cieszyć się pierwszą kawką na ławeczce w słońcu (muszę zaolejować ławkę i stół ogrodowy, ku pamięci).
I zaprawdę powiadam wam, nie ma NIC cudowniejszego, niż kawka na ławce w pierwszym wiosennym słońcu, z robótką na kolanach i dobrym podkastem na uszach.
Obejrzeliśmy całą Bugonię, jak dla mnie Save the Green Planet był lepszy. W Bugoni jest dużo więcej przemocy, w koreańskim pierwowzorze przemoc była zasugerowana, mniej dosłowna. Był też dużo bardziej zabawny i lekki, pomimo ciężkiego tematu.
Przygotowania do pracy pełną parą, czytam maile, odpowiadam, zaglądam w papiery, czytam to, czego przeczytanie odkładałam.
Wróciłam do gimnastyki, na razie pompek nie dam rady, ale ćwiczenia z ciężarkami na ręce, brzuszki, ćwiczenia na wzmocnienie mięśni kręgosłupa jak najbardziej, więc wyciągnęłam matę i ćwiczę. Zmobilizowały mnie wyniki taty, który dostał diagnozę na A, być może 2-3 lata będą jeszcze w miarę, ale potem będzie ciężko. Okazało się też, że ma jeden zły allel genu, który być może nam przekazał. A ćwiczenia fizyczne mogą chronić przed wystąpieniem choroby albo ją opóźniać – wiedzieliście o tym? Święta trójca to ćwiczenia, sen i oczywiście dieta, czyli warzywa warzywa warzywa i owoce. Czyli ćwiczę, oddaję się Morfeuszowi i wcinam zielone. Cóż więcej mogę zrobić. Aaaa, cieszyć się marcem i życiem, oczywiście.
Powoli przygotowuję się na powrót do pracy. Jeszcze słabo chodzę, boli i nie wiem, czy to zrastanie, czy nerwy które musiały na powrót wyrosnąć, czy ścięgna przykurczone czy mięśnie nie używane, czy cholerawieco. Pewno cholerawieco. Ale staram się trochę chodzić, sprawdzam, czy dojdę do przystanku, bo rowerem nie bardzo, a muszę jakoś do pracy dojechać już za 2 tygodnie.
Wczoraj poszłam sobie na spacerek do parku, sama, przez godzinę przeszłam półtora kilometra. Jestem jak ten żółw – mąż się odwrócił na chwilę, a ja myk myk.
W parku cudownie. Ja wprawdzie jestem fanką lasu (kto pamięta pytanie na maturze ‚Drzewo w literaturze polskiej?’ ja mam głowę pęłną lasu w prozie i liryce, choćby las nocą rośnie usta otwiera dłonie ogromne chłonie i ssie albo Jest w lesie ptak, na wieży dzwon czy Mało drzewiej gołe były lasy, śnieg na ziemi wyższej łokcia leżał lub Idziemy przez las pijani od słów Siekiery), ale park też daje radę. Było zimno, wiatr przewiewał kurteczkę i żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale wiosna!
Wiosna!
W piątek obejrzeliśmy Dom Dobry, kolejna pozycja, która mi współgra z książką o traumie (Trauma – od przemocy domowej do terroru politycznego). Nie miałam wrażenia, że przedstawienie traumy jest przesadzone, ani, żeby Smarzu jakoś epatował przemocą, a takie opinie o filmie czytałam. Herman pisze, że zawsze zaprzeczamy i wypieramy doświadczenie traumy – dzieje sie tak zarówno na poziomie społecznym, jak i jednostki. Chcemy jak najszybciej zapomnieć, albo zaprzeczyć, że coś takiego w ogóle mogło mieć miejsce, bo doświadczenie jest tak przerażające, że trudno je jakoś zrozumieć, przerobić i właczyć do pamięci, historycznej czy jednostkowej – i tak właśnie niektórzy odnosili się do filmu. Są oczywiście kobiety które taki koszmar przeżyły i nie są w stanie tego filmu oglądać, to zrozumiałe, ale nie o nie mi chodzi. Film dobrze też pokazuje, jak przemoc skorelowana jest z nierównowagą sił – łatwiej eskaluje w dynamice dorosły-dziecko, mężczyzna-kobieta, strażnik-więzień, członek większości narodowej – ktoś z mniejszości etnicznej. Co ciekawe, film nawiązuje też do jednego z mechanizmów obronnych wykorzystywanych przez ofiary – dysocjacji, bo tak, jak bohaterka nie wiemy, co jest prawdą, a co wymysłem, która z tych trzech historii jest prawdziwa. A może wszystkie równocześnie, jak w osobowości wielorakiej, która może być konsekwencją granicznego doświadczenia przemocy i znęcania.
Wczoraj zaczęliśmy Bugonię, bardzo jestem ciekawa jak jeden z moich ulubionych reżyserów poradzi sobie z jednym z moich ulubionych filmów – bo Bugonia jest amerykańską wersją Save the Green Planet, jednego z najbardziej oryginalnych i wzruszających filmów koreańskich. Nie wiem, czy pisałam, ale kiedyś dawno dawno temu założyliśmy i prowadziliśmy z Mi klub filmowy Auntie Underground w lewackim centrum społecznym w Dublinie, na seansy wygrzebywaliśmy właśnie takie perełki jak Save the Green Planet, puściliśmy też Irlandczykom Misia oraz Gadające Głowy Kieślowskiego 😀 Do dziś większość naszych irlandzkich znajomych to ludzie właśnie wtedy poznani.
Sweter rośnie:
Niedziela zaczęta wyspaniem się, nieśpieszną kawką i drutowaniem. Zaraz idziemy do Immy, Mo na warsztaty z artystami, a ja podreptać sobie w ogrodzie angielskim. Za namową Teatru zakupiłam sole magnezowe do ablucji i to jest cudowny plan na wieczór.
Imma.
Zrobiłam trzy tysiące kroków i zachwyciłam się murem:
Nie pisałam, bo wsiąkłam w Alchemised. Kompletnie.
Pierwsze 500 stron to była męczarnia przez dwa miesiące, ostatnie 500 stron zabrało mi dwa dni, nie żartuję. Dawno nie miałam takiej gorączki książkowej, wiec jak ktoś lubi sci-fi albo fantazy z romansem – warto. Do tego psychologiczne mechanizmy naprawdę przekonujące, rzeczywistość rzeczywista, czyli szara, nie ma dobrych i złych ludzi, są ludzie dobrzy i źli równocześnie, świetnie oddane niebezpieczeństwo zbytniego idealizmu, wiary w bogów oraz wiary w naukę, no i oczywiście okropieństwa wojny i trauma. Styl taki trochę zbyt intesywnie emocjonalny na początku, ale potem przestał mnie denerwować. Bardzo mi to zaczęło współgrać z czytaną książką o traumie i ptsd, gdzie autorka pisze, że chcemy jak najszybciej zapomnieć o potwornościach, jako społeczeństwo i jako jednostka – wypieramy albo zaprzeczamy temu, co się wydarzyło. No i jak to każdy jest zdolny do potworności, czyli Hannah Arendt i banalność zła. Zwycięzcy piszą historię, a my się nigdy nie dogrzebiemy do prawdziwych bohaterów. I to wszystko w jednej książce fantazy;D
Na dworze wiatr zmian. Marzec jest obietnicą, a co może być piękniejszego niż obietnica?
Pachnie wiosną i wolnością i świeżą ziemią. Zawsze wpadam w wiosenne szaleństwo na początku marca, kiedyś ciągle po uszy zakochana nastolatka, szesnasto- czy piętnastoletnia, odurzona wiosną i urodzinami, włóczeniem się z chłopakami i dziewczynami i pierwszym piwem nad Odrą oraz pod kościołem Św. Marcina na Ostrowiu, ale to piwo to już później. Pierwszy alkohol to była cała szklanka whiskey wypita na Sylwestra w wieku 16 lat, myślałam sobie wtedy, że Hemingway mógł, to ja nie mogę?, ale fla mnie nie skończyło sie to dobrze, dla Hemingwaya zreszta też. I próby Dziadów w podziemiach najstarszego kościoła we Wroc, gdzie zaprowadził mnie chłopak, w którym byłam wtedy STRASZNIE zakochana. Do dziś pamiętam jego ksywkę, ale nie mogę się nią podzielić, bo nuż go ktoś rozpozna, albo on rozpozna mnie;) Napiszę tylko, że był bardzo wysoki i miał wiecznie rozczochrane ciemne włosy, a na osiemnastkę dostałam od niego balsam Nivea, wtedy sprowadzany z Niemiec i nie tak łatwo dostępny w Polsce.
Do dzisiaj zapach tego balsamu jest dla mnie jak magdalenka – wrzuca mnie od razu w młodość, durną i chmurną, i miłość, zawsze nieszczęśliwą w tamtym czasie. Byłam chuda jak szczapa, w szkole podstawowej miałam ksywkę ‚Szkieletor’, (na dzieci zawsze można liczyć:), byłam też przemądrzała i straszliwie oryginalna, to się chyba nazywa pretensjonalna, ech, nosiłam okularki lenonki, kapelusz dziadka i wielką, wojskową kurtkę w kolorze borowym, czyli zgniłozielonym. Nie wyglądałam w tym wszystkim najlepiej, a do tego czytałam science fiction i uwielbiałam Lema, słuchałam Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Wysockiego, do spółki z Demarczyk i Barbarą Rylską. A potem na szczęście zaczęły mi rosnąć cycki i odkryłam, że jednak jestem kobietą. I że mam piękne nogi, już nie chude patyczki. Ale to już późne liceum.
Po latach okazało się, że mój obecny mąż chodził z moją pierwszą wielką miłością do przedszkola i bardzo się przyjaźnili.
Wczoraj pierwszy prawdziwy spacer, zrobiłam 1100 kroków!
Wiadomo, że to nie ja, bo nie noszę czarnego😉
Wygląda jak sukces, ale czułam, jakby to była porażka, bo choć przeszłam kilometr w bucie ortopedycznym i o kulach, noga jest sztywna i boli. Chyba miałam takie wyobrażenie, że jak tylko mi zdejmą gips, to hoho! Będę biegać. A tu dupa blada, proszę państwa.
Pani fizjoterapeutka w szpitalu pokazała mi ćwiczenia – robienie kółeczka stopą i przyciąganie do siebie i od siebie, phi, pomyślałam sobie, co to za ćwiczenia, dajcie mi tu PRAWDZIWE ĆWICZENIA! A tu bryndza, proszę państwa, nie dam rady, noga boli, ale gorzej, że bardziej boję się, że będzie boleć, bo sobie coś naruszę. Stopą jestem w stanie zrobić jako-taki prostokąt, ale kółeczko? Zapomnij. Stopa mnie nie słucha.
No niby człowiek wie, że rehabilitacja, że długa droga, niby wszystko rozumie, a jednak.
Jak już pisałam, czytam o traumie, bardzo dobre. Czytam, żeby wiedzieć, co robić, albo czego nie robić w razie czego. Takie podstawowe opracowanie, choć swego czasu dość przełomowe, bo łączące przemoc domową z doświadczeniem wojny – czyli u kobiet to przewaznie trauma przemocy domowej i seksualnej, a u mężczyzn – związanej z usankcjonowanymi formami przemocy, czyli wojna, policja, siły specjalne.
PTSD jest obecnie dość dobrze opisane w literaturze, ale zdziwiłam się, że w ogóle zostało zdefiniowane dopiero w latach osiemdziesiątych, jako pokłosie wojny w Wietnamie. Trauma to ogólnie mówiąc ‚doświadczenie bezsilności’, wydarzenie albo wydarzenia, które kompletnie obezwładniają i przytłaczają, człowiek ma poczucie zupełnej utraty kontroli i równocześnie zagrożenia życia lub integralności psychicznej. To skrajne doświadczenie nie może być ‚przeżyte’ czy ‚doświadczone’ i przerobione na wspomnienia, nie staje się częścią przeszłości, ale gdzieś utyka w aparacie nerwowym, zostaje uwięzione w pamięci podręcznej (upraszaczam oczywiście). Od tej pory się błąka się tam gdzieś w mózgowiu jak zagubiony duch, może zostać wywołane przez przypadkowe skojarzenie, albo nagle pojawić się we śnie. I pytanie brzmi – jak to odczarować, jak odprawić te egzorcyzmy i wysłać wreszcie te nieszczęsne widma tam, gdzie ich miejsce – w przeszłość? Od pewnego czasu standardem jest terapia CBT, obecnie pojawiają się nowe badania, nad terapiami aftektu, czyli np. psychodynamiczną co mnie właśnie ciekawi, wydają się one co najmniej równie skuteczne.
Książka ciężka w treści, ale paradoksalnie przywróciła mi wiarę w naturę Lucka, bo okazało się, że najcięższe traumy wojenne związane są nie z tym, że się było ofiarą, tylko z tym, że się było też sprawcą. Czyli człowiek ma wbudowany taki bezpiecznik, który nie pozwala na bezrozumną przemoc, a jak ktoś przekroczy tę granicę, to są tego konsekwencje.
Ciekawe też, że podobnie źle traktowano kiedyś straumatyzowane kobiety, jak i mężczyzn – kobiece przeżycia bagatelizowano, a je same nazywano histeryczkami, straumatyzowani mężczyźni wracający z frontu byli za to słabeuszami, mięczakami albo leniami, którym się nie chce walczyć, jako terapię na wzmocnienie ducha walki zalecano elektrowstrząsy. Żołnierz to przecież bohater. (Oczywiscie jest wiele badań, że wystąpienie PTSD jest bardziej skorelowane z traumatycznością przeżycia, niż z cechami charakteru).