Całkiem pompatycznie

No to impreza za mną

czyli uroczyste nadanie stopnia. (Głupie trochę te zdjęcia z zamazaną twarzą, wygląda to idiotycznie, ale nie mam żadnych zdjęć z tyłu, bo mój mąż przyjechał późno i nie mieliśmy czasu na sesję specjalnie na bloga. Jak i też, szczerze mówiąc, nie przyszło mi to do głowy;)

Ceremonia z właściwą pompą i zadęciem,

po łacinie, w przepięknych 16-sto wiecznych budynkach, w szatach prosto z Hogwartu. Każdy dostał po dyplomie, również po łacinie

potem przemaszerowaliśmy na dziedziniec kampusu i cyknęli nam zbiorową fotkę na zabytkowych schodach.

Ludzie cykający fotkę, my byliśmy po drugiej stronie

A potem dostaliśmy po kieliszku wina i kanapeczce/kiełbasce w innym, równie przepięknym zabytkowym wnętrzu:

Widać moją śliczną córeczkę i torebeczkę z charity shopu.

Wszystko robi wrażenie, no szkoda, żeby nie robiło za taką kasę. (Magisterka w Irl jest płatna, dlatego wiele osób poprzestaje na licencjacie, który często jest za darmo.) Nogi mnie trochę bolały, bo obecnie nigdy nie chodzę na obcasach, a kiedyś to owszem hoho, poderwałam męża na nogi przecież. (I cycki, dodaje mąż). Teraz kupiłam se takie najtańsze w M&S za 35 euro, ładnie wyglądały, ale były to chińskie tortury. Jeden mi spadał i musiałam ratować się chusteczką higieniczną wciśniętą w czubek.

Na uroczystości był Mi i moja córeczka, która wynudziła się jak mops, pani mistrzyni ceremonii ją zaprosiła do pierwszego rzędu w połowie łacińskich chorałów, gdzie dostała ołówek i papier i walnęła w międzyczasie pejzażyk japoński, który podarowała pani na koniec.

Kiedyś jako zbuntowana nastolatka, a potem zbuntowana dwudziestolatka, nie lubiłam takich ceremonii, ostentacyjnie nie brałam udziału, a jak brałam to łamałam konwenanse. Teraz z lubością pozwoliłam sobie na to doświadczenie, było całkiem wzruszająco. Jak to pisze poetka namęczyłam się ogromnie, stłukłam łokieć, zbiłam szklankę, mamo tato chodźcie do mnie, mam tu dla was niespodziankę! Zamiast mamy i taty, był Mi i moja córeczka, niestety syna nie mogłam zaprosić, bo tylko dwie osoby towarzyszące mogły brać udział.

A od wczoraj już proza życia i dobrze. Głos mi wrócił, werwa również, więc zajęcia mnie cieszą.

Dyskusje z kliniką chyba się powoli kończą i moje (nieświadome) obrony przed pacjentami stają się coraz bardziej świadome i upierdliwe, więc trzeba się zabrać do roboty.

Odpuszczam jednym, czepiam się drugich

Piękna pogoda, a ja dalej w domu. Ale zrobiłam dziś gimnastykę, a to już postęp. I umyłam podłogę w kuchni, moją nemezis. [Pomalowałam podłogę w kuchni farbą do kafli i to była najgorsza decyzja mojego życia. Codziennie ją przeklinam, a raczej co parę dni, kiedy myję tą cholerną podłogę, ciągle się do niej coś przykleja, bo jest po prostu LEPKA.]

Minał weekend przesiedziany i przeleżany w domu, tego mi było trzeba. Dalej nie odzyskałam głosu całkowicie, ale idzie ku dobremu, już nie boli mnie ciało. Jutro odwołam superwizję i jedne zajęcia i będzie dobrze. Mam nadzieję. Dziś Ad z Re znow wzięli Mo do siebie, a właściwie do knajpy na planszówki i pizzę, co mi bardzo pomogło.

Odpuszczę już tym biednym prawakom, dla odmiany przyczepię się do osób neuroróżnorodnych;) Przeczytałam bowiem bardzo ciekawy wywiad z – jak przypuszczam – kontrowersyjną neurolożką, która mówi na przykład tak:

– Jeśli ktoś z łagodniejszego krańca spektrum chce być nazywany osobą autystyczną, a nie osobą z autyzmem, to jest właśnie o tożsamości. Problem w tym, że jeśli ktoś tak mocno identyfikuje się ze swoją chorobą czy zaburzeniem, to będzie raczej nasilało jego trudności, a nie je łagodziło.

Jak ma zdrowieć czy też lepiej funkcjonować osoba, której tożsamość jest nierozerwalnie związana z diagnozą, skoro ta wymaga „upośledzenia funkcjonowania”?

Coraz więcej firm stara się dostosować do potrzeb takich osób. Tworzy się na przykład ciche miejsca pracy, eliminuje różne bodźce, pozwala na więcej pracy samodzielnej. Co w tym złego?

– Nie ma niczego złego w tym, że pracodawcy starają się być uważni na specjalne potrzeby pracowników i tworzą warunki, które pozwalają im osiągnąć jak najlepsze efekty. Ale znów, co innego jest, kiedy mówimy o 40-latku, któremu lepiej się pracuje w cichym biurze, a co innego – kiedy wyjątkowe warunki stają się punktem wyjścia, na przykład w szkołach.

Bo w dorosłości te dzieci nie zawsze dostaną specjalne warunki. Jak się wtedy poczują? Jak to wpłynie na ich samoocenę?

Koordynatorzy ds. specjalnych potrzeb edukacyjnych powiedzieli mi, że lepszą strategią jest na przykład pomoc takim dzieciom i nastolatkom w ćwiczeniu, jak najlepiej zorganizować sobie pracę tak, żeby jednak spróbować zmieścić się w wyznaczonym czasie. Bo to lepiej przygotowuje na prawdziwy świat, który ma oczekiwania, bywa głośny, chaotyczny, nieprzyjemny.

Jakoś to się wpisuje w moje ostatnie przemyślenia. U nas w szkole też rośnie liczba studentów z diagnozą, mają wtedy dodatkowy czas na egzaminie, jakieś dodatkowe przywileje, np. cichy pokój itd itp. Ja nigdy tego nie kwestionuję i rozumiem, że czasem potrzebne są pewne ułatwienia, zawsze takim studentom pomagam i w ogóle myślę, że rolą szkoły jest zwiększać możliwości i wzmacniać potencjał, ale kiedy 1/3 roku ma coś takiego, a liczba z roku na rok rośnie, zaczynam się zastanawiać. Jest też całkiem możliwe, że po prostu trafiają do nas częściej osoby z różnymi takimi potrzebami, bo nie znajdują miejsca na innych uczelniach. W ogóle nie podważam kwestii istnienia spektrum autyzmu, czy ADHD, ale jak porównuję syna mojej koleżanki, który nie mówi i nigdy nie będzie samodzielny z takim moim studentem, z może jakąś, ale bardzo delikatną cechą spektrum, to są dwa różne światy, a raczej dwa różne kosmosy. Czy ma sens wrzucać je do jednego worka? Wiem, że różne osoby mają trudności z różnymi rzeczami, ale jak diagnoza jest taka szeroka, to nie wydaje się być użyteczna. Zapominamy również, że diagnoza jest konstruktem społecznym, zaburzenia i choroby przestają być zaburzeniami i chorobami, albo powoli nimi się stają.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której opowiada mi Mi. Pracuje on jak wiadomo z jedną z najbardziej zmaginalizowanych i wykluczonych mniejszości w Irlandii i u rodzin z którymi pracuje, połowa, jak nie więcej, dzieci ma jakąś diagnozę – najczęściej ADHD i spektrum autyzmu. Jeśli autyzm i adhd to wrodzona neuroróżnorodność, czy to są po prostu ich geny? Jest to możliwe. Ale myślę sobie jednak, że nie diagnozuje się biedy i wykluczenia społecznego, dziedziczonych problemów, środowiska w którym opiekunowie przeżywają ciągły stres i emocjonalne obciążenie, bo i tak nie ma na to rozwiązania, łatwiej zdiagnozować nadpobudliwość, albo zaburzenia sensoryczne. Poza tym diagnoza prawie zawsze oznacza jakąś szansę, rodzina dostaje dodatkowe punkty na liście mieszkań komunalnych, można starać się o różne zasiłki i pomoc od państwa, której zwykła bieda i wykluczenie nie zapewniają. A ze zdiagnozowanymi dziećmi nie robi się niestety nic, bo terapia jest koszmarnie droga, łatwiej dać dodatek 50 euro na tydzień na ‚disability’. Ale oprócz korzyści i ulg, jakie mogą się wiązać z diagnozą, może mieć ona również negatywne skutki dla dziecka, bo zyskuje właśnie tożsamość, etykietkę, która otwierając jakieś furtki społeczne, jednak ogranicza – bo gdy jest to cecha mózgu, to przecież nie ma co oczekiwać, że coś się zmieni. Tak mi jeszcze przyszedł do głowy jeden mój student, który miał akurat inną niepełnosprawność (porażenie czterokończynowe i pewno coś jeszcze), a który bardzo wyraźnie ją wykorzystywał i chował się za niepełnosprawnością, kiedy nie chciało mu się czegoś robić. Szkoda mi go było, bo miałam wrażenie, że jest niegłupi, ale przez to, że nie podejmuje wyzwań, nie rozwija swojej inteligencji.

Ściągnęłam sobie najnowszą książkę tej kontrowersyjnej autorki, Wiek Diagnozy, już się cieszę. W wywiadzie mówi jeszcze o chorobach psychosomatycznych i to jest następny temat, który mnie kręci. Traktowane są one bowiem jak nie choroby, tylko jakieś wymysły – pacjenci często wolą bardzo poważne diagnozy raka czy chorób genetycznych, niż, zdawałoby się, łatwiejszą do wyleczenia chorobę, która jest w głowie. Co ciekawe, O’Sullivan używa pojęcia nieświadomości – jak pacjent NIEŚWIADOMIE skupia się na jakiś sygnałach z ciała i je błędnie interpretuje, a tutaj już wchodzi równo psychoanaliza, czyli ostatnio moja ulubiona działka. Mi ma również takiego klienta, który przez tydzień nie chodzi do toalety, bo toaleta jest na piętrze, a on nie może wchodzić po schodach, mimo, że FIZYCZNIE (co to w ogóle znaczy?) mu nic nie dolega. Człowiek ten miewa straszne bóle, dla których nie ma wyjaśnienia innego, niż psychosomatyczne. Kiedy po raz pierwszy usłyszał, że być może to w jego głowie, był to dla niego okropny cios, wolał już mieć raka, jak był przekonany przez pół roku przed diagnozą.

Jak na razie spoko

Piąteczek. Bardzo mi, bardzo potrzebny, wymęczona jestem bowiem jakimiś bólami wędrującymi, zatkanym nosem i oczywiście utratą głosu, to już takie ryzyko zawodowe, zdarza mi się to co roku. Aaa, i jeszcze szczypionką, bo w pon poszłam po czipa, no i mam za swoje. Coś mi szeptało, żeby nie iść teraz, bo katar mnie zaczyna gryźć, ale nie posłuchałam podszeptów. No i skończyło się rumakowanie, gluty skolonizowały mi górną część ciała i na razie koniec z bieganiem w czasie wichury, zawiei i zamieci.

W przyszłym tygodniu mam uroczystą graduację, taką w szatach z Hogwartu i czapkach płaskich, w XV-wiecznym budynku, mam nadzieję, że do tego czasu postawię się na nogi. Dziś Ad z Re porywają Mo na drugą część Wicked, a ja w takim razie mam szansę na cały dzień w łóżeczku, pod kołderką i kocykiem (i jeszcze jednym kocykiem, bo w sypialni ciągle 16.7). Stubylczyłam się chyba, bo kupiłam elektryczny koc pod materac, w życiu na coś takiego bym w Pl nie spojrzała, a tutaj mnie uwiódł od kiedy moje spojrzenie spoczęło na nim gdym była na zakupach w Lidlu. Kupiłam dla Mo, bo ona jest zmarźluchem, ale córeczka boi się, że ją prąd pokręci w nocy, więc na razie my z Mi grzejemy sobie pupy. I jest całkiem całkiem. Jeszcze muszę sobie kupić kocyk i elektryczne kapcie, do siedzenia przy biurku;D A tak naprawdę to musimy ocieplić wreszcie porządnie strych, niby jest tam jakaś wełna mineralna, ale pewno całą ją już korniki zmutowane wsunęły. Ciągle w lecie odkładam strych do przyszłego roku, a potem mi w zimie tak wyziębi tyłek, że znowu sobie przypominam i żałuję za swoje grzechy.

Z oglądań walnęliśmy sobie Chabrola Le Boucher, och kino francuskie! Swego czasu mieliśmy fazę na François Truffaut, chyba wszystkie jego filmy wiedzieliśmy, i Claude Chabrola i Jean Renoir – to kino się nie starzeje. No i absolutnym klasykiem kina społecznego jest La Haine, co roku oglądam go ze studentami i rok w rok nic nie traci na swojej świeżości. W kontekście ostatnich klimatów antyimigranckich staje się chyba jeszcze bardziej aktualny.

W La Haine mamy trzech przyjaciół pochodzenia imigranckiego, z tego samego osiedla, na peryferiach Paryża, na południe od nigdzie – Żyd skinhead, Arab i Czarny. Uprzedzenia klasowo-rasowe, wykluczenie i spirala przemocy, która się powoli nakręca. Do tego muzyka Edith Piaf. No majstersztyk po prostu. Film zaczyna się od żartu, który wydaje się akurat bardzo na czasie: facet spada z 10 piętra, w połowie drogi myśli sobie ‚jak na razie spoko’…

Dla ciekawych wrzucam link z moim ostatnim idolem, który krotko wyjaśnia czym się różni faszyzm od autorytaryzmu. Aż kusi znalezienie podobieństw w retoryce niektórych polityków z Pl i Europy.

No nic, kończę, bo mi jednak grabieją paluchy

I idę na dół do ciepła.

Zimny chów

Zimno, atak arktycznych wiatrów. Jak na Irl, to nawet bardzo, bo koło zera, hehe. Ale wilgotno, więc mamy prawo drżeć z zimna i komentować. Mi się w sumie podoba, bo to klimat mojej duszy wychowanej w matczyźnie, na rowerze zatyka z zimna, ale słońce! słońce!

Przed pracą

Ale z tej zimnicy, albo czegoś innego, straciłam głos, znowu, jak co roku jakaś cholera rzuciła mi się na struny głosowe i muszę mówić scenicznym szeptem, choć nie umiem. Uciszyło mnie wczoraj wieczorem, dziś rano tylko jeden wykład, nie lubię odwoływać, bo potem musimy odrabiać, zaproponowałam zatem, że obejrzymy sobie fajny film, edukacyjny oczywiście i gites. Polecam, jakby co, jakby ktoś gdzieś dorwał: Inequality for All, o nierównościach w USA, kawał dobrego dokumentu. Twórca ma swój kanał na jutubie, gdzie komentuje amerykańską politykę społeczną i politykę polityczną, można sobie rzucić okiem, proszę bardzo. Odtrutka na prawackie podkasty. Jest nawet wywiad z nowym burmistrzem NY, tym islamistą-komunistą;) A dokument fajny jako komentarz do tego, co omawiamy. Jeszcze tylko wieczorna klasę przeżyję i może będę żyć.

U nas w sypialni 14.5 stopnia po przyjściu z roboty, teraz podskoczyło do 17.6.

Zrycie beretu na zdrowie

Czy lubimy ludzi, którzy nam mieszają w głowach, rozwalają schematy i nie pozwalają usiąść na laurach?

[Zimno, do Irlandii zbliża się arktyczna pogoda, pojechałam zatem dziś do pani samochodem, w głośnikach wykład o welfare state, na tylnym siedzeniu żółta, puchowa kurtka, ciepła herbata w termosie. Kuszą mnie te buty, tylko ten kotek na wierzchu, hmmm, staram się trzymać z daleka od wszelkiej infantylności w ubiorze, ale kolory piękne].

A jednak ich potrzebujemy, tych artystów i ich sztuki, potrzebujemy co jakiś czas porządnego zrycia beretu dla zdrowia psychicznego, bo inaczej możemy utknąć w powtarzających się schematach, zmurszałych prawdach objawionych, coraz bardziej przestarzałych badaniach i srodze odklejonej od rzeczywistości wiedzy.

Kreatywność to rozwalanie starego i układanie na nowo, to rzucanie wyzwania temu, co oczywiste i wiadome i robienie z tego czegoś zaskakującego i nowego. Jest to generalnie trudne, przyjęcie nowego punktu widzenia wymaga bowiem gotowości do zmiany poglądów, które sobie dopiero co tak mozolnie wypracowaliśmy, wymaga tolerancji niewygodnego poczucia niewiedzy i nieogarniania, a potem na dodatek ogromnego wysiłku konstruowania nowego świata.

A jednak sztuka przetrwała wśród homosapiensów co najmniej 20 tysięcy lat, od jaskini Lascaux po wspólczesne banany na ścianie, więc czemuś musi służyć, jest jakąś odpowiedzią na potrzeby duszy ludzkiej. ‚Co jest tutaj sztukowego?’ to wieczne pytanie spokojnych i statecznych bourgeoise, którzy chcieliby żeby ludzie przez następne tysiące lat żyli jak straszni mieszczanie w strasznych mieszkaniach. Co by było gdybyśmy się dali zakonserwować we wspólnotach łowiecko-zbierackich? Albo monarchiach? Życie musi być żywe, zatem musi się zmieniać. Oczywiście po destrukcji powinna przyjść konstrukcja, nie chodzi tylko o rozwalanie starego, choć wiadomo, że starego trzeba czasem rozłożyć na łopatki, żeby móc pójść dalej.

Takie mnie naszły refleksje po dyskusji z rodzinką na temat nowego filmu Lanthimosa (oj trudny reżyser, trudny, jego Kieł to skowyt obiektów częściowych dobiegający z nieświadomości, ocieający się o perwersję, który polecam na własną odpowiedzialność, ale już Killing the Sacred Deer to majstersztyk). Jego Bugonia jest nową wersją absolutnie genialnego, szalonego i nowatorskiego dzieła koreańskiego Save the Green Planet, który constantly balances on the verge of collapsing into complete nonsense, but never actually does jak pisze Guardian.

Bezwzględne względy

Ranyboskie, znowu sobota! Wszystko idzie swoim trybem, w pracy zostało 5 tygodni do świąt, a potem jeszcze 3 miechy i kolejny rok akademicki pyknie. Nie do uwierzenia. Ale czarne chmury się zbierają, plotki chodzą, zobaczymy, zobaczymy, choć klimat nieciekawy i niespokojne domyślenia. Tym bardziej się cieszę z mojej przemyślanej drogi ewakuacyjnej, która niestety na razie się rozkręca bardzo powoli, bo okazuje się, że klinika ma braki kadrowe i jest wąskim gardłem, co oznacza, że podsyłanie pacjentów działa słabo, a sami, jako niecertyfikowani, nie możemy się ogłaszać. Klimat na roku jest dość rewolucyjny, oczywiście jak na psychotera, którzy naprawdę rzadko rewolucyjni bywają, w porównaniu z socjologami to już w ogóle przeważnie trusie. Organizujemy się, dyskutujemy, władze odpisują, że właśnie podjęły środki zaradcze, a zatem czekamy. (Kolega z pracy mówił mi, że prowadził jakieś szkolenie z biznesu dla terapeutów i byli to najgorsi studenci, bo godzinami dyskutowali o ewentualnościach i nie mogli podjąć żadnej decyzji;)

Skończyłam The Gathering, a jednak to nie to. Nauczka, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, a książki przed ostatnią stroną. No nie jest bardzo złe, trochę się rozkręciło, ale albo mam gust wyśrubowany, albo przesyt, od 2006 te wszystkie rzeczy w Irl o których jest książka już się zrobiły oczywistością, nic mnie zatem tam odkrywczego nie porwało. Chyba zacznę czytać Joyce’a, żeby zobaczyć, czy mi po prostu nie odbiło.

Chętnie objerzelibyśmy sobie Dom Dobry, ale niestety grają o tak późnych godzinach, że nie mielibyśmy z kim dziecka zostawić, poczekać zatem musimy, aż będzie na platformach. Ja Smarza bardzo lubię, całkiem niedawno widzieliśmy jego pierwsze Wesele i nadal poraża świeżością obserwacji, mimo, że to już dwadzieścia lat.

Biegamy. Wczoraj w ulewie i huraganie, wpadliśmy na pomysł żeby biec naszą starą trasą wzdłuż Liffey i w pewnym momencie miałam wrażenie, że zaraz trafi nas pieńkiem w łeb, tak wiało. Liffey miała małe falki które płynęły przeciwnie do jej biegu. Ale było bosko, oczywiście.

Powrót wypartego

Wczoraj udało nam się pobiegać, po ciemnicy, oczywiście. Jak się ciemno robi tuż po 17, to czego się spodziewać. Mo dalej zainstalowana w moim łóżku (Mi śpi w jej jej pokoju w dolnym łóżeczku), ale w nocy nie miała już gorączki, za to przyszedł katar od ucha do ucha. Ja też zaczynam pociągać nosem.

Kończę The Gathering, a jednak jest dobra. Okazało się, że ten początek, który mnie tak odrzucał, to był ZABIEG STYLISTYCZNY, noż kurcze blade. A więc kiedy zabieg stylistyczny spełnił swoją rolę, książka ruszyła z kopyta i przestała mnie dręczyć, wreszcie zrobiła się prawdziwa i ciekawa. Wychodzi na to, że trauma i esensja duszy Irlandzkiej to duże rodziny, nieobecne matki, przeoczone dzieci i kompletnie wyparty seks, który oczywiście powraca tam, gdzie się go nikt nie spodziewa. Starsi panowie, często w sukienkach, wykorzystują niewinność, a przez to, że jest to nie do uwierzenia, nikt w to nie wierzy, a nawet, jeśli był świadkiem – wypiera i zaprzecza. I oczywiście uciszanie alkoholem bólu.

Oglądamy Kaos na N, ale to jest dobre! Bardzo do mnie przemawia przedstawienie bogów jako obrzydliwie bogatych bogaczy, narcystycznych i prymitywnych. Grecy jednak mieli intuicję co do natury ludzkiej. I boskiej.

Kiszenie

Niedziela w łóżku. Gorączka pojawiła się w nocy, obudziło mnie pojękiwanie i wiercenie (oczywiście, że spała ze mną), czoło rozpalone jak lokomotywa. Oczywiście, że znowu jest chora.

Cały dzień w domu z córeczką, która szydełkowała przez 10 godzin, gdyż tylko to była w stanie robić. Regularnie, jak w zegarku po 4 godzinach gorączka skakała. Nie poszłam zatem pobiegać, ani na spacer, ale zepsuty termometr i resztki paracetamolu sprawiły, że wyjście do apteki stało się konieczne, musiałam tylko poczekać aż jej spadnie temperatura, bo Mi w tym czasie szkolił się w Cork, na kolejnych warsztatach z dramy.

Korzystając z wymuszonego braku aktywności i konieczności kiszenia się w domu, prawie skończyłam książkę o samobójstwie w rozumieniu psychoanalitycznym (i rozpoznawaniu stanów przed), poleconą przez wykładowcę w sobotę. Cóż mogę powiedzieć – ciężka lektura.

Mi wrócił późnym wieczorem, cały podekscytowany. Kolejne warsztaty na początku grudnia w Porto, już zabukował bilety. Zazdro!

Wąchanie światła

Piątek. Wczoraj wielka, żółta pełnia, nisko, wręcz na kominie, kiedy wracałyśmy z Mo z lekcji muzyki (mówiłam, że jest już ciemno, jak wracamy ze szkoły?? Skandal!).

Na dworze dziwnie ciepło, choć deszczowo. Aura wilgotna i mglista, nad ziemią opary jesieni. Lubię zapach butwiejących liści, muszę nawąchać sie na zapas. I lubię jeździć rowerem, bo można świat wąchać. Ze wszystkich zmysłów najczulsze mam powonienie, oczywiście przeważnie nie jest to przyjemne. Nie lubię proszków do prania ani zmiękczaczy do płukania, bo one po prostu śmierdzą chemią. Lubię zapach szafy, ubrania, które leżą długo w szafie pachną jak moja babcia. Zapach kurzu i pająków też jest przyjemny. Lubię zapach zimy, kiedy jest śnieg, i zapach letniej nocy we Wrocławiu, koniecznie w pobliżu dworca, bo wtedy czuć woń podkładów kolejowych. I zapach smażonego czosnku na ulicy koło chińskiej knajpy. W ogóle lubię dziwne zapachy, czasem bardzo dziwne (nie powiem jakie).

Kolejny tydzień pracy za mną, tak oto niepostrzeżenie minęła 1/4 roku akademickiego, czy ktoś może w to uwierzyć??

Widok z klasy.

W tym tygodniu robiłam same ciekawe rzeczy w pracy, codziennie wstaję i dziękuję światu, tfu, wróć, wstaje i klnę, że muszę tak rano wstawać, robię gimnastykę, biorę prysznic, suszę włosy, jem owsiankę na zimno, robię oko, jedno, potem drugie i piję kawę. I wtedy dopiero myślę sobie, że mam taką ciekawą pracę. Ostatnio ciekawi mnie styk socio i psychologii, mam wrażenie, że psychologowie właśnie odkrywają to, co sociologowie mówią od 100 lat, tylko nikt ich nie słucha.

Mo w tym czasie na śniadanie je obiadek, pierożki, albo zupkę, bo nie lubi kanapek i przy okazji bazgrze długopisem. Wczoraj walnęła taki japoński pejzażyk:

Zaczynają mnie tylko trochę męczyć wykłady w nocy, to znaczy mogłabym mieć wieczorowych, gdybym nie miała dziennych i nie musiała wstawać o 7 rano, bo jak skończę zajęcia o 21.30, zanim dojadę do domu, zanim coś zjem, zanim się umyję, a najważniejsze zanim wyłączę motorek, bo jestem najkręcona przeważnie jak mały samochodzik, jest północ.

Wczoraj do mnie napisała mama niemowlęcia, która znalazła moje zapomniane ogłoszenie w zakamarku korytarza szpitalnego i zgłosiła się do obserwacji infanta:D Od razu zrobiło mi się bardzo miło, jakby znalazła moją butelkę, którą dwa lata temu wrzuciłam do oceanu. Ja już jestem gdzie indziej, ale za jej zgodą, przekazałam numer studentom dwa lata niżej. Ktoś się bardzo ucieszy.

Jutro jestem cały dzień na zajęciach klinicznych. Mi wyjechał na weekend na swoje dramy i teatry, zostałyśmy z Mo same, w planach po zajeciach szydełkowanie i oglądanie dziewczyńskich seriali.

Słucham nowego albumu Lily Allen i robi mi się smutno, potem googlam wszystko o jej ostatnim rozstaniu i myślę sobie różne rzeczy. Trudno być artystą, zastanawiam się, czy jej córki słuchają jej piosenek, czy jest w stanie je jakoś ochronić.

Ciemność widzę

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie co to będzie…

No więc kocham to, że jest jasno jak wstaję, ale NIENAWIDZĘ tego, że jak odbieram Mo ze szkoły to jest już zupełnie ciemno. To znaczy jeszcze jej nie odbierałam ze szkoły, bo wczoraj szkoła zadzwoniła o 9.35 że dziewczyna trochę zwymiotowała na wf-ie, ale jest ok, potem zadzwoniła o 10.15 że jednak nie jest ok i czy mogę ją odebrać. Posłałam Mi, bo akurat pracuje z domu (chwała kowidowi za zmiękczenie serc pracodawców!). Po odebraniu podobno jeszcze raz zwróciła śniadanko w samochodzie, ale od tego czasu już spokój. No i wychodzi na to, że choć wszyscy drżeliśmy przed stomach bug (chyba Trolla kiedyś pisała o straszliwym szwedzkim magsjuka haha, tutaj też się go boimy!), była to raczej pozostałość po halołinie – nie dało rady przetworzyć ton śmieciowego cukru i E327. Po dwóch dniach BEZ słodyczy jest dobrze (choć już wczoraj wieczorem korzystając z mojej nieuważności wcięła batonik).

Ale ciemność nam wczoraj przeszkadzała w bieganiu, to znaczy pobiegliśmy, ale przy dużym ryzyku wdepnięcia w kupy. Cud, że nie wdepnęliśmy. Ogólnie było bardzo romantycznie, okazało się, że to boisko, to, które wam pokazałam w ostatnim wpisie, w ogóle nie jest oświetlone i było ciemno jak w d., wobec czego biegliśmy na czuja. Ale było fajnie.

Cały dzień w papierach. Czytam o rodzinie, biedzie i inteligencji. A tutaj dwie badaczki z PAN ukradły mi wnioski z mojej magisterki. Cóż mogę powiedzieć – wielkie umysły myślą podobnie;D