Kwiecień miesiącem narcyzów

Wszyscy przeżyliśmy święta (niektórzy nawet zmartwychwstali), a zatem możemy cieszyć się resztą życia.

U mnie dziś ostatni tydzień zajęć, mimo, że pracuję tylko trzy dni w tygodniu, ten tydzień był naprawdę obciążający – dużo rzeczy na wczoraj, dużo kombinacji przez lewe ramię, dużo organizacyjnych pierdół, w których nie jestem dobra. Zauważyłam, że w pewnym momencie za dużo szczegółów, które muszę doglądnąć, robi mi w głowie rozpierdol i zaczynam latać jak opętana gubiąc po drodze rzeczy i zapominając o ważnych sprawach. Oczywiście trochę się już nauczyłam to ogarniać, mam kalendarz, mam notes, mam pamięć podręczną w postaci męża, ale w jakiś dziwny sposób kajobraz po bombie to mój stan naturalny, jakiś prymitywny sposób na radzenie sobie z rzeczywistością, który już dawno nie jest sposobem, a ja ciągle go odtwarzam.

Część z tego jest mną, czuję, że ‚ja tak lubię’, jak na przykład kiedy gotuję to lubię jak kuchnia wygląda jakby piorun strzelił, nie cierpię sprzątać w trakcie, jakby to ograniczało moją kreatywność. Za to ogromną satysfakcję sprawia mi sprzątanie po, kiedy nagle wszystko wraca do stanu przed wybuchem.

Oczywiście burdel przy gotowaniu jest niegroźny, nie przeszkadza nikomu – mężowi zostało tylko zdziwienie, że nie obieram warzyw nad kompostownikiem, tylko nad talerzem, albo w chwilach wiekszej fantazji bezpośrednio nad blatem, a dopiero potem to sprzątam. Ciekawe jest to, że każdy z nas ma taki taki wewnętrzny wzorzec emocjonalno-behawioralny, kolorowy motyw przeplatających się stanów ducha i powiązanych zachowań, który się uaktywnia w różnych sytuacjach, przy czym w niektórych jest niegroźny, jak przy gotowaniu, w innych po prostu przeszkadza, a czasem może stać się niebezpieczny. Bo tu nie chodzi o to do końca o to CO się robi, o konkretne gesty czy czyny, ale jak to, co się robi, jest powiązane z konkretnym stanem ducha i jak bardzo automatycznie się to włącza w pewnych sytuacjach – im bardziej automatycznie, tym bardziej niebezpiecznie.

Śmieszne, terapia nie zmieniła odruchowych wzorców, ale sprawiła, że je zauważam i łatwiej mi mieć do nich większy dystans, w jakis sposób mnie śmieszą zamiast obezwładniać, a to pozwala się głębiej nie zakopywać i nie oscylować pomiędzy automatycznym schematem i poczuciem winy. Podobnie może to działać w zachowaniach nałogowych – i podobnie się z tym pracuje – opiera się na zauważaniu, jak się ktoś czuje, kiedy sięga, a to jest właśnie bycie swiadomym, że wzorzec się uaktywnia automatycznie – reflekcja może pomóc w przerwaniu tego automatyzmu.

W głowie pętają mi się też myśli o narcyzmie.

Dość powszechna jest obecnie opinia, że żyjemy w świecie, gdzie jest coraz więcej narcyzów, wydaje się mnóstwo poradników pop psychologii jak żyć z narcyzem, albo jak sobie radzić z narcyzem w pracy, ludzie identyfikują narcyzów po godzinnej rozmowie i tak dalej, jednym słowem określenie zrobiło zawrotną karierę. Wydaje się, że coś w tym jest, ale nie to, co się myśli.

Po pierwsze, powszechnie myli się indywidualizację – proces społeczny, w którym bardziej zaczyna się liczyć jednostka w stosunku do społeczności – z narcyzmem. W społeczeństwie współczesnym kultura z kolektywnej zmienia się w indywidualną, przoduje tu oczwiście USA, ale też kraje Europejskie nie zostają w tyle. W kulturze indywidualnej, mówiąc w skrócie, bardziej liczy się nasza wygoda, niż to, że się ciocia Jadzia obrazi i mam wrażenie, że tak jest właśnie rozumiany narcyzm – jako takie skupienie się na sobie, swego rodzaju egocentryzm. A to nie jest istotą narcyzmu.

Narcyz to jest osoba, która tak bardzo nie wie kim jest, albo nie czuje się wartościowa, że potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wartości z zewnątrz – jak w micie o Narcyzie i Echo. Narcyz potrzebuje Echo, żeby wiedzieć kim jest, wpatruje się w swoje odbicie, bo nie czuje się KIMŚ, nie ma tego wewnętrznego przekonania, że zasługuje na miłość, nie czuje, że ma prawo być jaki jest, czasem w ogóle nie czuje, że jest JAKIS, dopóki inni ludzie nie posłużą mu za lustro do odbicia jego własnego obrazu. Dla narcyza nie jest ważne, jak się czuje, właściwie nawet własna wygoda nie jest ważna – najważniejsze jest, jak wygląda, że się czuje i jak inni ludzie postrzegają, że on się czuje. Narcyz czuje wewnętrzny przymus, żeby być taki, żeby ludzie go podziwiali, zauważali, cenili, bo jak go podziwiają, to dopiero się czuje godny podziwu i wartościowy. Narcyz właśnie pójdzie do cioci Jadzi, mimo, że ciocię ma w dupie, bo ważne jest dla niego, żeby być postrzeganym jako ktoś dobry i wrażliwy na potrzeby innych. Narcyz wrażliwy wysprząta cały dom, wymyje wszystkie okna, nagotuje się jak głupi, a potem będzie narzekał, że nikt go nie docenia;)

Literatura bowiem rozróżnia narcyzm wielkościowy (jak np Trump) i narcyzm wrażliwy, delikatniejszy, mniej błyszczący. Te osoby łatwo zranić, bo tak samo jak narcyzi wielkościowi potrzebują uznania, ale nie są na tyle silni, żeby sobie je wziąć – często czują się niedoceniani, czują, że naprawdę należą się im szczególne względy, ale jakoś nikt im nie chce ich dać, inni ludzie ciągle nie zauważają, jacy oni są fajni i tak dalej.

Narcyzem każdy się rodzi i powoli z tego stanu wyrasta. Noworodek nie wie, kim jest, dopiero się tego uczy – Winnicott mówił, że dziecko przegląda się oczach mamy, która dzięki temu, że go widzi, daje mu jakąś tożsamość. Jest to naturalny proces, krok po kroku, powoli, jak to Nitzsche pisał ktoś ‚się staje kim się jest’, dlatego niektórzy mówią o pierwotnym narcyźmie – bo nie rodzimy się wiedząc, kim jesteśmy. Ale ta tożsamość się kształtuje i w końcu przychodzi taki czas, że musimy mieć tak dużo pomocy z zewnątrz – czyli podziwu i uznania – żeby znać swoją wartość. Momentami oczywiście dalej tego potrzebujemy wszyscy, tego zewnętrznego podparcia, jak człowiek który miał wypadek potrzebuje kuli, żeby się oprzeć – ale generalnie zdrowy i dojrzały dorosły robi różne rzeczy nie po to, żeby ktoś WIDZIAŁ, że je robi, i przez to dał mu potwierdzenie jego wartości, tylko dlatego, że te rzeczy są dla niego ważne.

W jakimś stopniu też każdy z nas ma narcystyczne cechy – lubimy być podziwiani i zauważani, ale u zdrowego człowieka to nie jest dominujące pragnienie, to nie jest jedyne, co warto w życiu robić. Nie-narcyz będzie robił ważne rzeczy również wtedy, kiedy NIKT NA TO NIE ZWRÓCI UWAGI, będzie po prostu robił swoje.

Czyli wychodzi na to, że narcyzowanie jest performatywne – to robienie czegoś tylko i wyłącznie dla publiczności. No i tu wracamy do obecnej kultury, która wydaje sie wzmacniać ten rys – te wszystkie blogi, hehe :D, instagramy, influencerzy, jutuberzy, twitterzy i tak dalej. Kiedy ważne staje się, że ktoś NAS OGLĄDA i podziwia, a niekoniecznie to, jak się naprawdę czujemy. W momencie, gdy uwaga niknie, pojawia się rozpacz, bo nagle nas nie ma – czujmy się jak dziecko, którego mama nie widzi i nie słyszy, a to jest przerażające.

Równocześnie chyba wszyscy trochę zazdrościmy narcyzom, szczególnie tym wielkościowym – bo wydaje się, że oni robią to, co chcą, są wspaniali i wszystko im się w życiu udaje. I stąd być może uczucie satysfakcji, kiedy ‚cieszymy się z cudzego nieszczęścia’, gdy wyjdzie na jaw jakieś szydlo z worka i okaże się, że ktoś nie jest wcale taki idealny, z czego żyją portale plotkarskie.

Myślę sobie, że wielu ludzi zazdrości Trumpowi i go podziwia w jakiś sposób, a on bierze sobie ten podziw aż do zakrzywienia rzeczywistości, bo kiedy ktoś go nie podziwia, T uważa to za jakiś błąd systemu. Ale równocześnie bardzo wyraźne jest to kompulsywne poszukiwanie wartości w oczach innych, T jest nieszczęśliwy, kiedy świat nie chce mu dać tych nagród i hołdów, co sugeruje, że gdzieś tam jednak to poczucie wartości jest wybrakowane.

Smutna jest ta wewnętrzna pustka narcyza, potwornie męczące musi być to ciągłe zabieganie o podziw, a równocześnie może to być strasznie  dla świata niszczące.

Chrzanię wielkanocną kuchnię

Poświąteczne puzzle. Kolejny klient/pacjent się zgłosił i moje godziny zacznają wyglądać jak tetris: pacjenci/klienci, terapia, superwizja, szkoła, zajęcia dodatkowe Mo, od września znowu Amerykanie, których muszę wpisać w grafik, wychodzi z tego ból głowy, a teraz z klientami jeszcze większy. W to popołudnie, które mam akurat wolne w pracy, gabinet jest zajęty przez kogo innego, jeden pacjent pracuje na zmiany, czyli będę musiała rezerwować dwa różne dni i tak dalej. Mi pociesza, że na początku zawsze jest trudno, a ja układam tę układankę starając się mieć wiarę, że się da. Powoli.

Świąteczna zastawa pochowana, dostałam na 50tkę Bolka i już zawsze będzie bolek, na wieki wieków amęt. Lubię, a w dodatku nie mam miejsca na inne uroczyste talerze i miski.

Jedzenie świąteczne furrory nie zrobiło, okazało się, że u mnie w domu wszyscy kręcą nosem na weganski żurek, oprócz męża i mnie,  oraz nie ma amatorów białej kiełbasy – Mo nie lubiła, dziewczyna mojego syna nie je mięsa, Mi wiadomo największy woke w domu. Ciasto pistacjowe to już w ogóle tylko ja wcinam – okazało się, że smak zbyt intensywny dla pozostałych. Tak bywa. Mogłam zrobić bigos, no ale przecież to wielkanoc. Ta wielkanoc to za bardzo nie ma oryginalnej kuchni ani nic ciekawego, w Polsce jeszcze zawsze czekało się na nowalijki, ale teraz to żadna atrakcja, jak ogóry i szczypiory w Lidlu przez cały rok, więc nowości nie robią już stołu. No to co – chrzan?? kurcze blade.

Przez święta łyknęłam Instytut Żulczyka i prawie kończę Czarne Słońca. Instytut taka trochę kryminałka, czytadło, jak na Żulczyka proste, każda postać to stereotyp, ale dobrze wchodzi. Czarne Słońce to literatura odpychająca, dystopijna, nużajaca się w zgrozie i obrzydliwości i musiałam troche odpoczywać po pewnych paragrafach, ale jako czytadło dobra. Taka przerażająca fikcja polityczna, co by było gdyby faszole z kościołem przejęli władzę. Może trochę zbyt blisko rzeczywistości się robi i nie wiem, czy da sie w Pl czytać z dystansem – i tu trochę się cieszę, że nie mieszkam w ojczyźnie ani na łonie. Ojciec Prezydent, my ass.

Hail Mary skończyliśmy i mam mieszane odczucia. Naiwność filmu trochę odrzuca, ale też trochę pociąga – chyba brakuje nam wszystkim takich pozytywnych wizji właśne w tym momencie historii, kiedy tak na świecie się spierdoliło, a demencyjni wariaci robią co chcą. Ale czułam sie troche jak przedszkolak no i kto czytał braci Strugackich, tego Amerykańska wersja obcych nie ruszy. Dla mnie to taki trochę manifest Amerykanów, że jednak można zobaczyć w irakijczyku człowieka – bo tak mi się ten alien kojarzył, taki wytwór pustynni. Takie kino bardziej ku pokrzepieniu serc (no i jak ci obcy mogą latać ale nie znają promieniowania rentgenowskiego ani teorii względności?? Nie rozszczepili atomu??)

Ostatni tydzień zajęć w szkole. Staram się trochę posprawdzać zaległych wypocin, ale już wiem, że nie dam rady wszystkiego. Za to w klasie znowu będziem oglądać Pavee Lackeen i La Haine. I dobrze.

Zielono

Święta mijają swoim tempem.

Wczoraj byliśmy tylko we trójkę. Ad z Re miał przyjść później, a moja córeczka NIE LUBI ŻADNEJ ŚWIĄTECZNEJ POLSKIEJ potrawy, zaplanowałam zatem świąteczny obiad i nie robiliśmy nic specjalnego na śniadanie czekając na nich. Finalnie okazało się, że samolot z Edynburga był zabukowany po kokardkę i dali im po 250 e za to, że przylecą w nocy, więc będą dopiero dziś. Ten brak świątecznego śniadania zrył mi głowę i cały dzień mi czegoś brakowało, jak to nie wolno traktować zbyt swobodnie rytuałów.

Święta bez większych przygotowań w dodatku, bo ja jestem jeszcze trochę wyjęta. Ale zastanawiając się, czy mi się przyda glonojad na szyby postanowiłam sprawdzić w praktyce ile zajmuje mycie samych szyb, sprawdzając okazało się, że machnęłam wszystkie okna w domu w ciągu mniej więcej godziny z małym hakiem. Czyli się nie przyda, nie mam wielkich połaci szkła ani szklarni, a najgorsze są ramy. Żeby tradycji stało się zadość omietliśmy z Mi wszystkie kąty, on poodkurzał, ja odgruzowałam kominek, po cichu pozdejmowałam trochę ozdób halloweenowych i bożonarodzeniowych, ale akcja skończyła się, jak zaczęłam rozmontowywać długi łańcuch papierowy, co nam umila przestrzeń w pokoju od listopada, wparowało moje dziecko i łańcuch musi zostać.

Żeby trochę tę moją córeczkę upolszczyć i wciągnąć w przygotowania postanowiłam, że zrobimy mazurek z kremem pistacjowym, który moja córeczka własnoręcznie udekoruje. Lukier niestety wyszedł trochę za bardzo ciągnący się i nie dało się nic precyzyjnie wyrysować, ale pocieszałąm ją, że to pierwsza próba:

Dziś przyszli Ad z Re, wiec się postaraliśmy i kiedy wypasowalam biały obrus poczułam, że są święta.

W ogrodzie wszystko już ruszyło:

Ciasto na szczęście nikomu nie smakowało oprócz mnie, więc mam na tydzień,  jak to zawsze trzeba robić pod swój smak.

Mi w sobotę poszedł biegać w tę zieloność, przyszedł i go wąchałam, pachniał trawą i potem, ach, jak mu zazdroszczę!

Ja od jutra o samej wodzie:)

Blachara

Nie piszę, bo mnie wessało, mówiłam, tylko wrócę do pracy zaraz się zacznie!

Rany, hopsałam już sobie jako ta rusałka, w poniedziałek nawet kul zapomniałam do szkoły, bo tak już dobrze mi się chodzi w bucie, a tu dziś na kolejnej wizycie w szpitalu okazało się, że BLACHA MOŻE PĘKNĄĆ i muszę jeszcze się podpierać kulami. No i jeszcze w bucie parę tygodni.

Niby wszystko dobrze, ładnie się zrasta, widać już zręby tkanki kostnej, ale jeszcze za trzy tygodnie operacja wyjęcia blach, potem znowu rekonwalescencja przez cztery tygodnie i dopiero wtedy fizjoterapia i rehabilitacja i będę mogła próbować chodzić bez buta ortopedycznego.

Noż kurcze blade cholera jasna ileż można kuśtykać!

Muszę powściągać swoje tendencje do nie da się – jakto się nieda, bo już cisnęłam ćwiczenia tej stopy, a okazało się, że to blacha blokuje, a ja mogłam ją złamać.

Zapytałam się kiedy będę mogła biegać, podobno za rok.

Za to mam chyba kolejnego klienta, ale będę mogła się z nim spotkać dopiero za dwa tygodnie.

No dobra, wracam do moich studentów, boszszsz jeszcze tylko trzy godzinki i święta!

O rodzinnych tajemnicach

Syn mój pojechał do Pl ze swoją Irlandzką dziewczyną i oglądali stare albumy rodzinne, jeszcze po moich dziadkach. I znaleźli zdjęcie, które musiałam widzieć wiele razy, a jednak nie zwróciłam na nie uwagi. Prawdopodobnie dlatego, że było przyklejone w albumie, a ja go nigdy nie odwróciłam na drugą stronę.

Jest to młoda kobieta/dziewczyna w dziwnym ubraniu i gdyby nie napis na drugie stronie powiedziałabym, że to moja mama w młodości, bo dziewczyna jest do niej uderzająco podobna:

(Po namyśle przypomina mi się, że widziałam to zdjęcie, ale zawsze myślałam, że to moja mama).

A jednak nie, bo zdjęcie jest podpisane następująco:

Jest to na pewno pismo mojego dziadka, nazwisko na zdjęciu to jego nazwisko, dziewczyna nie jest to moją mamą, bo ona w 1945 miała pięć lat.

Żadne z mojego rodzeństwa NIE WIE NIC o tym zdjęciu – jak to jest w ogóle możliwe? Moja mama nic nie pamięta, nie widzi, więc nie można jej pokazać zdjęcia. Ja też nie pamiętam, żeby kiedykolwiek się o tym w domu mówiło, nigdy nie słyszałam żadnej historii z tym związanej, a przecież sama nazwa miasta ma taki ciężar, że jestem pewna, że by sie wrylo w pamięć. Jedyna osoba, która coś może na ten temat wiedzieć, to siostra mojej babci, 95 letnia ciocia Mircia którą zatem MUSZĘ w lecie odwiedzić!

Dziadek miał dwie półki literatury obozowej, pamiętam, bo jako wczesna nastolatka czytałam te książki po kryjomu, wszystko co mi wpadło w ręce, wspomnienia Borowskiego, Dymy nad Birkenau, Nałkowska, Grzesiuk i tak dalej, nieźle mi to zryło beret.

Najbardziej szalona fantazja to taka, że rodzina mojego dziadka to Żydzi, którzy zaczeli to po wojnie ukrywać. Ale prawdę mówiąc raczej w to nie wierzę. Może to młodsza siostra dziadka, a trauma byla tak ogromna, że nigdy się o tym nie mówiło?

Ale byloby to badzo dziwne, bo historię brata babci, który został wzięty z łapanki, a potem jakimś cudem wypuszczony/wykupiony znam bardzo dobrze – był tak pobity, że już niedługo pożył.

Z kury zrobić rosół

Tak mi się przypomniała kapela Bielizna.

No zajętam bardzo jak widać, a może raczej się nie potrafię wyrobić i przestać rozpraszać i tak mi to wolno idzie i z przerwami. W każdym razie ostatnie dwa tygodnie zajęć przede mną, muszę pozamykać różne sprawy, testy, tematy i tak dalej i za każdym razem, jak otwieram komputer, żeby coś napisać to dopada mnie WYRZUT SUMIENIA i zaczynam czytać to, co powinnam, a nie pisać to, co chcę.

Ale ileż można!

Weekend spokojny i dziewczyński, bardzo fajny mimo kręcenia w końcu nosa, dokładnie tam, gdzie się pobiera próbkę na covida. Na podleczenie, zrobiłam nam dziwczynom rosół, korzystając z okazji, że nie ma wegana, bo Mi znowu pojechał na te swoje teatry i dobrze, niech się rozwija i ukulturalnia i usztukawia, a że w dodatku mają znowu zajęcia w przepięknym Galway, to ma pełen wypas tak zwany, zazdrościłabym mu, gdybym się nie cieszyła, że ma fajnie.

My za to z Mo fajnie mamy w domu, mimo, że ja na weekend w papierach, ale! Ale wpadła Freya wczoraj (kto pamięta?). Tylko na chwileczkę, czyli ze trzy godziny zleciało jak z bicza trzasł, bo przejazdem, kurcze, lubię tę wariatkę bardzo. Pokazała mi swoją stopę powypadkową i pogruchotaną swego czasu gorzej niż moja, będzie z 30 lat temu w jakiejs samochodowej czy motorowej kraksie, jak to ona, która to stopa jednakże wróciła do pełnej sprawności, czym mnie nieziemsko pocieszyła. Czyli jest szansa.

Oprócz tego dziewczyńska atmosfera w całym domu, uwielbiam!, wczoraj z Mo oglądałyśmy sobie Inside out 2, była też kąpiel w wannie, ale zrealizowana połowicznie, tzn ona się wykąpała, bo ja musiałam czekać na pana z tesco, przy okazji zjadłam pół słoika szprotek, które wespół z sardynkami stały się ostatnio super food szalenie modne i przypomniało mi się, że kocham. Ale przedobrzyłam i pół wieczoru było mi niedobrze.

Mo spała oczywiście ze mną i jest to też jedna z tych przyjemności nie do podrobienia, kiedy wbijają się w plecy małe kościste nóżki, kto nigdy nie spał z kościstymi nóżkami nie wie co traci.

Udało mi sie oddać stary odkurzacz i oczywiście zaraz włączyła mi się wiosenna chęć wypizgnięcia części rzeczy z domu, bo rzeczy mają tendencję do kumulacji. Książeczki dla dzieci, stare kable do komputera, przeczytane książki, do których już nie zajrzę i które trzeba puścić dalej, pokrywki do pudełek, których już nie ma i tak dalej, każdy zna.

W ogrodzie kwitną jakieś ogryzki tulipanów z zeszłego roku:

A w gardle coraz bardziej drapie:(

Na górze róże

Wczoraj opłakiwałam utratę pacjenta (choć sprawa nie jest jeszcze do końca przesądzona), a dziś studenci mi zrobili niespodziankę i dostałam od nich BUKIET RÓŻ, bo tak się podobno ucieszyli że wróciłam. Ach, rozczulili mnie bardzo, no bo zobaczcie:

To chyba muszą mnie lubić, nie?

Niestety, bycie terapeutką jest zupełnie inne – wykładowca, a terapeuta to dwa różne światy. Jako wykładowca jesteś trochę aktorem, występujesz, rozśmieszasz, dyskutujesz, prowokujesz, czasem nakłaniasz, lub dajesz rady – jako terapeuta musisz się właśnie od tego wszystkiego powstrzymać. Jestes bardziej tłem, dostosowujesz się do pacjenta, starasz się go zrozumieć i pokazać mu alternatywne interpretacje, ale jest to bardziej NIErobienie, niż robienie, bardziej umiejętność siedzenia w ciszy, niż mówienie, bardziej pomieszczanie tego, co klient przynosi, niż występowanie. Są pewne wspólne elementy, na przykład umiejętność rozumienia drugiego człowieka, wczuwania się w to, czego człowiek sam nie wie i nie rozumie o sobie – i muszę powiedzieć, że trening terapeutyczny dał mi pewne narzędzia do pracy ze studentami, ale w obu zawodach jest się inaczej. Nie czuję się pewnie w gabinecie, w klasie przez kontrast czuję się bardzo wygodnie, wchodzę w rolę jak w wygodne ubranie, zakładane od dwudziestu lat, które znam na wylot, w tę i z powrotem. W gabinecie jestem niepewna, dopiero się uczę, staram się polegać na swojej intuicji, ale nigdy nie wiem, czy dobrze coś odczytuję. Zawsze mnie ciekawiło jak inni ludzie mają, dlaczego podejmują takie, a nie inne decyzje, dlaczego robią rzeczy wydawałoby się głupie i niebezpieczne, dlaczego głosują na PIS;D czy konfę, albo są bardzo religijni, sociologia mi częściowo na to odpowiedziała, ale teraz widzę to z drugiej strony i to jest bardzo ciekawe. Oba zawody są nieziemsko ciekawe, w obu człowiek się nie nudzi i musi się bezustannie rozwijać, czytać, być na bieżąco, ale praktyczne elementy bardzo się różnią.

Koniec propagandy słońca i sukcesu

Leje. Szumi, wieje, zapodaje, przetacza się sztorm czy inny huragan, czyli Irlandia wróciła do normy.

Wczoraj bardzo długi dzień, wyszłam z domu o dziesiątej, a wróciłam przed siódmą, nie było to dziewięć godzin nabite jak bagaż w Ryanairze, raczej pełne przemieszczania się z różnych zajęć do innych zajęć, i to głównie samochodem. Nic ciężkiego, z przerwami to tu to tam, a jednak długo, za długo na nogę. Zajęcia dobre, jak mały klub dyskusyjny, cóż może być lepszego. Parkingi mnie za to zbankrutują, tym razem wyszło 18 euro.

Dziś klient odwołał, coś mi się wydaje, że jednak nic z tego nie będzie. Jest mi smutno. Nie wiedziałam, że terapeuta się przywiązuje do pacjenta/klienta. Chodzę więc po domu w piżamie, którą dostałam od dziewczyny mojego syna, na szczęście jest piekna, co troche ulatwia żałobę. Tak piękna, że mam ochotę ją założyć do pracy – krajobrazy szkicowane granatowym ołówkiem na bladoróżowym tle. Wypiłam dwie kawy, zjadłam śledzie z jabłkiem i dla odmiany postanowiłam się zająć nacjonalizmem, żeby poprawić sobie humor.

W międzyczasie skończyłam całą trylogię The Country Girls Edny O’Brian – dwa pierwsze tomy zdecydowanie najlepsze, ostatni moim zdaniem słabszy. Może dlatego, że pierwsze dwa są o byciu dziewczyną w Irlandii, gdzie Irlandia jest równie ważna co bycie dziewczyną, a ostatni (Marriage Bliss) jest już o byciu mężatką i matką, gdzie Londyn jest tylko tłem.

Ćwiczę stopę, martwi mnie utrata sprawności. Nie wiem, czy będę mogła kiedykolwiek biegać, ani czy będę chodzić bez bólu, na razie stopa jest sztywna, obolała i fioletowa po każdym dłuższym staniu, i w ogółe nie wyobrażam sobie chodzenia bez buta ortopedycznego. Ćwiczę codziennie, ale milimetrowe postępy rozczarowują.

Zastanawiam się, czy najtrudniejsze uczucie to zawiść, kiedy nie możemy znieść, że inni coś dobrego mają, wiec musimy to wyśmiać, pomniejszyć, czy zepsuć, czy raczej jednak strata i żal po stracie.

Cieszę się, że moi rodzice nie zafiksowali się na wyrzucaniu rzeczy przed śmiercią, wydaje mi się to bardzo okrutnym pomysłem, a propagowanie takich idei wyparciem czy zaprzeczeniem tego, że istniejemy tylko dzięki relacjom z innymi i poprzez nie. Idea człowieka jako ‚konsumenta’ i monady, odpowiedzialnego za własny sukces i własne życie, jest przeokropna. Ludzie odzwyczajają się od przebywania z innymi, bo to jest zawsze trudne i wymaga uznania przestrzeni życiowej drugiego człowieka, ale przez to stają się bardzo samotni. Problemem jest to, że wielu ludzi chciałoby mieć ‚wioskę’ gotową ruszyć mu na pomoc, ale nikt nie chce być tą wioską.

Pociesza rozmowa z Wyborczej, gdzie laureat Nobla podziela moje poglądy

Możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, które poprzez wysokie opodatkowanie i silniejszą siatkę bezpieczeństwa osiąga to, co większość z nas uznałaby za sprawiedliwy podział bogactwa poprzez. Ale i wówczas bogaci cieszyliby się jakimś rodzajem, jeśli nie szacunku, to prestiżu, podziwu i wpływu, nieproporcjonalnym do wartości ich wkładu w zbiorowość w porównaniu na przykład z nauczycielami czy opiekunami.

Niesprawiedliwość współudziału czy też współtworząca jest rdzeniem urazy napędzającej dzisiejszy populistyczny sprzeciw. Gdy prestiż i uznanie otrzymują ci, którzy zarządzają pieniędzmi, a nie ci, którzy produkują dobra namacalne albo zmieniają nasze życie, ucząc lub kształtując umysł i duszę, wielu pracujących ludzi czuje, że ich wkład jest niedoceniany. (…)

Sukces ma też często niezauważony element kontekstowy. Jesteś bardziej uzdolniony intelektualnie, a ja dużo silniejszy fizycznie, więc jestem ci podporządkowany. Ale ledwie kilka stuleci temu byłoby odwrotnie! (…)

Miary wyznaczające merytoryczność stale się zmieniają. A jednak ignorujemy to i traktujemy umiejętności, które obecnie nagradzamy, jako lepsze z natury, jakby zawsze były oznaką cnoty.

Proszę bardzo, dobrze wiedzieć, że moje poglądy warte są Nobla:D a nie, że jestem po prostu wariatką lewaczką.

I tak to, dziś cały dzień płynę sobie na sofie, aż do 16 kiedy pojadę zawieść Mo na gimanstykę.

Dobrego dnia, przytulcie kogo tam macie pod ręką i BROŃ BOŻE NIE WYRZUCAJCIE ZDJĘĆ!

Spacerek

Park jak z gazetek Jehowych: wszystko kwitnie, łagodne zielone przestrzenie zalane słońcem, po których spacerują ludzie i zwierzęta. W Farmleigh było chyba pół Dublina, dwa konie, trzy owce i dwie alpaki. Zwierzaki leniwie żuły trawę w cieniu, a ludzie kanapki, suedzieli na ławkach oraz pili kawkę. Magnolia Walk zatykał dech, jabłonki w sadzie były opitolone gorzej niż moja, co mi wlało nadzieję w serce.

A dziś kupiłam sobie odkurzacz (Miele L1),  co sprawiło mi prawie równie dużo radości.

Szaleństwo

A wczoraj wyszłam z pracy i zakręciło mi się w głowie, od wiosny i od słońca. Spacerkiem do przystanku przy Liffey, mijani ludzie mruzyli oczy i wygladali tak lekko, kiedy szli w to swiatlo zalewajace ulice. Ja wolno dreptalam do autobusu, ale nie mogłam się oprzeć, żeby nie skręcić choć na chwilę na mostek.

Jedna strona
I druga strona

W domu byłam godzinę później, wzięłam samochód i odebrałam Mo, potem wieczorem jeszcze dwa zajęcia online. Skończyłam, co oznacza, że pierwszy tydzień za mną, właściwie bezboleśnie, choć te trzy godziny z jedną grupą z dwóch przedmiotów są jednak intensywne.

Dziś miałam czytać od rana, ale wzięło mnie na mycie lodówki, i parapetów, i podlewanie kwiatkow, od tak dawna nie byłam w stanie nic zrobić w domu, że mam wrażenie, że wszystko zmarniało, zakurzyło się i przybrudzilo. Załatwiłam tylko parę najpilniejszych spraw, telefonow i maili i rzucilam sie szorowac i prac, ale musze pamiętać, żeby uważać i robić przerwy, bo nuszka.