Autor: innyglos
Zabezpieczony: Z Nowym Rokiem nowym krokiem!
Grianstad an Gheimhridh czyli Przesilenie Zimowe
W środku ciemnej, grudniowej nocy, kiedy noga nie dawała zasnąć, w czynnych całą dobę oświetlonych arkadach Amazona kupiłam sobie nadmuchiwany trzymacz nóg w górze (czego to ludzie nie wymyślą!), już przyszedł z panem kurierem i od razu jest wygodniej.
Córeczka wróciła wczoraj z nocowanki, a dziś rano znowu ją porwali, na świąteczny spacer po mieście i bubble tea, więc mamy cały dzień ciszę i spokój.
Poza tym jest bardzo dziwnie, wokół nas wydarzają się sprawy życia i śmierci, dosłownie życia i śmierci, ale nie mogę więcej pisać. W każdym razie rzeczywistość wydaje się bardzo konkretna, obrana z tych wszystkich warstewek, ochronek, otulinek, wacików i nagle patrzymy się z Mi na nagie sedno, a nie jest to łatwe. Bardzo dziwny czas, poproszę o trochę magii, pierniczków, dziecięcych marzeń – co tam macie. U nas święta zredukowane do minimum, kupimy jutro uszka i zrobimy barszczyk, poza tym nic, o nie, przepraszam, Mi zrobił bukiet z gałązek choinkowych i powiesił lampki, nie moja stylówa, ale nie będę wybrzydzać:D
Z prac domowych zmieniłam nam pościel rano i się zmęczyłam na cały dzień!
Czas siłowania się ciemnych i jasnych mocy, przełamania ciemności światłem, promyk słoneczny przebił się dziś rano w Newgrange, więc jutro już dzień będzie dłuższy i jasność powróci. Potrzebuję Bożegonarodzenia, tych wszystkich rytuałów przejścia, symboli i rytmu pór roku, opowieści o nadziei i przełamaniu ciemności, siedzeniu w ciemnościach i napychaniu sie opowieściami, które mają sens. Lubię te wszystkie legendy, sianko, potrawy i tak dalej, to są piękne opowieści, zupelnie niezależnie od religii. Choinka pod powałą, grzyby ze świata podziemnego, mak ze świata wiecznego snu, a jednak ciemność mija, a światło przychodzi, nie ważne pod jakim symbolem bedziemy je świętować, bo nie o nazwę tu chodzi. Taka nadzieja jest bardzo bardzo potrzebna.
A wiecie, że moja córeczka ma na drugie imię Jutrzenka, bo mi się przyśniła w bardzo ciemnym dla mnie czasie, jako gwiazdka zapowiedź świtu?
Play Therapy
W czwartek jeszcze online zajęcia z wieczorowymi, bo przecież chora jestem na nogę, nie na głowę i cały ten ambaras z wciskaniem potem gdzieś tych godzin do odrobienia jest niepotrzebny. Ale w nocy noga zaczęła centralnie na…ać, więc stwierdziłam, że jednak coś się dzieje, bo siniak pięknie schodzi, to czemu boli? i w piątek pojechaliśmy z Mi do szpitala. Klinika jest położona na morzem i gdy tak jechaliśmy sobie z Mi w pięknym zimowym słońcu, góry majaczyły na horyzoncie, a my słuchaliśmy sobie muzyczki Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp, przez chwilę czuliśmy się, jakby to była szalona wyprawa na szybką morską kąpiel, a nie do szpitala.
Okazało się, że stopa jest jednak pęknięta, dość nietypowo, łatwo przeoczyć na zdjęciach pęknięcie kości sześciennej, a zatem dostałam buta ortezę na sześć tygodni. (Układa się w pewną całość? 66…:D) Dobrze, że nie gips, ale radzą jej nawet do spania nie zdejmować, mogę sie tylko bez niej myć. Wczoraj zatem próbowałam spać w ortezie, o 3 w nocy się poddałam, bo jest to koszmar, piekła mnie podeszwa stopy i bolało wszystko, do tego z ortezą nie ma jak spać na boku i nie ma jak się przewracać we śnie. Leżałam i sobie cichutko mówiłam ‚wszystko jest w mojej głowie, wszystko, co w mojej głowie, mogę zmienić, nie muszę się skupiać na podeszwie stopy, nie muszę o tym myśleć, mogę wygodnie się umościć we wnętrzu ortezy’ i tak dalej, ale jak się domyślacie, nie jest to takie proste, hehe. Lekarka nie chciała mi dać żadnych mocniejszych dragów, choć próbowałam ją sprytnie podejść, kazała sobie kupić PARACETAMOL. I solpadine. ‚Tydzień po złamaniu mocniejsze przeciwbólowe nie są zalecane’, cudownie. O trzeciej zdjęłam to narzędzie tortur, zasnęłam w pięć minut, pomimo bólu. (Przez tydzień w ogóle nie miałam ortezy i nic się nie stało, może dalej się nic nie stanie.)
Na razie wygląda, że polecimy do Pl po świętach, czuję się bezpiecznie w moim nowym bucie, gdybyśmy zostali w Irl Mo byłaby niepocieszona. Wigilia będzie trochę pusta, będziemy sami, tylko we trójkę, nawet nie będzie mojego syna z dziewczyną, do tego nici ze świątecznych przygotowań, kupimy jakieś uszka i śledzie, ugotujemy barszczyk i to wszystko. Nie będzie gwaru i rozgardiaszu, nie mamy choinki, bo w planach mieliśmy wyjechać, nie zdążyłam zawiesić żadnych ozdób, a teraz to pozamiatane, a raczej właśnie niepozamiatane. Mi miał na głowie nasze dziecko, swoją pracę i mnie, wizyty na pogotowiu i wożenie do kliniki, przywożenie i odwożenie ze szkoły, muzyki, gimnastyki, wiec nie męczyłam go jeszcze ‚robieniem świątecznej atmosfery’.
Nastrój ratuje Mo, która pod choinkę od Re dostała kulę dyskotekową i teraz codziennie wieczorem raczy nas koncertami w takiej atmosferze:



Ja mam sobie tylko leżeć na kanapie i się relaksować, oddając się muzyce i grze świateł. To jest właśnie, według Mo, play therapy.
No a teraz przyszedł już weekend, oceny wystawione i wysłane, sesja spisana, dom niewysprzątany i tak zostanie:D

Na stoliku do kawy mam ogromną książkę, którą dostałam od syna pod choinkę (której nie mamy), mam też sto książek na czytaczu, na które już dawno się czaiłam. Więc może to jest najlepszy czas na nie, bo kiedy ja znowu znajdę wymówkę na sześć tygodni nic nie robienia? Może właśnie – wybaczcie mi cohelliozę – powinnam korzystać z tego, co jest (w przeciwieństwie do tego, czego nie ma, oczywiście).
Na spokojnie
Ten koniec roku zawsze w takim pędzie, na szczęście nie zawsze tak trudno. Ale wiadomo – to się kiedyś skończy, no i zawsze można mieć jedną nóżkę bardziej. Albo jeszcze bardziej.
W tym całym bardaku – nie wiem do końca co do bardak, mój dziadek tak mówił, ale jakoś pasuje mi tu – we wto miałam pierwszego pacjenta.
Początek wizyty jak z sennych koszmarów dla terapeutów. Już od siódmej rano się przygotowywałam, sesja dopiero na 11, ale wiadomo – trzeba wziąć prysznic, wysuszyć włosy, ubrać coś porządnego, dojechać, a przede wszystkim mieć spokojny umysł, bo to ja jestem dla człowieka, a nie odwrotnie. Mi pracował z domu i obiecał, że mnie odwiezie, więc ucieszyłam się, że na spokojnie, krzesełko do wanny, prysznic, włosy, makijaż przed lustrem na jednej nodze, kawka. Dajemy radę. Zaplanowałam, żeby wyjechać o 10 i był to dobry plan, ale kawa była za gorąca, na siku musiałam jeszcze skoczyć na górę, a tuż przed samiutkim wyjściem okazało się, że żadne buty mi na stopę nie wchodzą. Mi dał mi swój but, który okazał się idealny i tak wyszłam w dwóch różnych butach, jeden o rozmiarze 39, a drugi 44. Jak to mówił koleś spadający z dachu – so far so good.
Była 10.15, dojazd to 20 minut przy dobrych wiatrach, ale wiatry robiły się niezbyt dobre i czas dojazdu się wydłużał i wydłużał. Żeby przyśpieszyć, o 10.50 kazałam się wyrzucić na skrzyżowaniu niedaleko gabinetu, kiedy dokicałam do drzwi budynku było za osiem, kiedy pokonałam skacząc na jednej nodze 24 strome schodki i cała spocona i zdyszana stanęłam pod drzwiami gabinetu, było za pięć.
A zatem o 10.55 otwieram drzwi do gabinetu, a tam … właścicielka w środku sprzątania.
Mopy, spryskiwacze do okien, szmaty, odkurzacz. Zapomniała, że wynajmuję we wtorki rano, bo choć płacę od dwóch miesięcy, jeszcze nigdy nie miałam pacjentów. I teraz wyobraźcie sobie jak na przyśpieszonym filmie, właścicielka gorączkowo zaczyna wynosić szmaty i spryskiwacze, ja stoję, o 10.57 dzwoni domofon, właścicielka krzyczy, żebym nie odbierała, w tempie światła wynosi odkurzacz, dosuwa meble do siebie, ja stoję, o 10.59 domofon dzwoni jeszcze raz. Tym razem muszę odebrać. Odbieram, otwieram drzwi domofonem, drzwi się zacinają, pacjent nie może wejść, siłujemy się tak jeszcze z parę chwil, ja wiem, że nie ma szans, żebym zeszła po niego 24 schodki na dół, na jednej nodze i 24 schodki z powrotem, dalej skacząc na jednej nodze i to tej samej. Właścicielka stopą posuwa odkurzacz, który wyjeżdża z sąsiedniego gabinetu, gdzie go przeniosła, zamyka do niego drzwi i oferuje, że zejdzie i wpuści pacjenta. Ja stoję w drzwiach. Czekam.
A potem miałam pierwszą w życiu sesję/konsultację, która poszła .. kto wie. Myślę, że dobrze, zobaczymy, czy pacjent wróci. Ciekawe, czy zauważył, że miałam dwa różne buty?
Po sesji luzik, poczekałam sobie na schodkach, przyjechał po mnie Mi, a wieczorem wpadli Ad z Re i zrobili nam wigiliny obiad – barszcz z uszkami. Uszka na szczęście kupne. Wszyscy dostaliśmy od nich prezenty, a oni dostali od nas tylko herbatę i whiskey, prezent przechodni, który Mi dostał z kolei tydzień wcześniej od swojej studentki na praktykach, bo przecież prezenty dla nich jeszcze nie przyszły.
***
Noga niestety nie jest dużo lepiej i trochę jestem w kropce co robić. W nocy bolała bardziej niż wcześniej i nie wiem, co to znaczy. Dziś jeszcze mam zajęcia online, wcześniej jeszcze rada egz dla amerykanów i trumpoidy dosyłające eseje i szef oczekujący, że jest sprawdę, Mi w pracy, więc nie ma jak nawet do kliniki podjechać. Co z wyjazdem do Polski? Co z umówionym wyjściem w góry (to akurat wiem – nico oczywiście). Co z życiem?
Czy zostać w Irl sama, a wysłać rodzinę do Pl? Czy jechać z nimi – ale jak? wózkiem do samolotu?
Lepiej lepić uszka w domu
Rozmowa z superwizorką podtrzymała mnie na duchu, że się da i że dam radę. W pracy zwolnienie zostało przyjęte, wykłady zostały odwołane, okazało się, że jak mam zwolnienie, to nie wolno mi pracować, nawet, jak chcę, więc nawet zajęcia online są przełożone. A zatem mam luzik, tadam, kto by się spodziewał! Tylko odkopię się z esejów i będzie gites. Domu też nie mam jak sprzątać, no i proszę, nagle człowiek nie musi myć okien na święta, jakie to proste!
Córeczka oddała sie produkcji ozdób i rysunków o tematyce okołoświątecznej:


Nigdy nie ingeruję w twórczość dziecka, choć jej interpretacja tematu jest dość, powiedzmy, nieortodoksyjna. W szkole dzieci projektuja kartki świąteczne i mojej córeczki od pięciu lat są takie, że nie mogę ich nikomu wysłać, żeby nie obrażać uczuć. A zawsze musimy kupować ich co najmniej 10, bo kasa idzie dla szkoły.
Jutro przychodzi do nas synek z Re na spotkanie świąteczne. Bardzo mi to nie na rękę, a raczej obecnie nie na nogę, no i nie mamy jeszcze nic dla nich, część rzeczy została dopiero zamówiona, o czym lojalnie uprzedziłam, a oni na pewno przyniosą cały wór prezentów dla Mo, zgodnie z Irlandzkim obyczajem, ale nie dało się wymyślić innego terminu, bo niedługo wyjeżdżają. Ad do Pl, bo mówi, że to być może ostatnie świadome święta dziadka, a on jest bardzo z dziadkiem związany, a Re do swojej rodziny, bo nie chce zostawiać rodziców samych. Od wczoraj wzięło mojego syneczka na tradycje polskie bożonarodzeniowe, od późnych godzin nocnych zatem dostaję wiadomości, że chcą lepić uszka u nas i zrobić barszcz, staram się go jednak zniechęcać do tych planów, bo ja im nic nie pomogę przez nogę, a dla Mi to sam środek tygodnia pracowego i jest niemożebnie zajęty, żeby wszystko podopinać co trzeba podopinać przed świętami. Wychodzę na straszną matkę, co nie pozwala dziecku obchodzić tradycji, no ale mam pewne podejrzenia poparte doświadczniem, niestety, jak to się może skończyć, wszystko będzie gotowe o 21, do tego burdel na kółkach w kuchni, Mi wkurzony, że musi sprzątać, a po pracy marzy tylko o odpoczynku, bo ma naprawdę teraz urwanie głowy. Napisałam synkowi, żeby kupił uszka, albo je ulepił z Re dzisiaj i nam po prostu przyniósł. Ale nie wiem, czy to się spotka z entuzjazmem.
Mój syn był wychowywany w Polsce w dużej rodzinie, mieszkaliśmy wtedy z moimi rodzicami oraz rodzeństwem, uwielbia więc rodzinne spędy, a atmosfera chaosu, rozgardiaszu i rozpierdolu go pozytywnie ładuje, byle było dużo ludzi i robienie czegoś razem. Jak się uczył do matury to twierdził, że najlepiej mu się siedzi z nami wszystkimi w dużym pokoju i nic mu nie przeszkadzały rozmowy, ani życie.
Noga przestaje boleć jak jej się nie dotyka, duży postęp, przynajmniej w nocy mogłam spać w przerwach pomiędzy skomplikowanym przekręcaniem się na drugi bok. Mąż obiecał, że mnie jutro odwiezie na spotkanie, jeden problem odpada. W klinice są wysokie schody, ale jakoś dokicam na górę, przyjadę specjalnie godzinę wcześniej. Terapeutka o kulach to wprowadzanie dodatkowego niezbyt pozytywnego elementu, który może wzmagać niepokój, ale takie jest życie i będę pracować z tym, co się pojawia.
…niż nabrudzić po kryjomu.
Lepiej kapciem wodę słodzić
Leżę sobie cyckami do góry w dużym pokoju, zajmuję wersalkę i stolik do kawy. Tak mam bliżej do kuchni, nie, żebym w ogóle miała jakąś potrzebę do niej chodzić, nie byłam od wczoraj i bardzo sobie to chwalę. Ale jestem to w centrum dowodzenia, blisko Mi, któremu mogę rozkazywać prosić, a jakbym leżała w sypialni na górze, to pewno pies z kulawą nogą.
Dziś już lepiej, lepsza noc, nawet trochę przespana i lepszy poranek, owsianka na zimno podana do łóżka, a raczej wersalki, kawka, najlepsza na świecie i świeżo upieczony chleb, od samego zapachu którego tyje się pięc kilo. Ale warto nawet utyć, bo odchudzać się jak się ma świeżo upieczony chleb na zakwasie to jakiś idiotyzm. I nawet już pracować mogę, nie kiwam się z bólu jak kiwaczek. Stopa zrobiła się dziś sina i wygląda jak obcy przyczepiony do mojej nogi, siniaki mam nawet na spodzie stopy, jak to w ogóle możliwe skoro byłam w butach o bardzo twardych podeszwach. Teraz mi też szkoda butów, całe podrapane, a to moje ulubione czerwone z benettona, ze skóry wegańskiej, takiej, która nie przypomina plastiku. Zniszczone. Kurtka na szczęście nie podarta, a plamy mam nadzieję zejdą.
Problemem są schody, na które muszę wskakiwać na jednej nodze, kto chodził o kulach, to wie. A toaletę mam tylko jedną, na górze.
Dziś sprawdzam sobie spokojnie eseje, bo nagle mam dużo wolnego czasu. Nagle nie ma nic pilnego, gdzie muszę koniecznie być, oprócz pierwszego spotkania z klientem, oczywiście, na które choćbym się musiała doczołgać, to będę. To się nazywa poświęcenie zawodowe:D
Nie posadziłam tulipanów w tym roku, od miesiąca odkładałam i miałam sadzić na ostatni dzwonek teraz. Tulipany muszą być, będzie mi ich strasznie brakowało, jeśli się nie uda. (Nie no, co się ma nie udać, włożę do ziemi choćby w styczniu). Tym bardziej, że mam mocne postanowienie poprawy ogrodowej, bo mój kochany ogród powoli się osuwa w ruinę, marnieje i smutnieje, już nie tylko szopa straszy, ale też smutne, pozarastane doniczki, chwasty, nieprzycięte krzewy i kwiaty.
… niż na górę siku chodzić.
No i tak
Leżę, bolę, nie jestem w stanie pójść na siusiu. Tak skończyła się moja wczorajsza podróż na pogadanie z koleżanką.
Przy kanale, dokładnie na tej drodze widzianej na pierwszym zdjęciu po prawej stronie, nagle wyskoczył mi pod rower młody chłopak na elektrycznej hulajnodze, może 11 a może 12 lat, oczywiście cały na czarno i bez kasku. Zupełnie znienacka, bez oglądania się na nic, prosto z przystanku tramwaju, prosto po koła. Pocisnelam po hamulcach jak dzika, elektryczny rower wywrócił się i przygniotl mi stopę, pociągnął mnie jeszcze z parę metrów, to jest naprawde ciężka maszyna. Nie chciałam potrącić dzieciaka, zadziałał instynkt. Najpierw nie mogłam wstać, potem jak mi pomogli wstać i wszystkim podziękowałam i sobie poszli, okazało się, że ja dzisiaj już nigdzie nie pojadę, ani nawet nie pójdę, postałam z 15 minut i zagadnęłam przechodzącego pana z rodziną o pomoc. Pan mi zapiął rower do barierki i przeprowadził mnie przez mostek tak, żebym mogła zamówić taxi. I prosto na pogotowie.
Na szczęście podobno nie ma złamania, na szczęście mialam kask oczywiście, u lekarza jeszcze mnie chyba adrenalina niosla, bo na pytanie jak boli od 1 do 10 powiedziałam 3 🙈 ale już w domu zaczelo mnie naprawdę ostro. Mam jakieś przeciwbole na receptę, ale napieprza koszmanie i nie działają. Dajcie mi porządne dragi! Czemu wszyscy się teraz tak boją uzależnienia, całą noc nie mogłam spać, tylko siedzialam na łóżku i kiwalam się z bólu, poproszę coś mocniejszego kurde. Oczywiście nie poszlam dziś na zajęcia.
Z plusow: mam zwolnienie na cały tydzień i dostałam kule za darmo!
Z minusow: mam pierwsza wizytę pacjenta/klienta we wtorek, ja tam MUSZE być.
Cry me a River
Życie się toczy swoim rytmem, wczoraj dobra wiadomość z pacjentem/klientem i bardzo bardzo, niewiarygodnie niedobra wiadomość od koleżanki stąd, z Irl, której długo nie widziałam. Nadal nie mogę sobie tego pomieścić w głowie i prawdę mówiąc nie chcę. Córeczka jej umarła i to nie malutka, tylko całkiem duża. W nocy sny wokół tematu, dziwne, gęste. Ten-który-śni natworzył marzeń sennych, namęczył się i natrudził, a ja się tylko przewracałam z boku na bok na tym seansie.
(Od kiedy zaczęłam zwracać uwagę na sny, mam mniej problemów ze spaniem, wieczorem oddaję się w objęcia tego-który-śni i zgadzam się wyruszyć w podróż, zastanawiając się, co też znowu będzie mi dane oglądać w nocy).
Zajętość się powoli spiętrza. Jak co roku, sprawdzanie esejów i pracy, jutro zajęcia od 9 do 5, a w niedzielę Amerykanie zawalą mnie esejami, na których sprawdzenie mam dwa dni, które już też, jak się okazuje, wypełnione są różnymi aktywnościami po brzegi – do normalnych zajęć dochodzi jeszcze obiad z profesorem i pierwsza sesja z pacjentem.
Dzisiaj spotykam się z tą koleżanką. Nie będzie to łatwe.
W domu chodzę po schodach i głęboko oddycham, patrzę na buraczkowe ściany w korytarzu i małe rysuneczki poprzyklejane na futrynach, otwieram drzwi do pokoju Mo, patrzę się na ten burdel na kółkach i wiem, że mam dużo szczęścia.
Wracamy ze szkoły, świeci słońce.


Mi siedzi w pokoju na dole, zawalił stolik do kawy swoimi papierami i komputerami, od rana rozmawia, łowię uchem urywki kryzysów i strzępki nadziei. Siobhain jednak nie będzie miała łóżka przed świętami, od pół roku śpi na podłodze na dmuchanym materacu, który jest trochę dziurawy, bo nie stać jej na łóżko. Dwa miesiące temu dostała dofinansowanie od organizacji dobroczynnej, bo z jej zasiłku nie jest w stanie tyle odłożyć, razem z Mi zamówili rozkładaną wersalkę, taką, jak chciała, bo ma tylko jeden pokój, a teraz okazuje się, że sklep wyprzedał wszystkie wersalki i bardzo przeprasza, ale ten model już nie jest dostępny. Siobhain nie stać na inny model, zależy jej również, żeby sofa była rozkładana, bo jak przyjmie dzieci jak ją w końcu odwiedzą, więc święta spędzi na podłodze, na dziurawym materacu. Siobhan przeszła takie rzeczy w dzieciństwie, że lepiej o tym nie opowiadać, ale cieszy się, bo od 10 lat jest trzeźwa i jej dzieci się do niej odzywają i chcą się spotykać.
Nie umiem pisać o takich rzeczach, historie, które mi opowiada Mi ze swojej pracy są nie do uwierzenia, naprawdę nie chce się wierzyć, że życie może być takie niesprawiedliwe, więc tworzy się jakieś historie, że tak naprawdę ci ludzie są sami sobie winni, no muszą być, bo jak inaczej to wyjaśnić? Więc wymyśla się jakieś bajki, że ludzie tylko wyciągają rękę po pomoc, że sami z siebie nic nie dają, że to ich wina i że to oni zawalili, i tylko dej i dej w kółko, ci zasiłkowcy. Cry me a river, no naprawdę.
Mężczyzna (jednak) Wraca
Kończy nam się ten dziewczyński czas z moją córeczką, Mi wraca z wojaży. Przez pięć dni był w swoim żywiole. Przesłał nam fajne fotki, na przykład z muzeum lalek:
Jakoś tak się składa, że rzadko bywam sama, to znaczy bez mężczyzny w domu, a bardzo to lubię. Cały dom wtedy ma jakąś taką inną, kobiecą energię, vibe, jak mówi Mo, jest zupełnie inny – spokojniejszy, delikatniejszy, łagodniejszy. Po (prawie) 30 latach bycia razem funkcjonujemy z Mi tak spoiście, że czasem trudno mi powiedzieć, co jest moje, a co jest jego, a w taki czas mogę się sama zobaczyć na nowo. I ugotować rosół, na kurczaku i wołowinie, którego nigdy nie robię przecież na obiad z weganem.
Dobrze mi się śpi z córeczką. Nie wiem, co to jest, może całą noc jestem owinięta w dziecięce niewienne sny, a może to wieczne matki czuwanie w głowie się jakoś wyłącza, bo moje dziecko jest na wyciągnięcie ręki, więc mogę się odprężyć i po prostu spać. Próbuję pamiętać sny, ale mam ich tak dużo, a wstaję tak rano, że po wyskoczeniu z łóżka i zapaleniu światła, snów już nie ma.
Przygotowuję się na pierwszego pacjenta, wszystko staje się coraz bardziej realne. W międzyczasie słucham debat komisji parlamentarnych w Irl o regulacji zawodu psychoterapeuty, bo jest afera jak w Polsce, tylko tutaj się towarzystwa nie kłócą ze sobą, ale z biurokratami. (W debcie bierze udział mój wykładowca, John, psychoterapeuta i psycholog:). Rząd przygotował projekt prawnej ochrony tytułu psychoterapeuty, zajmuje się tym rządowa agencja CORU, która reguluje zawody związane ze zdrowiem, jak np. fizjoterapeutów czy logopedów, oprócz lekarzy i pięlęgniarek. Po naprawdę wielu latach pracy CORU przedstawiło projekt, który jak się okazało nie uwzględnił głosu środowiska i został totalnie oprotestowany, środowisko reprezentują tu dwa największe stowarzyszenia Irish Council for Psychotherapy (2500 zrzeszonych terapeutów i wszystkie szkoły terapii, od psychoanalitycznej do behawioralnej) i Irish Association for Counselling & Psychotherapy (6500 zrzeszonych). W odróżnieniu od Polski, tutaj środowisko nie jest podzielone i zgadza się w zupełności dlaczego regulacje są do dupy. Zarzucają CORU obniżenie standardów, bo w projekcie nie ma terapii własnej jako niezbędnego warunku, nie ma również superwizji, studenci mają się uczyć prowadzenia terapii za pomocą refleksji, hahaha. Brak wymagania terapii własnej agencja uzasadnia m.in. chęcią chronienia studentów, których terapia mogłaby narazić na ‚nadmierny emocjonalny stres’ 😀 U przyszłych terapeutów, którzy mają się zajmować wykorzystywaniem seksualnym, traumą, depresją, osobami ze skłonnościami samobójczymi i tak dalej. Nie żartuję.
Jeśli takie standardy wejdą, psychoterapeuci szkoleni w Irl nie będą mogli praktykować w innych krajach EU, bo we wszystkich, gdzie dostęp do zawodu jest regulowany, terapia własna i superwizja są podstawą kształcenia. CORU broni się, że np. w kognitywno-behawioralnych podejściach terapia własna nie jest wymagana, środowisko zarzuca biurokratom, że się zupełnie nie znają i ekstrapolują model jednej szkoły na wszystkich. Przy czym spośród 36 urzędników ustalających standardy w CORU, jeden ma wykształcenie kierunkowe. Afera na trzy fajerki, środowisko się kompletnie zbuntowało, a agencja twierdzi, że konsultacje są zamknięte i przechodzi do następnego etapu, czyli spotkań z instytucjami edukacyjnymi, które prowadzą kierunki psychoterapeutyczne. (W Irl większość kursów jest prowadzona przez szkoły publiczne, czyli nie do końca chodzi tu o kasę jak w Polsce.) Także ostro bulgocze w kotle.
A oprócz tego sztorm Bran prawie nas z Mo zwiał ze ścieżki rowerowej, rower nie był dobrym pomysłem jednak.