Synchronicity

Słońce świeci mi w twarz, kiedy stoję przy oknie w kuchni. Na chwilę zamykam oczy. Żałuję, że nie zdążyłam posadzić tulipanów. Pierwszy raz, od kiedy tutaj mieszkamy. Wygląda też na to, że nie zdążę podciąć róży, ani jabłonki.

Dziś u Straker i spółka wpadł mi fragment idealnie pasujący do moich wczorajszych rozważań:

(Jak to się dzieje, że świat często podrzuca komentarz do naszych myśli?).

(…) pozostawiła mnie z poczuciem, jak bardzo spolaryzowana stała się światowa polityka oraz jak my na Zachodzie zaczęliśmy postrzegać „innych” jako Oś Zła, podczas gdy oni postrzegają nas jako tych złych. W tej przestrzeni świat zostaje w pewien sposób podzielony na wrogów i sojuszników, co prowadzi do usprawiedliwiania nienawiści i okrucieństwa. A jednak, podobnie jak w procesach psychicznych zachodzących na poziomie jednostki, u podłoża ataków na innych na poziomie społecznym często leżą strach i poczucie winy. (…) Takie konstruowanie świata jako niebezpiecznego ma wiele konsekwencji zarówno dla jednostki, jak i dla społeczeństwa.

Poczucie zagrożenia wywołuje w nas strach, uruchamiając ewolucyjny instynkt przetrwania, który sprawia, że zaczynamy postrzegać innych jako „całkowicie złych”, a siebie jako „całkowicie dobrych”, tracąc zdolność dostrzegania odcieni szarości. Dzieje się tak dlatego, że gdy czujemy, iż stawką jest samo nasze przetrwanie, nie możemy pozwolić sobie na niuanse: wszystkie nasze zasoby muszą zostać zmobilizowane w sposób jednoznaczny. W takiej sytuacji wahanie wynikające z ambiwalencji lub niejednoznaczności może zagrażać życiu.

Ten mechanizm rozszczepienia na „całkowicie dobrych” (my) i „całkowicie złych” (oni) stanowi silną formę obrony, z której wszyscy korzystamy w sytuacjach stresu. Na poziomie grupowym jest to mechanizm leżący u podstaw uprzedzeń i osiąga on największą siłę wtedy, gdy toczy się wojna lub gdy czujemy się zagrożeni przez inne społeczeństwa bądź grupy. Gdy społeczeństwa odczuwają zagrożenie, na wszystkich obywateli wywierana jest silna presja, by podporządkować się obowiązującej linii (Straker & Winship, 2019, pp. 86-87).

Ale już literatura fachowa trochę mnie zmęczyła, więc przerzuciłam się na Hillibilly Elegy (Elegia dla Bidoków), ale to jest dobre! Vance dobrze bardzo pisze, niestety. Czy książka pozwala go zrozumieć? Jeszcze nie wiem, ale się wciągnęłam.

Teraz zapragnęłam pojechać do USA, a szczególnie w Appalachy i w ogóle powłóczyć się po biednych bezdrożach. Montana, Kentucky, Ohio, Idaho od Gilberta Grape i inne dziwne stany w stanach. Ale oni mają przestrzeń! (Pewno nie jest to zbyt bezpieczne).

Straker, G., & Winship, G. (2019). The talking cure. Palgrave Macmillan

Nie jestem ani złym, ani dobrym gliną

Środa. Wszyscy poszli.

Do szkoły i pracy, do więzienia, na zajęcia dodatkowe, lekcje plastyki, do klientów i do dentysty. Od poniedziałku muszę radzić sobie sama. Opracowałam metodę przynoszenia kawki z kuchni – skakanie na jednej nodze z kubkiem kawy jednak nie jest dobre, przesuwanie kubka i siebie na pupie po podłodze też nie jest najprzyjemniejsze, ale problem załatwiają moje ukochane termosy contigo.

Śniadanie mam zrobione, sama sobie przygotowuję drugie, znoszę kołdrę i inne bambetle na dół po schodach. A potem zalegam z nogą w górze i czekam, aż przyjdą z pracy i szkoły.

Z racji wolnego czasu wkręcam się we flejmy na blogach o biednej nauczycielce, co to wyrzuciła krzyż do kosza (dla wyjaśnienia, nie popieram fali hejtu która się na nią wylała, oraz uważam, że miała prawo zdjąc krzyż ze ściany czy czegokolwiek. Ale wyrzucenie do kosza symbolu religijnego było nierozsądne i impulsywne. Oczywiście wiem, że każdy z nas bywa nierozsądny i impulsywny, koniec wtrącenia).

Oczywiście niepotrzebnie się wkręcam, bo niczego to nie zmieni, bo nikt nigdy nie zrewidował swojego zdania pod wpływem dyskusji blogowych. Służą one raczej wylaniu naszych lęków i wściekłości, pozbyciu się tego wkurwu na to czy na tamto, okazjonalnie podzieleniu się punktem widzenia. Wyraźnie widać, że gdzieś tam pod generalizującą, jednostronną percepcją, pod tym tonem wypowiedzi agresywnym, widzeniem świata zero-jedynkowym, nastawieniem fight or flight najczesciej tkwi jakaś emocjonalna historia, często trauma rodzinna. Ale taki stan wyłącza możliwość refleksji i zrozumienia świata, uznania innych punktów widzenia, nie daje możliwości poszerzenia swojej perspektywy.

Sama się łapię na ten zero-jednynkowy stan umysłu, obserwuję, jak uruchamia mi się od razu kategoryczny impuls przekonania do swojej racji, wygrania debaty. A przecież niepotrzebnie. Nas uczą, żeby kuć, kiedy zimne, bo tematy gorące powodują tylko wzmożenie obron, a intelekt jest wtedy wykorzystywany nie do poznawania świata, czy jego zrozumienia, ale budowania jeszcze bardziej ścisłej fortyfikacji i umocnienia się na swoich pozycjach. Mam wrażenie, że podobnie działa to w teoriach spiskowych – nawet inteligentni ludzie potrafią budować szalone konstrukcje teoretyczne, w oparciu o błędne emocjonalne przesłanki.

Tego właśnie nie lubię w mediach społecznościowych, tego całego nakręcania jednych przeciwko drugim, tego eskalowania przemocy słownej, tego upraszczania świata i czarno-białych generalizacji. U nas się mówi na to splitting, kiedy świat jest uproszczony: my jesteśmy dobrzy, a oni źli. Ta dziecięca postawa, charakterystyczna dla wczesnego etap rozwoju psychicznego, nie jest niczym złym – kiedy świadomość wyłania się z chaosu wrażeń, najpierw musimy posortować obiekty, czyli oddzielić dobro od zła. (Nb. ciekawe, że Biblia też mówi o chaosie i procesie oddzielania światła od ciemności, a w mitach greckich Chaos to wręcz pierwszy byt pierwotny we wszechświecie – przepaść, pomieszanie, zasada kosmiczna. Wydaje się, że to jest uniwersalne i ważne doświadczenie rozwoju osobniczego, aż tak ważne, że zapisano je w księgach).

Ale uproszczona wizja świata pojawia się też u dorosłych wtedy, kiedy świat jest postrzegany jako zagrażający, a staje się ona prawdziwym problemem, kiedy czasy są niespokojne, tak jak teraz. I wtedy zaczyna rezonować z polaryzacją społeczeństwa. (I znowu na marginesie – tutaj przypomina mi się kapitał społeczny wg. Putnama – pomostowy i wiążący, i jak bardziej cenny jest ten pomostowy, czyli ten, co ułatwia przepływ informacji i zasobów POMIEDZY grupami, a nie wewnątrz grupy, jak społeczeństwa, gdzie więcej jest porozumienia ponad podziałami mają stabilniejszą demokrację, a organizacja społeczna nie musi być oparta na moralności plemiennej.)

Wydaje się, że to pozycjonowanie swoi-obcy, dobro-zło, czarne-białe, ten jednowymiarowy obraz świata jest nadbudowany na biologicznym odruchu obecnym już u ameby – kiedy z jednej strony odsuwa się ona od ścianki akwarium, która razi prądem, a z drugiej przysuwa się do jedzenia. To też jest prosta klasyfikacja, sortowanie prymitywnych wrażeń sensorycznych. Dobro i zło jest zatem zawsze najpierw subiektywne, zawsze ma korzenie w naszym indywidualnym odczuwaniu i sortowaniu zjawisk pod kątem naszych korzyści. Dopiero później rozwijamy coś, co się nazywa obrazem całości – zauważamy głębię i niuansy, że mama może być równocześnie dobra i zła, że każdy z nas jest skomplikowany i wielowymiarowy, a uproszczenie wzmacnia podziały społeczne, ale to już należy do osiągnięć następnego etapu rozwoju.

Ale wszyscy, przez całe życie wracamy do tej jednowymiarowej wizji wtedy, kiedy czujemy się zagrożeni, kiedy nie mamy zasobów, żeby sobie z czymś poradzić, kiedy identyfikujemy się z tłumem, i tak dalej, przy czym niektórzy częściej i dłużej przebywają w takim stanie ducha niż inni.

I mój ulubiony komiks z New Yorkera:

Nie jestem ani dobrym, ani złym gliną, Jerome. Podobnie jak ty, jestem złożoną mieszaniną pozytywnych i negatywnych cech osobowości, które ujawniają się lub nie, w zależności od okoliczności.

Najwyraźniej brakuje mi wykładów😂

Rozkosze

Odkrywam rozkosze siedzenia w domu.

Momentami wydaje się, jakby moje dziecięce modlitwy zostały wysłuchane – żebym mogła leżeć w łóżeczku i czytać książeczki. Pamiętam jak w wieku chyba z 13 lat, z temperaturą i wypiekami na twarzy machęłam 250 stron w jeden dzień, była to chyba jakaś część trylogii, taka gorączka czytelnicza, nie jestem do końca pewna, czy wiedziałam, gdzie jestem. Może nie.

Obłożyłam się zatem teraz cała książkami i podkastami, po sam czubeczek nosa, na komórce mam słuchowiska o ciekawych przypadkach i ogólne o teoriach (Three Associating, Psych on and off the Couch), pożyczyłam sobie jedną z najsłynniejszych skandalistek irlandzkich Ednę O’Brien The Country Girls (Dziewczyny ze Wsi), trylogia 600 stron (zaczęłam czytać i to jest dobre!), ściągnęłam Hillibilly Elegy (Elegia dla Bidoków) J.D. Vanca, to ukłon w stronę tygodnia amerykańskiego w lidlu na Tablicy ( ale podobno trzeba uważać jak sie czyta, bo kto tam wie czy to szczere, czy juz część tworzenia legendy i politycznego pozycjonowania się). Na czytacza wrzuciłam przy okazji trzy Żulczyki i Foster Keegan, jej krótka powieść Rzeczy… bardzo mi się podobała i nawet nie pamiętam, kiedy ją przeczytałam, a pamiętam o czym jest, na deser mam Straker i Winship The Talking Cure (Lecznie rozmową) oraz Brief Psychoanalytic Therapy (Krótka Terapia Psychoanalityczna) Hobsona. Do tego 1050 stron od synka (jestem na 160, trochę się rozkręca) oraz Ernaux The Other Girl (Inna dziewczynka).

Ciekawe co pierwsze skończę? Stawiam na fachową.😅

Muszę kupić sobie regał na literaturę, ale to w lecie, wychodzi na to.

Na youtube znalazłam ‚pompki z noga w gipsie’ i już miałam szarżować, ale nóżka wczoraj zaczęła boleć, nie w miejscu cięcia, tylko z drugiej strony. Chyba jednak ostatnio za dużo chodziłam skakałam i gips zaczął uciskać jeden punkt. Więc odpuszczam sobie, wieczorem tylko leżenie z nogą do góry (no, może ciężarki na ramiona).

Ziobro prosi o azyl na Węgrzech, matkobosko, czemu ci wszyscy prawacy to takie miękiszony? I złodzieje:( jak można kraść z funduszu, który jest dla ofiar przestępstw??? Pewne rzeczy nie mieszczą się tzw. zwykłym ludziom w głowie.

Rodzinnie wokół nas nadal kumulacja, niestety, nie mogę wchodzić w szczegóły, ale buja ostro. Wczoraj sobie pomyślałam, że okazaliśmy się z Mi jedną z najbardziej stabilnych i kochających się par, jakie znam, no kto by przypuszczał, nawet osobno jesteśmy osobami o zaskakująco zrównoważonej psychice😆 Mimo, że lewacy i ateiści, a do tego w 50% weganie;)

Wygląda na to, że dzisiejszy wpis sponsoruje samochwała:)

(Drugi) Najlepszy zawód świata

Ach, to był świetny pomysł, żeby pojechać na zajęcia! Osiem godzin na tyłku było wprawdzie fizycznym wyzwaniem, głupio mi było również trochę, że robię taki szoł, bo przyszłam ze swoim kocykiem i podusią i rozłożyłam się na podłodze, ale tylko trochę, bo ja jestem zwierzę teatralne, więc raczej lubię zwracać na siebie uwagę, ale poczułam się zaopiekowana przez grupę i każdego z osobna, przysuwali mi krzesła, podawali czekoladki, na przerwie przynieśli kawkę owsianą z Czarnej, a po zajęciach wzięli wszystkie wszystkie moje bambetle i odprowadzili mnie do samochodu.

A zajęcia były fascynujące. Pięć godzin omawiania przypadków, swoich klientów i nieswoich, przykładów z literatury przedmiotu, dyskusje co to może znaczyć, a co tamto może znaczyć i co to może nie znaczyć, łączenia z teorią i różnymi nurtami, koncepcje, skojarzenia, argumenty, rady.

Zajęcia prowadził wykładowca z psychologii i psychoterapii, doktor psychologii klinicznej, który łączy naukowe podejście ze sztuką psychoterapii. Skakaliśmy z tematu na temat, od diagnoz po technikalia i dawno nie czułam się tak żywa.

(Może to dlatego, że po raz pierwszy od miesiąca wyszłam z domu gdzieś indziej niż do szpitala, no, oprócz restauracji ostatnio, ale to było po szpitalu, więc zaliczam do szpitalnego dnia.

A na koniec proces grupowy, czyli pełna drama😆

Chciałam tu napisać, dopóki jeszcze jestem pod wrażeniem, dopóki jestem zaczarowana, zafascynowana, podekscytowana. Żeby pamiętać, kiedy będzie ciężko (a będzie). Wypadek, i przez chwilę niepewność, czy będę mogła kontynuować, albo może raczej nagłe zdanie sobie sprawy, że mogłoby mi to zostać przez los odebrane, uświadomiło mi, że to jest coś ogromnie dla mnie ważnego. (Każdy ma swój narkotyk).

(Wczoraj oglądałam operacje ORIF i OREF na youtubie, jeśli nie mogę zostać chirurgiem, to to jest drugi najlepszy zawód).

(Zanim poczytałam, co się stało,  naprodukowalam się u Teatru o pani z angielskiego 🙈🙊)

Poczucie humoru

Czas leniwie płynie w domu, ledwo wstaję, a już jest południe. Lubię spać i śnić, spanie to prawdziwa kontrkultura, w opozycji do kultury zapierdolu, luksus, który nic nie kosztuje, na pewno zdrowsze niż oglądanie rolek. Myśl z tyłu głowy, że ‚muszę odpoczywać’ powoduje, że bez wyrzutów sumienia śpię do 9. 30. Codziennie. Świat jest mniej kanciasty i zdecydowanie mniej bolesny, jak człowiek jest wyspany. Jeszcze zarzucam na noc kodeinę na raz, ale już niedługo.

Jak już się wyśpię, schodzę (trudno to nazwać chodzeniem, hehe), zjeżdżam na pupie na dół, bo jednak po schodach pewniej się czuję obecnie w parterze, mój ukochany mąż przynosi mi z góry kołderkę, dmuchaną poduchę do trzymania nogi w górze i różne inne niezbędne bambetle, które poprzedniego wieczora pieczołowicie zaniósł na górę, razem z herbatką, wodą, bananem i lekami (nienawidzę w środku nocy odkryć, że nie mam banana).

W dużym pokoju na stoliku od kawy już na mnie czeka śniadanko – owsianka z owocami – i kawka. Powłóczę się po blogach, poczytam co tam panie w polityce i tak mi czas zlatuje do południa. (Niektórzy to mają dobrze). Potem lunch, sałatka, którą sama sobie robię odkąd moja córeczka poszła do szkoły, następnie trochę popracuję – jakieś sprawdzanie esejów, jakieś slajdy, maile, jeszcze ostatnie dokumenty, bo legalnie do końca tego tygodnia jestem przecież w pracy – i tyle. Żałuję, że nie będę uczyła mojego ukochanego przedmiotu (omg, do czego to doszło, żeby tęsknić za pracą!). Ale zrobiłam gościowi trochę materiałów na pierwszy wykład, mam nadzieję, że go nie położy.

Tylko jutro muszę się sprężyć i przeżyć osiem godzin na zajęciach. (I wstać o 6 rano i się wykąpać). Wezmę sobie wygodną poduszkę, kocyk, termosiki, oraz sałatkę, którą dziś zrobiłam z komosy ryżowej z granatem, oliwkami, pistacjami, cebulką, ogórkiem i kolendrą. Założę szerokie szarawary w czarno biały ząbek psa i wełniany sweterek w kolorze wściekła fuksja, całości dopełni zielny akcent gipsu na lewej nóżce. Mój prywatny kierowca mnie zawiezie i pomoże mi wejść na górę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zadbam o siebie jak mogę, a w sumie fajnie będzie zobaczyć wszystkich, bo od miesiąca nigdzie nie byłam, bywam tylko w szpitalach.

Ale najważniejsza wiadomość tygodnia jest taka, że mogę prowadzić. Chirurg tylko się zapytał, czy mam automat i stwierdził ‚nawet gdybym pani obciął nogę, to mogłaby pani prowadzić, haha!’ No i ma rację.

Uwielbiam poczucie humory chirurgów.

🍀🍀🍀

Wyczekaliśmy się w tym szpitalu jak głupi, duzy szpital, ze 100 osob w kolejce do kliniki. Najpierw rejestracja, potem pielęgniarka, potem rtg, a na końcu spotkanie z chirurgiem, który operował. Nie widzialam go po operacji – jeszcze spałam, kiedy on poszedł do domu, bo tego dnia nie miał dyżuru. Ale warto było czekać, bo  dowiedzialam sie, że udało mu się poskładać moją pogruchotaną stopę do kupy, czyli zrobić wszystko co trzeba i nie bedzie kolejnej operacji! Wyraźnie był zadowolony swoją robotą, nie mógł się napatrzeć na moją nogę rtg, a ja się strasznie ucieszyłam, bo kolejne cięcie to kolejne tygodnie w gipsie, a już jestem miesiąc po wypadku. No to teraz tylko ‚od 6 do 12 tygodni w gipsie’:) Za 4 miesiące już tylko będą mi wyjmować blachy ze środka, śruby zostają. Dostałam nowe ubranko na nogę, dużo lżejsze.

🌳🙂🍀

Siedzieliśmy w tym szpitalu cały dzień na owsiance i kawie, wiec jak wyszlismy po 5 to Mi mnie zaprosił na fantastyczne jedzenie do palestyńskiej knajpy. Niestety,  zaparkowalismy jakieś 200 m od knajpy, coś mi strzeliło do głowy, że dam radę,  bo co to jest 200m, prawda? W połowie drogi o kulach w strugach deszczu byłam pewna, że zaraz się położę na tym chodniku, co za głupi pomysł. Naprawdę ledwo doszłam, ja to potrafie mierzyc sily na zamiary i sobie dołożyć do pieca, zatrzymywałam się pod latarniami, żeby się o coś oprzeć i odpocząć, a kiedy weszłam do środka ledwo mogłam mówić i osunęłam się na najbliższe siedzenie😄

Baba ganoush, tabouleh i pizza weganska dla Mi, zgrilowany kurak dla mnie

Ale było warto:) to nasze pierwsze wyjście od miesiąca gdziekolwiek i przez chwilę się poczułam jak normalny człowiek. No i tabouleh, moja ukochana surówka!

Chyba trzeba sie pogodzic, że jestem inwalidką na razie, ech.  Jak skończyliśmy Mi po prostu podjechał po mnie i zatrzymał się na awaryjnych na ulicy, bo nie było szans, żebym doszła.

Jeszcze tylko odebraliśmy Mo od Adka, ( który wczesniej zapomniał, że miał ją odebrać z lekcji muzyki, biedulinka czekała pół godziny sama w szkole i bała się, że się znowu coś stało) i nareszcie w domu.

Ale dałam radę i wobec tego w sobotę idę na zajęcia do kliniki. Wezmę sobie kocyk, poduszkę, lunch, termos z kawą i termos z herbatą i będę sobie siedziała na dywanie, z notatnikami i oloweczkami i odpowiednią nogą wyprostowaną. Problemem będzie tylko dojście, jak się przekonałam, bo zajęcia są w samym centrum, gdzie oczywiscie nie można nigdzie zaparkować. Ale muszę, inaczej mi nie zaliczą zajęć klinicznych, bo jedne już opuściłam.

A z pracy mam zwolnienie od poniedziałku na kolejne 6 tygodni😃 Ale w pracy przecież nie mogę siedzieć na podłodze, c’nie?

W górę serca

Zimno. W nocy palce wystające z gipsu mam zupełnie przemarznięte, muszę sobie zrobić mini skarpeteczkę na sam czubek stopy. Kupiłam se elektroniczny hygro- i termo-metr i mam zabawę sprawdzając na telefonie jak szybko spada temp po wyłączeniu kaloryferów (bardzo szybko).

Nie wiem, czy wiecie, ale w Irl nie ma centralnego ogrzewania i nie grzeje się cały czas, kaloryfery są włączane na chwilę i wyłączane jak zrobi się ciepło. Więszkość ludzi ma boilery na gaz albo olej opałowy, piece na węgiel zostały w Dublinie już w 1990 zakazane, od tego czasu mamy najczystsze powietrze w Europie, ha! To tak a propos tych złych ekologów. Od 2022 zakaz obowiązuje w całym kraju i nie ma, że boli. Obecnie w nowym budownictwie już nawet nie wolno instalować boilerów na gaz ani olej, tylko pompy ciepła albo elektryczne, nie wolno też budować domów z kominkiem, ale za tym większość Irlandczyków płacze, bo to ich ukochana tradycja narodowa – ja sama mam trzy kominki, prawie w każdym pokoju! (przypomniało mi się, że muszę jeszcze jeden zatkać, bo mi teraz wieje).

Ściągnęłam Tar i The Whale, oraz Red coś tam, wygląda na to, że w czasie choroby będę mogła zobaczyć co tam w kinie amerykańskim piszczy (nic ciekawego pewno;). Zrobię sobie Miesiąc Amerykański, jak w Lidlu.

Zaczęłam sweter, to znaczy zrobiłam na razie próbnik, haha. Ale piękne trzy sweterki z Benettona do mnie lecą, na razie utknęły na lotnisku w Milano. W sklepie kolejne przeceny, no i widzę, że potrzebuję przecież butów! Ech.

Powoli odkopuję się z esejów i prac licencjackich, praca dobrze mi robi na głowę.

Nastrój w porządeczku, a nawet lepiej, może prawdziwym sekretem zdrowia psychicznego jest wysypianie się? 😀 MI wstaje teraz o siódmej, ja też postanawiam i jakoś tak się dzieje, że otwieram oczy po 9. W nocy śni mi się, że leżę na skałach, a ocean ciągnie mnie do wody za tą poturbowaną nogę.

Ciekawa sytuacja światowa, którą trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony, oczywiście że działania trumpa na arenie międzynarodowej podnoszą włosy na głowie, widać, że amerykanie traktują Amerykę Pld jak swoje własne podwórko, a ich wchrzanianie się w sprawy Brazylii, Chile, Nikaragui, Ekwadoru, Panamy, Meksyku, Haiti, Gwatemali, Republiki Dominikańskiej, zamachy stanu przeciwko lewicowym przywódcom (Allende!), finasowanie i zbrojenie prawicowych bojówek i juntas są legendarne i nigdy nic dobrego z nich nie wynikło. Z drugiej strony Maduro był prawdziwym ch.., dyktatorem, który doprowadzał swój kraj do ruiny, który traktował Wenezuelę jak swoją prywatną dzierżawę i dzielił się zyskami tylko ze swoimi poplecznikami, poza tym który robił głównie interesy z Rosją (i oczywiście Chinami), no i cała ta akcja spowodowała, że Rosja wtopiła kupę szmalu!

Obalenie Nicolasa Maduro przez siły amerykańskie może oznaczać dla Rosji wielomiliardowe straty. Kreml przez lata inwestował ogromne środki w wenezuelski sektor naftowy i finansował reżim w Caracas, licząc na długoterminowe korzyści strategiczne i gospodarcze. Teraz przyszłość tych inwestycji stoi pod znakiem zapytania. (…) Według wyliczeń agencji Reuters, w latach 2006–2017 Rosja przekazała Wenezueli oraz państwowej spółce naftowej PDVSA łącznie około 17 mld dol. w formie kredytów, inwestycji i wsparcia finansowego. Pierwsza znacząca pożyczka, opiewająca na 2,2 mld dol., trafiła jeszcze do Hugo Cháveza. W 2009 roku podpisał on kontrakty na zakup rosyjskiego uzbrojenia, w tym czołgów T-72 i systemów obrony przeciwlotniczej S-300. (…) W 2017 r. Władimir Putin zgodził się na odroczenie spłaty zadłużenia o 10 lat, z terminem regulowania zobowiązań w latach 2024–2027. W zamian Rosja uzyskała dostęp do kluczowych aktywów energetycznych. Państwowy koncern Rosnieft stał się głównym wierzycielem reżimu Maduro, obejmując udziały w najważniejszych wenezuelskich złożach ropy. Caracas spłacało Moskwę surowcem, który Rosnieft sprzedawał następnie na rynkach światowych. Po objęciu PDVSA sankcjami w 2020 r. Rosnieft formalnie wycofał się z Wenezueli, sprzedając swoje aktywa nowemu podmiotowi — Roszarubezhneft, spółce w całości kontrolowanej przez rosyjskie państwo. Był to zabieg mający ograniczyć skutki sankcji, ale nie rozwiązał fundamentalnego problemu politycznego ryzyka.’

Innymi słowy, ch.. bomki strzelił Putinowi i to jest dobra wiadomość!

Rzadko cytuję takie ściany tekstu, ale chciałam wam powiedzieć, moi drodzy, w górę serca, akurat przewrotnie TEN kretnizm może być dla nas dobry:D

Ale biedna ta Ameryka Płd. Wykorzystywana przez wszystkich, najpierw przez Europę, potem przez USA, a cały czas przez własne elity, które się oczywiście wywodzą z Europy. Wydaje się, że grzechem pierworodnym jest ogromna koncentracja ziemi i bogactwa przez post-kolonialne elity, to, co dało sie zrobić w Europie – parcelacja wielkich majątków, np reformy rolne w Polsce, Land League w Irlandii – zostało zablokowane w Ameryce Pld. No i monokulturowa gospodarka, paradoskalnie, ich żyzna ziemia i zasoby naturalne trzymają gospodarki w zacofaniu, bo zyski z uprawy monokulturowej latyfundiów są takie, że gospodarki nie muszą/nie chcą się modernizować. To jak XVII wieczna Polska i szlachta handlująca zbożem i wyciskająca wszystko co się da z pracy chłopa pańszczyźnianego. I ciągła tęsknota lewicowa, bohaterowie zbiorowej wyobraźni jak Che Guevara, który na szczęście umarł młodo, nie tak jak Castro, który niestety nie umarł odpowiednio wcześnie.

Ale muszę coś wiecej poczytać

A jutro wizyta w szpitalu, zobaczymy jak się zrasta i jakie są prognozy na przyszłość.

Jak przegrałam debatę

Poniedziałek zaczął się dobrze.

To znaczy nie dla wszystkich, bo Mo miała taką małą malutką nadzieję, że tutaj też tyle śniegu napada, że zamkną szkołę. Kazała mi sprawdzać prognozy pogody przed spaniem, a potem uczyłyśmy się prawdopodobienstwa (mamo, jaka jest SZANSA, że zamkną szkołę? 2%. Czyli zamkną??) …

…Pamiętam, że w dzieciństwie było to moje Wielkie Zimowe Marzenie, no i teraz wam oczywiście zazdroszczę! Ja wiem, że lawiny, że brak prądu, że zawalone dachy, ale takie małe dziecko we mnie nie może się napatrzeć na zdjęcia z Polski…

Niestety. Szansa była mała, a pobudka o 7.20 bolesna – ale nie dla mnie, bo ja się tylko przewróciłam na drugi bok, hehe. (Od paru dni Mo męczyła nas, żebyśmy zrobili TRENING wstawania o siódmej, nie udało się jej ani razu dobudzić nas przed 9.)

Ale poniedziałek zaczął się dobrze, bowiem się właśnie dowiedziałam, że jest szansa, że praca zapłaci mi pełną pensję przez trzy miesiące zwolnienia. Przyznam, że bardzo mnie to ucieszylo, bo kredyt, bo wydatki, bo gabinet, bo teraz leki, a zasiłek chorobowy w Irl wynosi dużo mniej, niż zarabiam. Spędzało mi to sen z powiek do tego stopnia, że wczoraj wieczorem wymyśliłam, że kupię sobie knee scooter

i będę śmigać do pracy, na te wykłady, na których muszę być osobiście.

Mi się tylko pukał w głowę i przewracał oczami.

Ale nie idę na zwolnienie w tym tygodniu, dopóki jeszcze nie muszę być w szkole. I tak mam eseje i prace licencjackie do sprawdzenia, przygotuję też trochę materiałów dla kogoś, kto przejmie na parę tygodni moje ukochane dziecko, nowy przedmiot o migracji. Nie chcę żeby mi go ktoś spartolił i uczył nie po linii partyjnej😁 bo to ja decyduję o czym będziemy rozmawiać na zajęciach. Ale muszę zostawić materiały w takim razie, bo sam se z głowy nie wyskrobie.

Południe, słońce dalej świeci. Na dworze badzo zimno. Napisałam do szefowej, zadzwoniłam do szpitala.

Nawet w dupie można się urządzić.

Tesco przyniosło zakupy.

Zaczęłam czytać książkę od syna, 1000 stron, chyba chciał, żeby mi starczyło na cały rok.

Mam parę filmów do obejrzenia, może się przekonam do współczesnego kina amerykańskiego (nie ma szans😁)

I prawie wygrałam debatę z koleżanką, która zawsze ma gorzej (nieee, spoko, na pewno nie jest złamana! Gdyby była złamana, to byś nie mogła w ogóle na niej stanąć! Jest złamana?? Ooo, ale nieee, pokaz zdjęcie, eeee, moja wyglądała o wiele gorzej! Spoko! Bedzie dobrze! Będziesz miała operację? Oooo, tooo nawet lepiej! ja bez operacji to musiałam mieć sześć tygodni w gipsie, żeby się zrosła! Bedziesz miała śruby? Eeee, zobaczysz, po tygodniu bedziesz mogła śmigać! Moj tato miał śruby i po tygodniu jeździł na nartach! Masz nogę w gipsie i będziesz miała drugą operację i nie wiadomo ile w gipsie???? (Ja: ale cieszę się, że nie jest tak źle, ty to miałaś ciężko!!!) Koleżanka: nieee no, dałam radę, tylko ta nuda siedzenia w domu mnie dobijała!

😆

Moja perspektywa

Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba…

Moj punkt widzenia, od dwóch tygodni

Takie piekne kolczyki mąż mi kupił w Porto. Trzy pary, ‚bo wiem, że gubisz i żebyś się martwiła ‚😅 (obrazeczek zimowy by Mo).

No i pierwsza książka skończona w 2026:

(Zamierzam zapisywać, bo najwyraźniej mam jakiś kompleks😆)

Dobra. Wywiad z nowojorskim psychoanalitykiem. Lata 70′, stara Freudowska szkoła, najbardziej konserwatywne myślenie o psychoanalizie, kiedy analitykiem mógł zostać tylko ktoś po studiach medycznych. I Nowy York😃Tweedy, okulary szylkretowe, kozetki i zimny, wycofany terapeuta. Krytyka innych szkół, jako tych, co niepotrzebnie odkrywaja koło (Kohut, Jung, Ferenczi, Adler, rozśmieszyli mnie ‚wyklęci Kleinisci’ – stare rany dalej bolą, hehe), troche dobrych słów o Winnicott’cie – ale jak nie powiedzieć dobrego słowa o gościu, który na swojej liście warunków koniecznych dla terapii, umieszcza punkty ‚analityk jest realnie obecny, żywy i oddychający’ oraz ‚analityk nie ulega zniszczeniu’. Pierwszy rozdział to wprowadzenie do teorii, trochę przynudnawe, ale potem dużo plotek o środowisku, o pacjentach, udanych i nieudanych terapiach, hierarchicznej organizacji, kasie i rywalizacji. Pomyślałyby kto, że terapeuci, tfu, przeanalizowani analitycy są od tego wolni😄 Kto zna środowisko, ten wie, że nie, co więcej, wyobrażanie sobie, że tak, to myślenie magiczne i dziecięce omnipotentne postrzeganie rodziców. Ale – jakby powiedział Giodano Bruno – a jednak się kręci.

Aaaa, i widzielismy La Jetee – pierwowzrór 12 Małp, ale to jest kino!

Jeszcze straszniejszy i jeszcze dziwniejszy. Francuskie i Brytyjskie filmy są tak dużo lepsze od Amerykańskich, że aż niemożliwe. Mam przesyt amerykańskim kinem, ten ich styl opowiadania, te maniery kulturowe, ten sposób zachowania, zawsze taki trochę ‚over the top’. Np Brytyjskie kino familijne Nativity! – niby to samo, co w setkach innych filmów, niby jakaś wersja świątecznego Kevina, a jednak broni się wdziękiem, niby sztampa, ale mniej sztampowa niż zwykle, i do tego te angielskie detale!

Dwie rzeczy

Po pierwsze kaczka

Dzisiejsza kaczka

Po drugie… umyłam sobie nogę! Takie akrobacje muszę wyczyniać, żeby się umyć, że codziennie tylko zęby, ręce,  twarz. Co trzy dni włosy i inne rzeczy, wiadomo. Ale nogi, moi drodzy, nogi są najtrudniejsze do mycia i dziś właśnie wymyśliłam, jak umyć sobie tę jedną zdrową stopę. Great success😄

A po trzecie, od wczoraj odstawiłam dragi przeciwbóle w dzień. Teraz tylko morfinka, tfu, kodeinka i panadolek w nocy, bo w dzień taka śnięta nie mogę być, już się zaczęłam zastanawiać, czy narkoza mi nie przepaliła reszty komórek mózgowych, czytam eseje i nic nie rozumiem. Już nie boli cały czas, czyli idzie ku dobremu. (Ale czeka mnie jeszcze jedna operacja 😭😭😭)