Wczoraj opłakiwałam utratę pacjenta (choć sprawa nie jest jeszcze do końca przesądzona), a dziś studenci mi zrobili niespodziankę i dostałam od nich BUKIET RÓŻ, bo tak się podobno ucieszyli że wróciłam. Ach, rozczulili mnie bardzo, no bo zobaczcie:

To chyba muszą mnie lubić, nie?
Niestety, bycie terapeutką jest zupełnie inne – wykładowca, a terapeuta to dwa różne światy. Jako wykładowca jesteś trochę aktorem, występujesz, rozśmieszasz, dyskutujesz, prowokujesz, czasem nakłaniasz, lub dajesz rady – jako terapeuta musisz się właśnie od tego wszystkiego powstrzymać. Jestes bardziej tłem, dostosowujesz się do pacjenta, starasz się go zrozumieć i pokazać mu alternatywne interpretacje, ale jest to bardziej NIErobienie, niż robienie, bardziej umiejętność siedzenia w ciszy, niż mówienie, bardziej pomieszczanie tego, co klient przynosi, niż występowanie. Są pewne wspólne elementy, na przykład umiejętność rozumienia drugiego człowieka, wczuwania się w to, czego człowiek sam nie wie i nie rozumie o sobie – i muszę powiedzieć, że trening terapeutyczny dał mi pewne narzędzia do pracy ze studentami, ale w obu zawodach jest się inaczej. Nie czuję się pewnie w gabinecie, w klasie przez kontrast czuję się bardzo wygodnie, wchodzę w rolę jak w wygodne ubranie, zakładane od dwudziestu lat, które znam na wylot, w tę i z powrotem. W gabinecie jestem niepewna, dopiero się uczę, staram się polegać na swojej intuicji, ale nigdy nie wiem, czy dobrze coś odczytuję. Zawsze mnie ciekawiło jak inni ludzie mają, dlaczego podejmują takie, a nie inne decyzje, dlaczego robią rzeczy wydawałoby się głupie i niebezpieczne, dlaczego głosują na PIS;D czy konfę, albo są bardzo religijni, sociologia mi częściowo na to odpowiedziała, ale teraz widzę to z drugiej strony i to jest bardzo ciekawe. Oba zawody są nieziemsko ciekawe, w obu człowiek się nie nudzi i musi się bezustannie rozwijać, czytać, być na bieżąco, ale praktyczne elementy bardzo się różnią.