Powrót

Po częstotliwości wpisów widać, że robię się zajęta.

Powrót do pracy udany, ale wiem, że to jeszcze taki luźny tydzień – w poniedziałek tylko jedna godzina, a wczoraj święto. Kiedy Irlandczycy szaleli w pubach i na paradach, ja się przygotowywałam na wykłady, ale pojechaliśmy też na słoneczny spacer do parku różanego. (W kawiarni odkrycie miesiąca – matcha!).

Obczaiłam dojazd autem do pracy i parking (dziś zabolało – 27 euro, coś spieprzyłam i maszyna nie uznała mi rabatu, a parking jest podobno częściowo sponsorowany przez pracę, no, ale wciąż taniej niż taxi!). Z parkingu mam 15 min na kulejącą piechotę, w budynku windy działają, w klasie mogę siedzieć na wysokim stołku przed komputerem, czyli wszystko dobrze. W poniedziałek byłam trochę skonfundowana, jakby mój umysł jeszcze nie zatrybił, co ja robię, że jestem w szkole, że wróciłam do pracy, ale już dzisiaj włączyła mi się automatyczna kontrola lotu i bardzo przyjemnie sobie spędziłam ze studentami czas, szczególnie drugi wykład.

A były cztery godziny pod rząd od rana, potem jeszcze godzinka w biurze, potem zobiłam małe zakupy, odebrałam Mo ze szkoły, przywiozłam do domu i zaczęłam robić obiad, bo dziecko głodne. I tak wyszło, nomen omen, siedem godzin na nogach, a raczej na nodze, a to już trochę dużo, muszę jednak uważać i nie przesadzać. Teraz leżę na sofie z nogą w górze, coby opuchlizna zeszła, muszę uważać i pamiętać, żeby ćwiczyć. Czy wiecie, że jak jest noga unieruchomina to nie tylko mięśnie zanikają, ale też naczynia krwionośne? I to wszystko wymaga czasu, żeby odrosnąć. I wymaga ruchu. A tak w ogóle to się dowiedziałam też, że organizm nie rejestruje bólu, tylko zmiany ciśnienia, stan zapalny tkanek, dotyk itp i to przekłada na subiektywne odczucie bólu. Więc jest możliwe, że po wypadku czy uszkodzeniu czegoś sobie mózg musi się ‚nauczyć’, że nie boli – subiektywnie może odczuwać ból, kiedy zmieniają się fizyczne parametry (np stawiamy stopę na ziemi), mimo, że obiektywnie nie ma żadnego zagrożenia. Takie ciekawostki sobie słucham, bo powiem wam, że chodzenia bez ortopedycznego buta nawet sobie nie wyobrażam, na razie boję się stanąć na tej stopie bez żadnej ochrony.

Padam. Spałam dość kiepsko, powrót do placówki to jednak mobilizacja i ta mobilizacja wpłynęła mi na sen, jakbym co chwila sprawdzała, czy to już? Czy trzeba już działać? Czy trzeba się sprężać?

W nocy wciągnęłam się w trylogię Edny O’Brian. Skończyłam The Country Girls, jestem w połowie The Lonely Girl. Seria o Irlandii wojennej i tuż powojennej, zdziwiłam się, że została wydana we wczesnych latach 60tych, O’Brian pisze w sposób bardzo współczesny i rzeczywiście ma się wrażenie, że bez niej nie byłoby ani Saly Rooney i Normalnych Ludzi, ani Anne Enright i The Gathering, ani Anne Burns i Mleczarza. O’Brian wyszarpała z literatury irlandzkiej przestrzeń, gdzie kobiety mogą tworzyć na równi z facetami, a niewątpliwie wymagało to odwagi. Rodzina się obraziła, w rodzinnej wsi była uznana za skandalistkę, a jej książki były w Irl zakazane i publicznie palone przez księży, co dzisiaj zadziwia, bo nie ma w tam nic szokującego ani pornograficznego (a szkoda, oczywiście:), jest tylko głęboka znajomość duszy ludzkiej i szczerość obserwacji. A na dodatek Edna jest jeszcze bardzo romantyczna, czuła, delikatna – jeślibym umiała opisać swoje uczucia z okresu kiedy miałam około siedemnastu lat, to myślę, że napisałabym coś bardzo podobnego. No i te smaczki kulturowe, kiedy spotykanie się z rozwiedzionym mężczyzną to grzech śmiertelny, a chlanie to kultura:

„To jest równie wielki grzech, że mój ojciec taki jest, jak to, że mężczyzna ma dwie żony” — powiedziałam księdzu, kiedy zostaliśmy sami.
„Dziwię się tobie” — odrzekł — „że mówisz tak o swoim dobrym ojcu. Każdy mężczyzna pije. To przez klimat”.
Jego brwi były krzaczaste, gdy się marszczył.