Nie pisałam, bo wsiąkłam w Alchemised. Kompletnie.
Pierwsze 500 stron to była męczarnia przez dwa miesiące, ostatnie 500 stron zabrało mi dwa dni, nie żartuję. Dawno nie miałam takiej gorączki książkowej, wiec jak ktoś lubi sci-fi albo fantazy z romansem – warto. Do tego psychologiczne mechanizmy naprawdę przekonujące, rzeczywistość rzeczywista, czyli szara, nie ma dobrych i złych ludzi, są ludzie dobrzy i źli równocześnie, świetnie oddane niebezpieczeństwo zbytniego idealizmu, wiary w bogów oraz wiary w naukę, no i oczywiście okropieństwa wojny i trauma. Styl taki trochę zbyt intesywnie emocjonalny na początku, ale potem przestał mnie denerwować. Bardzo mi to zaczęło współgrać z czytaną książką o traumie i ptsd, gdzie autorka pisze, że chcemy jak najszybciej zapomnieć o potwornościach, jako społeczeństwo i jako jednostka – wypieramy albo zaprzeczamy temu, co się wydarzyło. No i jak to każdy jest zdolny do potworności, czyli Hannah Arendt i banalność zła. Zwycięzcy piszą historię, a my się nigdy nie dogrzebiemy do prawdziwych bohaterów. I to wszystko w jednej książce fantazy;D
Na dworze wiatr zmian. Marzec jest obietnicą, a co może być piękniejszego niż obietnica?
Pachnie wiosną i wolnością i świeżą ziemią. Zawsze wpadam w wiosenne szaleństwo na początku marca, kiedyś ciągle po uszy zakochana nastolatka, szesnasto- czy piętnastoletnia, odurzona wiosną i urodzinami, włóczeniem się z chłopakami i dziewczynami i pierwszym piwem nad Odrą oraz pod kościołem Św. Marcina na Ostrowiu, ale to piwo to już później. Pierwszy alkohol to była cała szklanka whiskey wypita na Sylwestra w wieku 16 lat, myślałam sobie wtedy, że Hemingway mógł, to ja nie mogę?, ale fla mnie nie skończyło sie to dobrze, dla Hemingwaya zreszta też. I próby Dziadów w podziemiach najstarszego kościoła we Wroc, gdzie zaprowadził mnie chłopak, w którym byłam wtedy STRASZNIE zakochana. Do dziś pamiętam jego ksywkę, ale nie mogę się nią podzielić, bo nuż go ktoś rozpozna, albo on rozpozna mnie;) Napiszę tylko, że był bardzo wysoki i miał wiecznie rozczochrane ciemne włosy, a na osiemnastkę dostałam od niego balsam Nivea, wtedy sprowadzany z Niemiec i nie tak łatwo dostępny w Polsce.
Do dzisiaj zapach tego balsamu jest dla mnie jak magdalenka – wrzuca mnie od razu w młodość, durną i chmurną, i miłość, zawsze nieszczęśliwą w tamtym czasie. Byłam chuda jak szczapa, w szkole podstawowej miałam ksywkę ‚Szkieletor’, (na dzieci zawsze można liczyć:), byłam też przemądrzała i straszliwie oryginalna, to się chyba nazywa pretensjonalna, ech, nosiłam okularki lenonki, kapelusz dziadka i wielką, wojskową kurtkę w kolorze borowym, czyli zgniłozielonym. Nie wyglądałam w tym wszystkim najlepiej, a do tego czytałam science fiction i uwielbiałam Lema, słuchałam Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Wysockiego, do spółki z Demarczyk i Barbarą Rylską. A potem na szczęście zaczęły mi rosnąć cycki i odkryłam, że jednak jestem kobietą. I że mam piękne nogi, już nie chude patyczki. Ale to już późne liceum.
Po latach okazało się, że mój obecny mąż chodził z moją pierwszą wielką miłością do przedszkola i bardzo się przyjaźnili.





