Psycho-influencer

W końcu zabrałam się za sweterek, na razie robię i pruję, to mi się brzeg nie podoba, to przeskoczę oczko, no i nie jestem pewna jak wyjdzie, bo włóczka grubsza niż w oryginale, a moje przeliczenia nie zawsze działają. Oryginał to japoński wzór Zakkuri, już widać, że mój będzie zupełnie inny, ale miałobyć coś ciepłego, luźnego i trochę za dużego i będzie. W kolorze przybrudzony róż.

Zdjęcia są fatalnej jakości, niedoświetlone, ale przy sztormie Chandra czego się można spodziewać.

Obejrzeliśmy polecony przez Mataali Red Rocket, dobre, smutno-śmieszne kino. Portret 40 letniego niedojrzałego dzieciaka, który w ogóle nie dostrzega innych ludzi jako ludzi, a jedynie jako obiekty, które można użyć do własnych celów. I do tego ten Texas, rafinerie, domy z dykty, bogactwo i bieda. Smutne.

Powoli zaczynam być bardziej aktywna, noga już tak nie puchnie i nie boli i nie muszę ją cały czas trzymać w górze, więc czasem gdzieś przywiozę czy zawiozę Mo, jak wczoraj na muzykę. Raz w tygodniu jeżdżę też do gabinetu, a dojście o kulach te 100-200 metrów z parkingu do budynku już mnie nie przeraża, ale nadal marzę o kolankowym skuterze;)

Rozmyślam o pani pseudo-psycho-terapeutce, o które pisałam parę postów temu. Żeby nie pisać o czymś, o czym nie wiem nic, posłuchałam sobie paru jej wykładów, nie jest to nic nowego, ale rzeczywiście fajnie mówi, z wieloma rzeczami się zgadzam, wiele kwestii prosto wyjaśnia i fajnie ujmuje. Iksia mówi, że słucha jej od 10 lat i bardzo ją lubi.

Zastanawiam się zatem, jaki ja mam z tym problem, co MNIE drażni i powoduje, że nie mam ochoty jej słuchać. Kobieta ma swoje kanały na YT, pisze książki, ma oddane grono fanów – tak właśnie na nią trafiłam, moja bliska koleżanka jest jej zagorzałą fanką, właśnie czyta książkę o narcyzach. To, co ta pani mówi wydaje się mieć sens, a nawet jeśli trochę odbiega od obecnie obowiązujących teorii, to przecież ma prawo do swoich interpretacji, nie wiemy jeszcze wszystkiego o mechanizmach regulacji duszy ludzkiej, a wiedza sie rozwija.

No to czemu się czepiam?

Może jestem zazdrosna? Ha, pewno tak, oczywiście, przyznaję się 🙂 Też chciałabym mieć dom w Portugalii i być bogata.

Ale nie zamieniłabym się z tą panią, bo coś mi tutaj nie gra, coś mnie uwiera, coś zgrzyta, jak piasek między zębami i już wiem, że ja bym tak nie mogła zrobić, wróć, może mogłabym, ale bym nie chciała. Może chodzi o to, że osoba, która kłamie o swoich kwalifikacjach i wymyśla nieistniejące instytuty, żeby się jakoś uwiarygodnić równocześnie radzi innym, żeby się nie przejmować opinią innych ludzi i nie skupiać się tylko na ‚robieniu wrażenia’?

A może chodzi o to, że nadużywa swojego tytułu naukowego? Kiedy zostałam doktorem, powiedziano mi, że choć tytuł naukowy jest dożywotni, nie powinniśmy się nim posługiwać poza własną dziedziną – więc dla moich studentów jestem ‚panią doktor’, ale jako terapeutka nie będę ogłaszać się z dr przed nazwiskiem, bo sugeruje to kwalifikacje, których nie posiadam. I oczywiście jeszcze ta okropna kampania, która jest po pierwsze kłamstwem (nie ma żadnych takich badań), a po drugie zastrasza kobiety, które znalazły się w takim trudnym momencie swojego życia.

To wszystko to małe sprawy, drobiazgi, ale przez takie właśnie drobnostki człowiek traci zaufanie, szczególnie do kogoś, kto pozuje na mentora czy mistrza, czy nauczyciela dobrego życia. Albo  przedstawia się jako ‚psychoterapeuta’.

Bo psychoterapia zajmuje się ‚odkrywaniem PRAWDY’, jakkolwiek pompatycznie by to nie zabrzmiało. Prawdy subiektywnej i intersubiektywnej – o człowieku, o jego świecie wewnętrznym i o jego działaniu w rzeczywistości zewnętrznej, o jego relacjach z innymi ludźmi i o jego zdolności adaptowania się rzeczywistości.

Prawda jest dla rozwoju i zdrowia psychicznego zasadą podstawową, nawet taka, która bardzo boli, a może zwłaszcza taka. Oczywiście wiadomo, że jest to jakiś ideał, że nie mamy kontaktu z tym, jakie rzeczy są same w sobie itd. itp., nie będę tu wchodzić w filozofię, ontologię i epistemologię, ale prawda w czasie terapii jest jedną z podstawowych zasad organizujących pracę, na równi z empatią i wsparciem emocjonalnym. Rola terapeuty czasie sesji i cały jego trening właściwie obraca się wokół prawdy i tego, jak ją przekazać w sposób empatyczny i skuteczny. Staramy się podchodzić do rzeczywistości (w tym symbolicznej) bez ucieczki, bez zniekształcania, bez upiększeń. Nigdy nie można kłamać, można pacjentowi/klientowi czegoś w danej chwili nie mówić, ale w żadnym wypadku nie można mówić nieprawdy – ani żeby pocieszyć, ani, żeby ochronić. Terapeuta stara się być świadomy swoich uczuć, tego, czy ktoś go wkurza czy nudzi, ćwiczy się również w odróżnianiu własnych uczuć (przeciwprzeniesienie) od uczuć pacjenta (przeniesienie), jego rolą jest zrozumieć w jaki sposób wewnętrzne mechanizmy psychiczne u tego właśnie człowieka są dysfunkcyjne, zakrzywiają rzeczywistość, sprawiają, że nie widzi on siebie jakim się jawi innym, albo jaki jest dla siebie, ani innych ludzi. Ale żeby to dostrzec, trzeba zacząć od siebie. Właśnie dlatego terapeuci mają terapię własną oraz korzystają z superwizji, choć oczywiście nie zawsze te wbudowane mechanizmy instytucjonalne działają i zdarzają się też oszuści (haha, i to ilu!). Ale terapia własna to nie jest kurs ustawień, ani neurofeedbacku, ani warsztaty jogi. Jest to upierdliwa, powolna praca w relacji z drugą osobą, bo każdy z nas ma swoje własne klapki na oczach i blind spoty. Ale nie ma nic bardziej odrzucającego, niż wyczuwalny fałsz.

A umiejętność, czy raczej zdolność do zobaczenia i akceptacji prawdy, nawet najbardziej bolesnej, to podstawa zdrowia psychicznego i odpowiednio – zakłamanie czy odrzucanie jakiś fragmentów rzeczywistości, czy własnego self, prowadzi do zaburzeń, od zwykłych, codziennych błędów poznawczych, względnie mało szkodliwych, poprzez tendencje narcystyczne czy obsesyjne, aż do skrajnych postaci (nieświadomego) zakłamania odbioru i przetwarzania bodźców ze zmysłów w postaci halucynacji czy omamów, które są zniekształceniem postrzegania rzeczywistości zewnętrznej, gdy nie zgadza się ona z naszą ideą wewnętrzną.

Rozwój psychiczny – czy też poprawę funkcjonowania – można mierzyć właśnie większą tolerancją prawdy, rzeczywistości, życia, niezależnie jak bolesnego.

I jeśli ktoś tak świadomie jak ta pani wybiera mijanie się z prawdą, w takich naprawdę drobiazgach jak kwalifikacje, to jak mogę mieć do tej osoby zaufanie? Jak mogę wierzyć w to, co mówi? A trzeba mieć zaufanie do kogoś, kto grzebie nam w duszy. Kwestie etyczne to nie poboczne sprawy, jak w może w innych obszarach, tylko rzecz absolutnie centralna w psychoterapii. I tak już dużo się w człowieku dzieje nieświadomie, dużo przed sobą ukrywamy i chowamy, sami siebie i innych zawsze trochę okłamujemy nieświadomie. Oczywiście, może być tak, że u tej pani to po prostu wtopa, jedna i druga – każdy z nas przecież robi w życiu różne głupie rzeczy. Ok, rozumiem, nie potępiam, ale moim nauczycielem już nie będzie.

W nauce buduje się wiarygodność poprzez dokładne przedstawianie metodologii i wyników badań, referencji, czy dowodów zebranych przez innych badaczy, które wspierają albo obalają idee, w psychoterapii jest dużo trudniej, zbieranie dowodów jest niezmiernie powolne, metodologia ma zupełnie inny kształt i horyzont czasowy – odsianie prawdy od plew trwa dziesięciolecia i jest to proces niezmiernie upierdliwy, bo bardzo trudno kontroluje się zmienne w procesie terapeutycznym, potrzebne są inne metody niż w klasycznej psychologii. Różne idee wobec tego się eksploruje równocześnie przez dłuższy czas, zanim można w miarę ocenić gdzie to ziarnko prawdy jest pogrzebane, a w tym właśnie międzyczasie dobrostan psychiczny i rozwój duchowy to pole działalności guru, coachów, trenerów, szamanów czy innych wolnych duchów. I bardzo dobrze, niech rozciągają horyzont tego, co wiemy o duszy ludzkiej. Ale jak się ich przyłapie na kłamstwie, to nie ma zmiłuj. To tak, jakby się przyłapało naukowca na ukrytych powiązaniach z big farmą – dobrego imienia nie da się odzyskać.

Oczywiście wzięłam sobie tę panią na tapetę jako przykład, bo w necie jest mnóstwo jest różnych coachów, mistrzów, mówców motywacyjnych, prawdopodobnie dużo gorszych, czy nawet psychologów, którzy mają dużą motywację do pomagania, głównie pieniężną, ale ich wiedzy nie sposób ocenić.