Skończyłam Elegię i mam przemyślenia.
Książka jest dobrze napisana i (dla mnie) bardzo ciekawa z dwóch powodów. Po pierwsze, jest o mojej ulubionej części populacji amerykańskiej, tzw. białej biedocie. Było wprawdzie już trochę socjologicznych i reporterskich tekstów, np. White Trash Nancy Isenberg, albo pozycje LeDuffa, ale JD Vance ma tę przewagę, że jest to jego osobiste doświadczenie – to jest książa o świecie, z którego Vance pochodzi. I to jest właśnie drugi powód, dlaczego książkę się fajnie czyta – oprócz socjologicznej panoramy (znam lepsze), dostarcza spojrzenia od wewnątrz, realistycznych opisów psychologicznych mechanizmów przetrwania w takim środowisku.
Książka ma jedną oczywistą wadę, bo wiadomo, że nie wiadomo, na ile jest pisana pod publikę, jako wprawka z PR, czyli na ile Vance postanowił, że sam narzuci narrację i wypierze swoje brudy publicznie, a nie będzie czekać, aż ktoś wyciagnie mu matkę narkomanę, na przykład. I jeśli jest to pisane z takim zamiarem, co możliwe, bo JD jest inteligentnym i ambitnym gościem, to nie wiemy, co jest przemilczane, co jest odpowiednio podkręcone, a co jest lekko przekręcone. Ale wciąż zawiera fantastyczny zbiór sociologicznych obserwacji, a w dodatku pozwala zrozumieć zachowanie Vanca na przykład na słynnym spotkaniu z Zełeńskim. Vance był dzieckiem wychowanym w bardzo, powiedzmy, trudnym domu i jak sam pokazuje, odruch ‚fight or flight’ to jego pierwsza reakcja na JAKIKOLWIEK konflikt. Jest impulsywny i przemocowy i choć, jak twierdzi, pracuje nad sobą, to w sytuacji stresowej, czyli na przykład tam, gdzie gra toczy się o wysoką stawke, zachowuje się jak buldog. I nie ma co oczekiwać, że się zachowa inaczej, bo to jest wzorzec, który się uruchamia jeszcze przed świadomą refleksją, do czego sam się otwarcie przyznaje. Myślę, Vance zdradza tu więcej niż by chciał – ale nie wiem, czy film oddaje tę jego gotowość do przemocy, ktora jednak sie przewija w książce.
Vance pisze o ludziach, którzy od zawsze w USA byli biedotą. Przez krótki okres, w złotych latach 50 i 60 tych, mogli się trochę z tego wyrwać, bo kiedy rozkwitł powojenny przemysł, wielu dostało pracę np. w świetnie prosperujących fabrykach samochodów, ale trochę później, zanim jeszcze zdołali zbudować nowe wzorce kulturowe w oparciu o bezpieczeństwo ekonomiczne, znowu się w tę biedę osunęli. I tak zostali z tymi swoimi bliskimi więziami w rodzinach wielopokoleniowych, tradycyjnie pojmowanym honorem, gotowością do użycia przemocy w obronie własnej i defaultową paranoją i podejrzliwością, bo nigdy nie mogli liczyć na nikogo innego, oprócz siebie, a jak nic nie masz, to nie bardzo możesz sobie pozwolić, żeby ci jeszcze cokolwiek zabrali, a już zwłaszcza honor.
Książka naprawdę dobrze pokazuje jak pewna postawa, pewne psychologiczne nastawienie jest związane z konkretną pozycją ekonomiczno-społeczną, Vance świetnie to opisuje, bo to jego swiat, bo sam to przeżył. Uzależnienie matki też się jakoś wspisuje w tę narrację, bo jeśli człowiek w dzieciństwie doświadczył takiej przemocy jest bardziej skłonny wybrać ukojenie w narkotykach. I znowu, uzależnienie matki wydaje się centralne dla filmu, ale ten zabieg moze upraszczac upraszcza i spłaszczać tę historię pozbywając się tego, co w niej jest najbardziej wartościowe – czyli całego szerszego tła społecznego.
Oscar Lewis swego czasu ukuł nazwę kultura biedy, ale ja nie lubię tego pojęcia, bo zaraz jest wykorzystywane do udowodniania, że biedni sami są sobie winni, bo mają taką kulturę. A sednem jest to, że kultura biedy jest dostosowaniem do biedy środowiska, jest odpowiedzią na warunki, tak jak charakter człowieka jest (do pewnego stopnia) odpowiedzią na warunki w rodzinie. Myślę, że jest coś takiego, jak charater biedaka, czyli pewny psychologiczny konstrukt, który się kształtuje w odpowiedzi na deprywację, szczególnie wczesną, a ten rys charakterologiczny niepokojąco przypomina osobowość borderline. Psychologowie dopiero od całkiem niedawna zaczęli się zajmować tematem psychologii biedy, wiadomo już, że człowiek biedny głupieje i to aż o 13 punktów IQ, wiadomo, że przez to podejmuje głupie decyzje, które nie pozwalają mu się z biedy wyrwać, albo wręcz dodatkowo go wpędzają w jeszcze większy niedostatek. Nawet, jak człowiek trochę się wzbogaci, to konstrukty psychiczne zostają i zakorzeniona w nich kultura, bo wbrew pozorom mało co się zmienia tak wolno, jak rzeczy niematerialne 🙂
Vance do pewnego stopnia to widzi – pisze na przykład o cenie, jaką się płaci za mobilność społeczną, pisze o swoich problemach z wyuczonymi reakcjami na konfliktowe sytuacje o czym już wspomniałam, pisze o kapitale społecznym, który jest z jednej strony jak woda w której pływają elity, a z drugiej jak beton dla ludzi z dołów społecznych. Równocześnie, ponieważ on sam się wydobył z biedy i beznadziei, trochę dzięki szczęściu, trochę dzięki sile swojego charakteru, nie zauważa tego szerszego kontekstu: nie widzi, że ta bieda jest nierozerwalnie związana z coraz bardziej szalonymi nierównościami w USA i postrzeganiem sukcesu coraz bardziej wyłącznie w kategoriach materialnych i indywidualnych, jako bezpośrednią oznakę tego, czy ktoś jest, czy nie jest wartościowy. Oraz z kulturowo zakorzenioną pogardą dla tych, którym się nie udało, przy równocześnie rosnących barierach osiągnięcia sukcesu. Vance popełnia błąd generalizacji – ponieważ JEMU się udało, to każdemu może się udać, choć przyznać trzeba, że czasami widzi, że miał jednak szczęście.
Rozdział najbardziej płaski, jak już wspomniałam wcześniej, to ten o woju, bo wojo dobre na wszystko, pojechał sobie Vance do Iraku i tam poznał prawdziwe braterstwo i poświęcenie, oraz nauczył się od siebie wymagać, co dało mu superpower, w skrócie. Mam wrażenie, że coś o tym wojsku ukrywa, coś tam jest pod tym ładnym obrazkiem, jakiś szkielet siedzi w szafie, ale to w sumie oczywiste. Myślę, że został uwiedziony przez wojsko, bo tam też przemoc i honor. Widać też, jak Vance skręca w prawo, w stronę rodziny i tradycji oraz naśladowania elit, które jednak idealizuje – bo elity to ludzie, którzy wiedzą, jak odnieść sukces, zatem wszyscy powinniśmy z nich brać przykład.
Ale najbardziej mnie martwi Vanca stosunek do przemocy, bo jest to coś, z czym wyraźnie do dzisiaj ma problem i niedobrze to wróży dla świata.
Elegia dla Bidoków JD Vance