Ach, to był świetny pomysł, żeby pojechać na zajęcia! Osiem godzin na tyłku było wprawdzie fizycznym wyzwaniem, głupio mi było również trochę, że robię taki szoł, bo przyszłam ze swoim kocykiem i podusią i rozłożyłam się na podłodze, ale tylko trochę, bo ja jestem zwierzę teatralne, więc raczej lubię zwracać na siebie uwagę, ale poczułam się zaopiekowana przez grupę i każdego z osobna, przysuwali mi krzesła, podawali czekoladki, na przerwie przynieśli kawkę owsianą z Czarnej, a po zajęciach wzięli wszystkie wszystkie moje bambetle i odprowadzili mnie do samochodu.
A zajęcia były fascynujące. Pięć godzin omawiania przypadków, swoich klientów i nieswoich, przykładów z literatury przedmiotu, dyskusje co to może znaczyć, a co tamto może znaczyć i co to może nie znaczyć, łączenia z teorią i różnymi nurtami, koncepcje, skojarzenia, argumenty, rady.
Zajęcia prowadził wykładowca z psychologii i psychoterapii, doktor psychologii klinicznej, który łączy naukowe podejście ze sztuką psychoterapii. Skakaliśmy z tematu na temat, od diagnoz po technikalia i dawno nie czułam się tak żywa.
(Może to dlatego, że po raz pierwszy od miesiąca wyszłam z domu gdzieś indziej niż do szpitala, no, oprócz restauracji ostatnio, ale to było po szpitalu, więc zaliczam do szpitalnego dnia.
A na koniec proces grupowy, czyli pełna drama😆
Chciałam tu napisać, dopóki jeszcze jestem pod wrażeniem, dopóki jestem zaczarowana, zafascynowana, podekscytowana. Żeby pamiętać, kiedy będzie ciężko (a będzie). Wypadek, i przez chwilę niepewność, czy będę mogła kontynuować, albo może raczej nagłe zdanie sobie sprawy, że mogłoby mi to zostać przez los odebrane, uświadomiło mi, że to jest coś ogromnie dla mnie ważnego. (Każdy ma swój narkotyk).

(Wczoraj oglądałam operacje ORIF i OREF na youtubie, jeśli nie mogę zostać chirurgiem, to to jest drugi najlepszy zawód).
(Zanim poczytałam, co się stało, naprodukowalam się u Teatru o pani z angielskiego 🙈🙊)