Psycho-influencer

W końcu zabrałam się za sweterek, na razie robię i pruję, to mi się brzeg nie podoba, to przeskoczę oczko, no i nie jestem pewna jak wyjdzie, bo włóczka grubsza niż w oryginale, a moje przeliczenia nie zawsze działają. Oryginał to japoński wzór Zakkuri, już widać, że mój będzie zupełnie inny, ale miałobyć coś ciepłego, luźnego i trochę za dużego i będzie. W kolorze przybrudzony róż.

Zdjęcia są fatalnej jakości, niedoświetlone, ale przy sztormie Chandra czego się można spodziewać.

Obejrzeliśmy polecony przez Mataali Red Rocket, dobre, smutno-śmieszne kino. Portret 40 letniego niedojrzałego dzieciaka, który w ogóle nie dostrzega innych ludzi jako ludzi, a jedynie jako obiekty, które można użyć do własnych celów. I do tego ten Texas, rafinerie, domy z dykty, bogactwo i bieda. Smutne.

Powoli zaczynam być bardziej aktywna, noga już tak nie puchnie i nie boli i nie muszę ją cały czas trzymać w górze, więc czasem gdzieś przywiozę czy zawiozę Mo, jak wczoraj na muzykę. Raz w tygodniu jeżdżę też do gabinetu, a dojście o kulach te 100-200 metrów z parkingu do budynku już mnie nie przeraża, ale nadal marzę o kolankowym skuterze;)

Rozmyślam o pani pseudo-psycho-terapeutce, o które pisałam parę postów temu. Żeby nie pisać o czymś, o czym nie wiem nic, posłuchałam sobie paru jej wykładów, nie jest to nic nowego, ale rzeczywiście fajnie mówi, z wieloma rzeczami się zgadzam, wiele kwestii prosto wyjaśnia i fajnie ujmuje. Iksia mówi, że słucha jej od 10 lat i bardzo ją lubi.

Zastanawiam się zatem, jaki ja mam z tym problem, co MNIE drażni i powoduje, że nie mam ochoty jej słuchać. Kobieta ma swoje kanały na YT, pisze książki, ma oddane grono fanów – tak właśnie na nią trafiłam, moja bliska koleżanka jest jej zagorzałą fanką, właśnie czyta książkę o narcyzach. To, co ta pani mówi wydaje się mieć sens, a nawet jeśli trochę odbiega od obecnie obowiązujących teorii, to przecież ma prawo do swoich interpretacji, nie wiemy jeszcze wszystkiego o mechanizmach regulacji duszy ludzkiej, a wiedza sie rozwija.

No to czemu się czepiam?

Może jestem zazdrosna? Ha, pewno tak, oczywiście, przyznaję się 🙂 Też chciałabym mieć dom w Portugalii i być bogata.

Ale nie zamieniłabym się z tą panią, bo coś mi tutaj nie gra, coś mnie uwiera, coś zgrzyta, jak piasek między zębami i już wiem, że ja bym tak nie mogła zrobić, wróć, może mogłabym, ale bym nie chciała. Może chodzi o to, że osoba, która kłamie o swoich kwalifikacjach i wymyśla nieistniejące instytuty, żeby się jakoś uwiarygodnić równocześnie radzi innym, żeby się nie przejmować opinią innych ludzi i nie skupiać się tylko na ‚robieniu wrażenia’?

A może chodzi o to, że nadużywa swojego tytułu naukowego? Kiedy zostałam doktorem, powiedziano mi, że choć tytuł naukowy jest dożywotni, nie powinniśmy się nim posługiwać poza własną dziedziną – więc dla moich studentów jestem ‚panią doktor’, ale jako terapeutka nie będę ogłaszać się z dr przed nazwiskiem, bo sugeruje to kwalifikacje, których nie posiadam. I oczywiście jeszcze ta okropna kampania, która jest po pierwsze kłamstwem (nie ma żadnych takich badań), a po drugie zastrasza kobiety, które znalazły się w takim trudnym momencie swojego życia.

To wszystko to małe sprawy, drobiazgi, ale przez takie właśnie drobnostki człowiek traci zaufanie, szczególnie do kogoś, kto pozuje na mentora czy mistrza, czy nauczyciela dobrego życia. Albo  przedstawia się jako ‚psychoterapeuta’.

Bo psychoterapia zajmuje się ‚odkrywaniem PRAWDY’, jakkolwiek pompatycznie by to nie zabrzmiało. Prawdy subiektywnej i intersubiektywnej – o człowieku, o jego świecie wewnętrznym i o jego działaniu w rzeczywistości zewnętrznej, o jego relacjach z innymi ludźmi i o jego zdolności adaptowania się rzeczywistości.

Prawda jest dla rozwoju i zdrowia psychicznego zasadą podstawową, nawet taka, która bardzo boli, a może zwłaszcza taka. Oczywiście wiadomo, że jest to jakiś ideał, że nie mamy kontaktu z tym, jakie rzeczy są same w sobie itd. itp., nie będę tu wchodzić w filozofię, ontologię i epistemologię, ale prawda w czasie terapii jest jedną z podstawowych zasad organizujących pracę, na równi z empatią i wsparciem emocjonalnym. Rola terapeuty czasie sesji i cały jego trening właściwie obraca się wokół prawdy i tego, jak ją przekazać w sposób empatyczny i skuteczny. Staramy się podchodzić do rzeczywistości (w tym symbolicznej) bez ucieczki, bez zniekształcania, bez upiększeń. Nigdy nie można kłamać, można pacjentowi/klientowi czegoś w danej chwili nie mówić, ale w żadnym wypadku nie można mówić nieprawdy – ani żeby pocieszyć, ani, żeby ochronić. Terapeuta stara się być świadomy swoich uczuć, tego, czy ktoś go wkurza czy nudzi, ćwiczy się również w odróżnianiu własnych uczuć (przeciwprzeniesienie) od uczuć pacjenta (przeniesienie), jego rolą jest zrozumieć w jaki sposób wewnętrzne mechanizmy psychiczne u tego właśnie człowieka są dysfunkcyjne, zakrzywiają rzeczywistość, sprawiają, że nie widzi on siebie jakim się jawi innym, albo jaki jest dla siebie, ani innych ludzi. Ale żeby to dostrzec, trzeba zacząć od siebie. Właśnie dlatego terapeuci mają terapię własną oraz korzystają z superwizji, choć oczywiście nie zawsze te wbudowane mechanizmy instytucjonalne działają i zdarzają się też oszuści (haha, i to ilu!). Ale terapia własna to nie jest kurs ustawień, ani neurofeedbacku, ani warsztaty jogi. Jest to upierdliwa, powolna praca w relacji z drugą osobą, bo każdy z nas ma swoje własne klapki na oczach i blind spoty. Ale nie ma nic bardziej odrzucającego, niż wyczuwalny fałsz.

A umiejętność, czy raczej zdolność do zobaczenia i akceptacji prawdy, nawet najbardziej bolesnej, to podstawa zdrowia psychicznego i odpowiednio – zakłamanie czy odrzucanie jakiś fragmentów rzeczywistości, czy własnego self, prowadzi do zaburzeń, od zwykłych, codziennych błędów poznawczych, względnie mało szkodliwych, poprzez tendencje narcystyczne czy obsesyjne, aż do skrajnych postaci (nieświadomego) zakłamania odbioru i przetwarzania bodźców ze zmysłów w postaci halucynacji czy omamów, które są zniekształceniem postrzegania rzeczywistości zewnętrznej, gdy nie zgadza się ona z naszą ideą wewnętrzną.

Rozwój psychiczny – czy też poprawę funkcjonowania – można mierzyć właśnie większą tolerancją prawdy, rzeczywistości, życia, niezależnie jak bolesnego.

I jeśli ktoś tak świadomie jak ta pani wybiera mijanie się z prawdą, w takich naprawdę drobiazgach jak kwalifikacje, to jak mogę mieć do tej osoby zaufanie? Jak mogę wierzyć w to, co mówi? A trzeba mieć zaufanie do kogoś, kto grzebie nam w duszy. Kwestie etyczne to nie poboczne sprawy, jak w może w innych obszarach, tylko rzecz absolutnie centralna w psychoterapii. I tak już dużo się w człowieku dzieje nieświadomie, dużo przed sobą ukrywamy i chowamy, sami siebie i innych zawsze trochę okłamujemy nieświadomie. Oczywiście, może być tak, że u tej pani to po prostu wtopa, jedna i druga – każdy z nas przecież robi w życiu różne głupie rzeczy. Ok, rozumiem, nie potępiam, ale moim nauczycielem już nie będzie.

W nauce buduje się wiarygodność poprzez dokładne przedstawianie metodologii i wyników badań, referencji, czy dowodów zebranych przez innych badaczy, które wspierają albo obalają idee, w psychoterapii jest dużo trudniej, zbieranie dowodów jest niezmiernie powolne, metodologia ma zupełnie inny kształt i horyzont czasowy – odsianie prawdy od plew trwa dziesięciolecia i jest to proces niezmiernie upierdliwy, bo bardzo trudno kontroluje się zmienne w procesie terapeutycznym, potrzebne są inne metody niż w klasycznej psychologii. Różne idee wobec tego się eksploruje równocześnie przez dłuższy czas, zanim można w miarę ocenić gdzie to ziarnko prawdy jest pogrzebane, a w tym właśnie międzyczasie dobrostan psychiczny i rozwój duchowy to pole działalności guru, coachów, trenerów, szamanów czy innych wolnych duchów. I bardzo dobrze, niech rozciągają horyzont tego, co wiemy o duszy ludzkiej. Ale jak się ich przyłapie na kłamstwie, to nie ma zmiłuj. To tak, jakby się przyłapało naukowca na ukrytych powiązaniach z big farmą – dobrego imienia nie da się odzyskać.

Oczywiście wzięłam sobie tę panią na tapetę jako przykład, bo w necie jest mnóstwo jest różnych coachów, mistrzów, mówców motywacyjnych, prawdopodobnie dużo gorszych, czy nawet psychologów, którzy mają dużą motywację do pomagania, głównie pieniężną, ale ich wiedzy nie sposób ocenić.

Trzeba na spontanie, drogie panie

Sztorm, całkiem adekwatnie nazwany w zgodzie z powszechnym styczniowym stanem ducha – Chandra – przetoczył się przez wyspę i podtopił parę miasteczek i całkiem dużo dróg. Zatopił garaż mojego klienta, wraz z samochodem, więc wczoraj sesja odwołana, oraz prawdopodobnie obluzował nam dachówkę, albo dokończył robotę jego sióstr i braci i wieczorem zauważyliśmy niestety plamę na suficie, cholera by to wzięła, będziemy musieli wołać dekarza.

Wciągnęłam się znowu w literaturę fachową, tym razem Psychic Equilibrium and Psychic Change Betty Joseph. Bardzo dobre, ale ciągle jeszcze mnie wprawia w osłupienie język, którego używają ci starzy psychoanalitycy, oczywiście wiem, że są to do pewnego stopnia metafory na opisanie rzeczy, które są trudno opisywalne, bo przecież ‚seksualność dziecięca’ to nie to samo, co rozumie się pod hasłem ‚seksualność’, ale nie wyobrażam sobie powiedzenia klientowi ‚sen sugeruje, że boi się pan przerwy światecznej, kiedy będę dla pana zamkniętym barem, więc od razu angażuje się pan w seksualne relacje z mężczyznami, których postrzega pan jako bar otwarty, pełen możliwości masturbacji i seksualnej gratyfikacji’, a to jest jeszcze delikatna interpretacja i mały pikuś w porównaniu z innymi tekstami;D

Wczoraj byłam już w drodzie, kiedy dostałam wiadomość, że klient nie da rady przyjechać i mignęła mi myśl, żeby sobie pojechać do parku, bo skoro i tak już jestem w samochodzie, to czemu nie, potem zgasiłam tę myśl drugą myślą, że to bez sensu, że pojadę do parku i co? posiedzę sobie w samochodzie? no super fajnie, stracę godzinę albo więcej, wypalę niepotrzebnie benzyny, co za głupi pomysl, mójboze, a to przecież nie lot na Jamajkę, tylko pojechanie na godzinkę do parku! Na szczęście na rozstaju dróg moja spontaniczna część osobowości przejęła kontrolę nad kierownicą i skręciła zamiast w lewo, do domu, w prawo, do największego miejskiego parku Europy.

I tak znalazłam się w samym środku zieloności, pod słynnym krzyżem papieskim, gdzie swego czasu milion Irlandczyków witało papę Johna Paula 2nd. (To, że John Paul to jedne z najbardziej popularnych imion w moim pokoleniu to oczywiste, ale ostatnio spotkaliśmy pana fizjoterapeutę w szpitalu, 100% Irish, o imieniu Karol:).

Najpierw było tak
A potem tak
Lokalne podtopienia

Po drodze na przemian lało jak z cebra i wychodziło słońce, w aucie słuchałam sobie wywiadu z bardzo ciekawym gościem, czasem się trafi na taką rozmowę, po której się w głowie dużo układa. Leon Hoffman, psychiatra dziecięcy i pscychoanalityk pokazuje, jak można rozumieć Freudowskie obrony na poziomie neurobiologicznym i jak się pracuje z dziećmi w kontekście takiego rozumienia. Bardzo fajnie opowiada o regulacji emocjonalnej, która może być ‚explicit’, czyli na poziomie świadomości, albo ‚implicit’, czyli jakby przed-świadoma, na poziomie nieświadomości. Na przykład kiedy łamiemy nogę i przez chwilę wydaje się nam, że wszystko się wali, ale mówimy sobie tak ‚to tylko noga, zrośnie się za trzy miesiące, za to będę mogła sobie leżeć w łóżeczku i czytać książki, będę mogła słuchać sobie ciekawych rzeczy, damy radę!’ (re-appraisal), albo mówimy sobie tak ‚nic się nie stało, wszystko będzie dobrze, nie ma co się tak przejmować, uspokój się!’ (suppression) – to są to przykłady dwóch sposobów na świadomą, czyli ‚explicit’ regulację. Ale człowiek ma jeszcze wbudowany bardziej ‚prymitywny’ mechanizm regulacji na poziomie neurologicznym, poza świadomością, kiedy od razu włącza się nam np. fight or flight , albo jakiś inny impuls, który zaczyna działać zanim zdążymy o nim pomyśleć. I te właśnie ‚implicit’ reakcje to są mniej więcej Freudowskie obrony, których nie jesteśmy świadomi, mówi Hoffmann. Bardzo ciekawie o tym opowiada, jak na przykład podczas terapii, kiedy dziecko zaczyna być konfrontowane z bolesnymi uczuciami, nagle chce mu się siusiu i idzie do toalety, albo zaczyna pluć na terapeutę. Właśnie o tym fight or flight pisałam w kontekście JD Vanca w poście poniżej, bo choć każdy z nas tak się zachowuje od czasu do czasu, kiedy zwala się na nas za dużo, niektórzy mają jedną nóżkę bardziej – a to jest duży problem, kiedy to jest nasza defaultowa reakcja na każdy stres czy bolesną sytuację i kiedy nie potrafimy z tego wyjść.

W parku sobie posiedziałam, posłuchałam, porobiłam na drutach, pogadałam z bratem, a potem nawet poszłam na spacer. Było cudownie.

Muszę częsciej słuchać tej spontanicznej części Innegogłosu.

(I teraz pytanie – co jest defaultową, ‚implicit’ reakcją – spontaniczne szaleństwo czy nudziarskie marudzenie, które utrąca wszelkie fajne pomysły?).

Styczniowa Elegia

Skończyłam Elegię i mam przemyślenia.

Książka jest dobrze napisana i (dla mnie) bardzo ciekawa z dwóch powodów. Po pierwsze, jest o mojej ulubionej części populacji amerykańskiej, tzw. białej biedocie. Było wprawdzie już trochę socjologicznych i reporterskich tekstów, np. White Trash Nancy Isenberg, albo pozycje LeDuffa, ale JD Vance ma tę przewagę, że jest to jego osobiste doświadczenie – to jest książa o świecie, z którego Vance pochodzi. I to jest właśnie drugi powód, dlaczego książkę się fajnie czyta – oprócz socjologicznej panoramy (znam lepsze), dostarcza spojrzenia od wewnątrz, realistycznych opisów psychologicznych mechanizmów przetrwania w takim środowisku.

Książka ma jedną oczywistą wadę, bo wiadomo, że nie wiadomo, na ile jest pisana pod publikę, jako wprawka z PR, czyli na ile Vance postanowił, że sam narzuci narrację i wypierze swoje brudy publicznie, a nie będzie czekać, aż ktoś wyciagnie mu matkę narkomanę, na przykład. I jeśli jest to pisane z takim zamiarem, co możliwe, bo JD jest inteligentnym i ambitnym gościem, to nie wiemy, co jest przemilczane, co jest odpowiednio podkręcone, a co jest lekko przekręcone. Ale wciąż zawiera fantastyczny zbiór sociologicznych obserwacji, a w dodatku pozwala zrozumieć zachowanie Vanca na przykład na słynnym spotkaniu z Zełeńskim. Vance był dzieckiem wychowanym w bardzo, powiedzmy, trudnym domu i jak sam pokazuje, odruch ‚fight or flight’ to jego pierwsza reakcja na JAKIKOLWIEK konflikt. Jest impulsywny i przemocowy i choć, jak twierdzi, pracuje nad sobą, to w  sytuacji stresowej, czyli na przykład tam, gdzie gra toczy się o wysoką stawke, zachowuje się jak buldog. I nie ma co oczekiwać, że się zachowa inaczej, bo to jest wzorzec, który się uruchamia jeszcze przed świadomą refleksją, do czego sam się otwarcie przyznaje. Myślę, Vance zdradza tu więcej niż by chciał – ale nie wiem, czy film oddaje tę jego gotowość do przemocy, ktora jednak sie przewija w książce.

Vance pisze o ludziach, którzy od zawsze w USA byli biedotą. Przez krótki okres, w złotych latach 50 i 60 tych, mogli się trochę z tego wyrwać, bo kiedy rozkwitł powojenny przemysł, wielu dostało pracę np. w świetnie prosperujących fabrykach samochodów, ale trochę później, zanim jeszcze zdołali zbudować nowe wzorce kulturowe w oparciu o bezpieczeństwo ekonomiczne, znowu się w tę biedę osunęli. I tak zostali z tymi swoimi bliskimi więziami w rodzinach wielopokoleniowych, tradycyjnie pojmowanym honorem, gotowością do użycia przemocy w obronie własnej i defaultową paranoją i podejrzliwością, bo nigdy nie mogli liczyć na nikogo innego, oprócz siebie, a jak nic nie masz, to nie bardzo możesz sobie pozwolić, żeby ci jeszcze cokolwiek zabrali, a już zwłaszcza honor.

Książka naprawdę dobrze pokazuje jak pewna postawa, pewne psychologiczne nastawienie jest związane z konkretną pozycją ekonomiczno-społeczną, Vance świetnie to opisuje, bo to jego swiat, bo sam to przeżył. Uzależnienie matki też się jakoś wspisuje w tę narrację, bo jeśli człowiek w dzieciństwie doświadczył takiej przemocy jest bardziej skłonny wybrać ukojenie w narkotykach. I znowu, uzależnienie matki wydaje się centralne dla filmu, ale ten zabieg moze upraszczac upraszcza i spłaszczać tę historię pozbywając się tego, co w niej jest najbardziej wartościowe – czyli całego szerszego tła społecznego.

Oscar Lewis swego czasu ukuł nazwę kultura biedy, ale ja nie lubię tego pojęcia, bo zaraz jest wykorzystywane do udowodniania, że biedni sami są sobie winni, bo mają taką kulturę. A sednem jest to, że kultura biedy jest dostosowaniem do biedy środowiska, jest odpowiedzią na warunki, tak jak charakter człowieka jest (do pewnego stopnia) odpowiedzią na warunki w rodzinie. Myślę, że jest coś takiego, jak charater biedaka, czyli pewny psychologiczny konstrukt, który się kształtuje w odpowiedzi na deprywację, szczególnie wczesną, a ten rys charakterologiczny niepokojąco przypomina osobowość borderline. Psychologowie dopiero od całkiem niedawna zaczęli się zajmować tematem psychologii biedy, wiadomo już, że człowiek biedny głupieje i to aż o 13 punktów IQ, wiadomo, że przez to podejmuje głupie decyzje, które nie pozwalają mu się z biedy wyrwać, albo wręcz dodatkowo go wpędzają w jeszcze większy niedostatek. Nawet, jak człowiek trochę się wzbogaci, to konstrukty psychiczne zostają i zakorzeniona w nich kultura, bo wbrew pozorom mało co się zmienia tak wolno, jak rzeczy niematerialne 🙂

Vance do pewnego stopnia to widzi – pisze na przykład o cenie, jaką się płaci za mobilność społeczną, pisze o swoich problemach z wyuczonymi reakcjami na konfliktowe sytuacje o czym już wspomniałam, pisze o kapitale społecznym, który jest z jednej strony jak woda w której pływają elity, a z drugiej jak beton dla ludzi z dołów społecznych. Równocześnie, ponieważ on sam się wydobył z biedy i beznadziei, trochę dzięki szczęściu, trochę dzięki sile swojego charakteru, nie zauważa tego szerszego kontekstu: nie widzi, że ta bieda jest nierozerwalnie związana z coraz bardziej szalonymi nierównościami w USA i postrzeganiem sukcesu coraz bardziej wyłącznie w kategoriach materialnych i indywidualnych, jako bezpośrednią oznakę tego, czy ktoś jest, czy nie jest wartościowy. Oraz z kulturowo zakorzenioną pogardą dla tych, którym się nie udało, przy równocześnie rosnących barierach osiągnięcia sukcesu. Vance popełnia błąd generalizacji – ponieważ JEMU się udało, to każdemu może się udać, choć przyznać trzeba, że czasami widzi, że miał jednak szczęście.

Rozdział najbardziej płaski, jak już wspomniałam wcześniej, to ten o woju, bo wojo dobre na wszystko, pojechał sobie Vance do Iraku i tam poznał prawdziwe braterstwo i poświęcenie, oraz nauczył się od siebie wymagać, co dało mu superpower, w skrócie. Mam wrażenie, że coś o tym wojsku ukrywa, coś tam jest pod tym ładnym obrazkiem, jakiś szkielet siedzi w szafie, ale to w sumie oczywiste. Myślę, że został uwiedziony przez wojsko, bo tam też przemoc i honor. Widać też, jak Vance skręca w prawo, w stronę rodziny i tradycji oraz naśladowania elit, które jednak idealizuje – bo elity to ludzie, którzy wiedzą, jak odnieść sukces, zatem wszyscy powinniśmy z nich brać przykład.

Ale najbardziej mnie martwi Vanca stosunek do przemocy, bo jest to coś, z czym wyraźnie do dzisiaj ma problem i niedobrze to wróży dla świata.

Elegia dla Bidoków JD Vance

Zrastam się

Dzień wilgotny, styczniowy, bezlistne gałęzie na tle stalowo-szarego nieba. Pada.

Wybrałam się na przejażdżkę samochodem, by córeczkę odebrać ze szkoły i zawieźć na lekcje muzyki, a potem okazało się znowu szybciutko odebrać ze szkoły muzycznej, kiedy zadzwonili, że się ‚źle czuje’. W tę i z powrotem i znowu wtę, i znowu z powrotem, wyszło razem ponad dwie godziny w aucie i cieszę się bardzo, że dałam radę i już tak nie panikowałam, bo w ostatni piątek trochę mną trzęsło i pod wieczór byłam rozedrgana. Teraz było dobrze, pamiętałam, żeby nogi nie ruszać, nie podpierać się, nadal trochę puchnie i boli, więc na długie trasy jeszcze nie jestem gotowa.

Przystosowałam się sytuacji i lepiej być nie może:) Mam swój rytm dnia i przyjemności, umościłam się w tej złamanej nodze i rozkoszuję się niespodziewanym czasem wolnym. Budzę się z Mi i Mo, ale zaraz obracam się na drugi bok i śpię bez wyrzutów sumienia tyle, ile potrzebuję. Potem budzę się, czytam, poleguję, myślę sobie co mi się śniło, myślę o gimastyce, wstaję, nastawiam grzanie kaloryferów, żeby się włączyły za jakiś czas same, bym nie musiała wchodzić na górę jak zmarznę. Skaczę na jednej nodze do łazienki.

Potem biorę kołdrę i bambetle, schodzę na dół, a raczej zsuwam się na pupie po schodach, z kołdrą na kolanach. Mi zostawia mi w kuchni śniadanko (owoce i płatki owsiane) i kawkę we włoskim ekspresie, zalewam mlekiem owsianym płatki, nastawiam kawkę. Czekając, przenoszę miseczkę z owsianką na stół w dużym pokoju, oczywiście skacząc na jednej nodze, i myję trochę naczyń, opierając się kolanem o szafkę. Prawa stopa zaczyna boleć, a kawka bulgotać, przelewam ją w końcu do termosu, biorę bolesławiecką filiżankę i robię herbatę, też do termosu, pakuję oba termosy z filiżanką do torby i o kulach skaczę do pokoju. Jem śniadanie, w tym momencie już jestem cała spocona i zmęczona, bo przecież od 40 minut skaczę na jednej nodze;)

Przekładam gimnastykę na dzień następny.

Przenoszę się na sofę, na moje stanowisko dziennego dowodzenia samą sobą.

Posprawdzałam wszystkie zaległe eseje i pierwsze rodziały prac licencjackich, nie chciałam, żeby ta robota spadła na kogoś innego, komu za to dodatkowo nie zapłacą.

W poniedziałki mam superwizję online, dwa razy w tygodniu moją panią, też online.

Tylko we we wtorki mam pacjenta/klienta osobiście, tego, którego nie przestraszyły kule i zdecydował się rozpocząć terapię. Cieszę się. Teraz muszę wymyśleć, gdzie mogę parkować, bo taxi w dwie strony kosztowała mnie ostatnio więcej, niż zapłacono mi za godzinę.

Ale oprócz tego odpoczywam. Zrastam się.

Zalegam na łóżku. Czytam, słucham, czytam, co tam panie w Polityce, GW, The Irish Times, The Guardian, prasówka, blogi, co tam u znajomych. Literatura fachowa. Literatura piękna. Jakiś telefon do przyjaciela, potem znowu książki. Zagłębiam się. Myślę.

Jest cudownie, prawdę mówiąc czasem wydaje mi się, jakbym trafiła do raju;D Mogę czytać cały dzień. Mogę robić na drutach. Śpię i śnię, mam czas, żeby zapisywać sny. Czasem coś piszę. Myślę. Piję kawkę. Gadam z przyjaciółmi. Wszyscy do mnie wysyłają wiadomości pytając jak się czuję:D

Życie kazało mi zwolnić, zamierzam się tym cieszyć, ile mogę.

Nie ma to jak spacer

Mąż mnie wyprowadził na spacerek.

Pierwszy raz od połowy grudnia.

Wiosna.

Słońce, ptaszki śpiewają.

W piątek wprawdzie pojechałam autem odebrać córkę ze szkoły, ale nie wysiadałam z samochodu. Zaparkowałam na chodniku, nielegalnie i jakiś rowerzysta-aktywista zatrzymał się, że mnie opieprzyć i poinformować, że dzwoni na policję. Otworzyłam szybę, zaczął krzyczeć, zobaczył kule, krzyczał trochę mniej, zobaczył gips, a ja prawie się rozpłakałam, że przecież jak mam odebrać córkę ze szkoły i widziałam, jak wkurw z niego zchodził i głupio mu się zaczęło robić, a mnie się zrobiło go żal. No bo czuł, że ma rację, myślał, że robi coś dobrego, a nakrzyczał na kalekę; W każdym razie nie zadzwonił na policję.

Ale kurcze miał racje i nawet się z nim zgodziłam, też mnie wkurząją ci samochodziarze, którzy parkują wszędzie! ;D

Dałam radę, ale prawdę mówiąc, czuję się jeszcze krucha, muszę pamiętać, żeby tej lewej nogi w ogóle nie używać, a mam niestety odruch opiejać się na niej np. jak poprawiam siedzenie.

Kończę Hillibilly Elegy, jednak nie polecam. Tzn. polecam do rozdziału 10, w którym JD wstępuje do Marine Corps, gdzie znajduje prawdziwą siłę i braterstwo i te cztery lata, w tym rok w Iraku, zmieniają jego życie. Na lepsze, oczywiście. Nie ma to jak wojo, prawda?

Psychoterapeuta? Psycholog? Wtf? Część 2

A zatem przypomnijmy o so chosi: w skrócie, totalne bordello w szeroko rozumianej sferze usług psychoterapeutycznych i psychologicznych w Polsce. W duszy ludzkiej obecnie może grzebać każdy, nieważne czy brudnymi czy czystymi paluchami, księża, szarlatani i psychopaci, na równi z psychologami po studiach online i terapeutami, odpowiednio wyszkolonymi i kierującymi się dobrem klienta/pacjenta.

Ale jeśli ustawa o psychologach wejdzie w życie – czyli Nawrocki podpisze – zgodnie z prawem nie będą mogli grzebać tylko na podstawie tego, że skończyli akademicką psychologię.

(Niestety, komentarze pod poprzednim postem sugerują, że większość z was to wszystko już wie, a ja tu się naprodukowałam jak głupia, hehe. Tak bywa.)

Bo nie wspomniałam jeszcze o drugiej ustawie, która jest na razie w przygotowaniu, a o którą właśnie toczy się drugie pół awantury. Zapraszam zatem na rozwinięcie tematu.

Ustawa (w przygotowaniu) o zawodzie psychoterapeuty reguluje różne rzeczy i większość z nich nie jest kontrowersyjna, a raczej nie wkurwia psychologów, oprócz jednego: że psychoterapeutą będzie można zostać bez bazowych studiów psychologicznych, z magisterką z czegokolwiek (Art. 9 pkt 2). Co oznacza, jak podkreślają przeciwnicy, że i socjolog będzie mógł być i geolog i inżynier, a nawet – o zgrozo! pewna pani Znana Psychoterapeutka mówi, że taki filolog romański może być nawet lepszy. To już rozgrzewa do białej gorączki niektórych psychologów.

Zajrzałam do ustawy i – ku mojemu zdziwieniu – okazało się, że jednak zakłada ona ‘ukończenie szkolenia z podstaw psychologii i medycyny mających zastosowanie w psychoterapii oraz zdanie egzaminu w tym zakresie (…)’. Czyli nieprawdą jest jakoby.

Kto będzie miał zatem uprawnienia do grzebania w duszy zgodnie z ustawą? W skrócie – osoba z tytułem mgr, po dodatkowym czteroletnim szkoleniu psychoterapeutycznym z conajmniej 1200 godzinami zajęć, stażu, superwizji i terapii własnej.

Czy to dużo, czy to mało?

Z ciekawości sprawdziłam wymogi trzyletnich dziennych studiów licencjackich na uczelni, na której uczę. Otóż studia z psychologii (nauk społecznych czy marketingu) to 180 punktów ETCS, które przeliczone na godziny dydaktyczne (bez np. czasu spędzonego w bibliotece) to właśnie około 1200 godzin.

Czyli czteroletnie szkolenie wspomniane w ustawie = licencjackie trzyletnie studia stacjonarne, a nie – jak niektórzy pogardliwie twierdzą  – ‘jakaś weekendowa szkoła’.

Ale moim zdaniem najważniejsze jest co innego. Psychoterapia to praktyka, psychologia to nauka akademicka (o umyśle i zachowaniu ludzi), oparta o naukowy paradygmat poznania, metody badawcze, eksperyment itd. Teoria nie przygotowuje na praktyczne wyzwania pracowania z osobami w kryzysie, z zaburzeniami czy dysfunkcjami. Nie ma procesu grupowego, praktyki klinicznej, superwizji, dyskusji nad przypadkami, terapii własnej i tego ciągłego upiedliwego monitorowania własnych stanów ducha i emocji, które wyrabia nawyk bycia świadomym, co się z nami dzieje.

Jak już niektórzy tu zauważyli, historia sztuki nie uczy jak malować, a teatrologia nie uczy jak być dobrym aktorem.

Księża mogą mieć ogromną wiedzę o seksie, a jednak…

Psychologia nie uczy jak pracować z własnymi emocjami, z przeniesieniem (które jest podstawą w większości terapii), z drugą osobą, może dostarczać wiedzy, ale wszyscy wiemy, że wiedzieć a umieć to dwie różne rzeczy. Tutaj na przykład pani psycholog uważa, że osoba, która ma problemy z relacjami i wobec tego idzie do terapeuty, to nie ‘rozwija tych zasobów w sposób naturalny’. Wtf?

A jeśli sobie ktoś złamie nogę, to ma nie iść do ortopedy, tylko czekać, aż się zrośnie w ‘sposób naturalny’?

Aby uporządkowąć trochę odsasowość dolasowość jaka panuje w psychoterapii, ustawa również precyzuje pięć podejść w jakich można będzie się kształcić. Są to (1) Humanistyczno-doświadczeniowe, 2) Integracyjne i wielomodalnościowe, 3) Poznawcze lub behawioralne, 4) Psychoanalityczne oraz psychodynamiczne, oraz 5) Systemowe, czyli szkoły z długą tradycją, z wypracowanymi metodami pracy i teoriami. Nie ma tu oczywiście hellingerowskich ustawień, nie ma terapii integralnej, nie ma biologii totalnej, ani neurofeedbacku. Każdy psychoterapeuta będzie miał swój numer w rejestrze, zupełnie tak jak lekarz, a rejestr będzie publiczny – więc będzie można od razu sprawdzić, kto ukończył jaką szkołę i kiedy. Czyli dobrze, prawda?

Ale nie do końca, bo chodzi o kasę.

Jestem tutaj, w pokoju, i nikt nigdy nie zwraca na mnie uwagi!

Cała ta naparzanka wynika z tego, że psychoterapii w Polsce można się TYLKO I WYŁĄCZNIE uczyć w prywatnych szkołach i instytutach. Psychoterapia nie jest oficjalnie zinstytucjonalizowana i stąd wynika większość kłótni. Bowiem dyskusję do czerwoności rozgrzewa głównie to, że trzeba wydać 60-100 tys złotych, żeby otrzymać certyfikat terapeuty, a prywatne szkoły terapii trzepią kasę jak dzikie.

Moje lewackie serce nie dziwi się zatem oburzowi psychologów i studentów psychologii, którzy poszli na studia marząc, że będą pomagać ludziom, a potem odkryli, że muszą wysupłać kolejne 100 tys. żeby ich marzenie się spełniło (tak, byli źle poinformowani i naiwni). A to właśnie jest prawdziwe zamknięcie zawodu.

Pytanie brzmi – czy można to zrobić inaczej?

Pewno tak, choć nigdzie nie jest idealnie. W różnych krajach to różnie wygląda, ale posłużę się przykładem Irlandii, bo się znam.

W Irlandii psychoterapia jest osobnym kierunkiem studiów, licencjackich albo magisterskich. Dzieli się na ‘counselling’ i ‘psychoterapy’ i też obecnie trwają dyskusje co jest jednym, a co drugim i jakie każdy z tych zawodów ma kompetencje, ale dla uproszczenia możemy przyjąć, że counselling to coś jak ‘doradztwo’ czy ‘psychoterapia krótkotrwała’, która ogranicza się przeważnie do 3-10 sesji i zajmuje się doraźnymi problemami i kryzysami, a psychotherapy to przeważnie długotrwała terapia zaburzeń depresyjnych, lękowych czy osobowości.

Istnieją studia psychoterapii i counsellingu, łącznie i osobno, publiczne, jak i prywatne, jest możliwość studiów bezpłatnych, choć przeważnie są to jednak studia magisterskie, a wszystkie magisterki są w Irl płatne. Są to jednak NORMALNE studia na uczelniach publicznych albo prywatnych, dzienne albo wieczorowe, regulowane przez Departament Wyższej Edukacji. Szkoły mają państwowe uprawnienia i dają normalny tytuł naukowy licencjata lub magistra psychoterapii- na przykład ja studiowałam MSc in … Psychotherapy na Wydziale Medycyny;D W dodatku żeby się dostać na magisterkę z psychoterapii nie trzeba mieć wykształcenia bazowego psychologicznego.

Ale nie myślcie, że jest tak różowo, bo żeby być certyfikowanym terapeutą trzeba jeszcze oczywiście mieć ileś tam godzin terapii własnej, superwizji i praktyki klinicznej, na przykład w naszej szkole wymaga się 400 godzin terapii własnej (chyba nikt nie ma więcej;D) i 150 godzin superwizji, za które się płaci się samemu, oraz 400 godzin pracy z pacjentem/klientem za pół-darmo (albo za darmo). Ale jeden problem odpada – psychologowie wiedzą, że są psychologami, bo nie studiowali psychoterapii i jeśli po licencjacie z psychologii nie zrobią mgr z psychoterapii, to nie mają problemu z akceptacją rozdziału kompetencji. Żaden psycholog nie twierdzi w Irl, że ‘może prowadzić terapię’ – bo wie, że nie.

Z jednym wyjątkiem – jest ktoś taki, jak psycholog kliniczny, który generalnie pracuje w służbie zdrowia i prowadzi różne typy terapii. Ale żeby zostać psych klinicznym też trzeba mieć magisterkę z psychologii PLUS dodatkowe 3 lata studiów równoważnych z doktoratem, w których 55% zajęć to zajęcia kliniczne. A za każdy rok Doctor in Clinical Psych się płaci 14 tys. euro, czyli też nie ma lekko;)

A tak na marginesie, to jest podobnie jak z Pracownikiem Socjalnym – w Irl jest to zawód regulowany i nie można być Social Workerem, jeśli się studiowało na przykład socjologię. Trzeba mieć kierunkowe wykształcenie Social Work, mimo, że wydawałoby się, że przecież praca socjalna wywodzi się z socjologii – jak ja studiowałam w Pl lata temu, jedną ze specjalizacji na socjologii była właśnie Praca Socjalna. Otóż jest to teraz nowa dziedzina akademicka. Zupełnie tak, jak psychoterapia. No cóż, świat idzie naprzód, nauka się rozwija.

A już zupełnie kończąc, to dodam, że psychoterapia wcale nie wywodzi się z psychologii. To znaczy, jest jedna (no, powiedzmy nie tylko, ale prawie) szkoła, która tak – to podejście poznawczo-behawioralne, CBT, Aaron Beck i te sprawy.

I wtedy mnie to ugryzło: ślinię się na dźwięk cholernego dzwonka!

Ale cała reszta, CAŁA reszta tak naprawdę wywodzi się z medycyny i Freuda, który jako lekarz chciał badać procesy neurologiczne. Na samym początku psychologia interesowała się psychoanalizą, a psychoanaliza psychologią, ale były to dwie odrębne dziedziny, ojcowie psychologii (Wundt i James) chcieli z niej zrobić dziedzinę akademicką, a Freud był lekarzem od początku zainteresowanym praktyką kliniczną i psychoanalizą, z której to właśnie psychoterapia się wywodzi.

Ale to już zupełnie inna historia 🙂

Psychoterapeuta? Psycholog? Wtf? Część 1

Z wypiekami na twarzy troską śledzę w polskich mediach naparzankę między psychologami, zwłaszcza tymi zrzeszonymi w Polskim Towarzystwem Psychologicznym (PTP), a psychoterapeutami, zwłaszcza tymi zrzeszonymi w Sekcji Psychoterapeutycznej PTP (jak ktoś ciekawy może zajrzeć choćby na fb).

Tych, którzy nie wiedzą o so chosi, a chcą wiedzieć, zapraszam do zupełnie subiektywnego przewodnika po niuansach ustawki pomiędzy psych(ologami), a psych(oterapeutami) w Polsce, w międzynarodowej perspektywie porównawczej oraz kontekście filozofii nauki, socjologii instytucji oraz kasy;) Weźcie sobie kafkę i ciasteczko z galaretką, bo napisało mi się długo.

Zacznijmy od tego, że ósmego stycznia roku bożego Sejm przegłosował ustawę o zawodzie psychologa, która wprowadza ochronę prawną tytułu ‚psychologa’, czyli niby dobrze, ale psychologowie (pewno nie wszyscy, generalizuję oczywiście) są wkurwieni, bo ustawa jednocześnie zabiera im możliwość prowadzenia psychoterapii, jeśli nie zdobędą dodatkowych uprawnień. No i jest wojna. Prawie, że domowa, bo wewnątrz PTP, między Zarządem Głównym, a Sekcją Psychoterapii.

(Na marginesie, trochę strasznie i równocześnie śmiesznie oglądać taką naparzankę ludzi, którzy z racji zawodu powinni jeśli nie umieć swoje emocje ogarniać, bo przecież na psychologii tego nie uczą, i to jest właśnie sedno problemu, ale do tego przejdę potem – to chociaż rozumieć te afekty, mechanizmy zachowania, błędy poznawcze i tak dalej. W sumie stosuje się to też do terapeutów:)

No, ale do brzegu. Ustawa jest potrzebna, bo w Polsce dotychczas zawód psychologa nie był praktycznie prawnie chroniony (pomimo ustawy z 2001, nie było żadnych konsekwencji prawnych dla osób nielegalnie używających tytułu), a tytuł psychoterapeuty w ogóle nie jest regulowany (trwają prace nad ustawą o psychoterapii, o czym później). Oba środowiska – psychologów i psychoterapeutów – zatem zjednoczone były w ubolewaniu nad tym stanem rzeczy, że cała ta sfera to w Polsce wolna, nomen omen, amerykanka. Większość tak zwanych zwykłych ludzi, jeśli kogoś rozpoznaje, to raczej psychiatrę – głównie po tym, że tylko on może przepisać człowiekowi fajne dragi, jakieś benzo, nasenne, czy niech będzie nawet inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, ale psycholog, psychoterapeuta czy terapeuta ds. uzależnień to wsioryba. Mamy zatem w Polsce zupełny burdel, wyborcza na spółkę z onetem co i rusz straszy publikę artykułami jak to niezrównoważeni, agresywni psychologowie po niestacjonarnych studiach magisterskich przyjmują dzieci, młodzież i rodziny, albo terapeuta proponował seks i kokainę albo psycholog, który został skazany za groźby karalne że podpali podwładną i wywiezie w bagażniku, teraz prowadzi psychoterapię, albo jak to na ustawieniach Hellingerowskich klientka dostaje w twarz od terapeutki, bo się nie pokłoniła oprawcy, i tak dalej, nie będę mnożyła przykładów, bo każdy może znaleźć sobie sam, w skrócie – dno i trzy metry mułu, uwalani wszyscy.

Przyslowiowemu zwykłemu człowiekowi trudno się w tym wszystkim połapać, bo przecież są psychologowie, którzy ogłaszają się na znanym lekarzu, że prowadzą terapię ‚psychologiczną’ (czyli co?), są terapeuci ds. uzależnień, są arteterapeuci, muzykoterapeuci, psychoterapeuci psychodynamiczni, psychoanalityczni, poznawczo-behawioralni, czyli z angielska CBT, systemowi, integracyjni, integratywni, intergralni (?), chrześcijańscy, terapeuci katoliccy, terapeuci tarociści i jungiści, psychoanalitycy, terapeuci pracujący z autystykami w nurcie ABA, terapeuci Gestalt, pracujący w nurcie mentalizacji, terapeuci pracujący z ciałem, psychosomatyczni, terapeuci pracujący z ustawieniami Hellingera, metodą neurofeedbacku i mnóstwo, mnóstwo innych, od samej mnogości ‚nurtów’, ‚fokusów’, ‚technik’, ‚szkół’ i ‚stylów’ można dostać bólu głowy. Są oczywiście ludzie szanowani, oddani swojej profesji, prowadzący terapię i interwencję psychologiczną etycznie i zgodnie z wypracowanymi przez lata regułami i zasadami różnych szkół o długiej tradycji, są ludzie po wielu latach terapii własnej, są też ludzie naiwni czy – muszę to napisać – sami lekko zaburzeni, oraz oczywiście zwykli szarlatani i oszuści. Jak na przykład moje ostatnie odkrycie – pani doktor socjologii (serce mnie boli jak to piszę), która reklamuje się, że skończyła ‚zarządzanie falami mózgowymi’, a na obwolucie swojej książki powołuje się na studia w Instytucie Psychoterapii Integralnej, która to szkoła psychoterpii nie istnieje, ale za to jest podobna z nazwy do istniejącej szkoły Integratywnej. Przy okazji to jest ta sama osoba, która stoi za tą obrzydliwą kampanią reklamową. No wszystko ze wszystkim i jajka na wierzchu, przy czym posłuchałam sobie tej pani i w sumie z 70% jej mądrości się zgadzam, kto by pomyślał;D

No i czy można się w tym wszystkim połapać?

A ludzie w dodatku są (podobno) coraz bardziej zagubieni, zdesperowani, smutni, z problemami psychicznymi. Sytuacja wydaje się być alarmująca, WHO i inne organizacje lamentują, depresja została ogłoszona chorobą nowoczesności o niepokojących trendach wzrostowych, a w Polsce dzieci łykają antydepresanty zamiast cukierków!*

Całe zatem środowisko ‚psycho’ najpierw zgodziło się, że trzeba to wszystko uregulować, posortować, oddzielić ziarno od plew i w końcu mieć czarno na białym, kto może grzebać w duszy ludziej, kto może zajmować się testami i diagnozami, a kto jest zwykłą szują oszustem.

No, ale tutaj zaczynają się schody. Część psychologów bowiem sądzi, że po psychologii mogą – albo powinni móc – prowadzić psychoterapię (pewno nie wszyscy, ale o to się właśnie rozchodzi), no bo przecież nie po to się pięć kurna lat uczyli! Co rozumiem. A psychoterapeuci z kolei uważają, że psychoterapia to jest coś zupełnie innego niż psychologia, jest to dziedzina interdyscyplinarna,  a akademickie studia psychologiczne nie przygotowują do prowadzenia procesu terapeutycznego.

Ale jeśli psychologowie nie mogą prowadzić psychoterapii, to właściwie na wuj takie studia? I czym sytuacja psychologa na rynku pracy w takim razie różni się od socjologa? No bo co może robić taki psycholog? To samo, co socjolog – nam zawsze mówili, że wszystko;D

Tak, wiem, że nie do końca to samo;) W każdym razie w nowej ustawie w art. 23 wymienione są cztery świadczenia psychologiczne, czyli to, czym tylko psycholog po studiach może się zajmować: (1) diagnoza psychologiczna; (2) opiniowanie psychologiczne; (3) orzekanie psychologiczne i (4) udzielanie pomocy psychologicznej. Ale nie ma tu psychoterapii, bo pomoc psychologiczna to nie psychoterapia, pomoc jest rozmiana jako profilaktyka, promowanie zdrowia psychicznego czy wsparcie w kryzysie, więc jak na razie bitwę wygrali psychoterapeuci. 1:0

No i się zaczeło, psychologowie szable w dłoń i na konika patataj patataj przeciw tym terapeutom, oraz modlą się do Nawrockiego, żeby zawetował, a jak to się stanie, to wszystko będzie uwalone na następne sto lat.

A w następnym odcinku – czym się różni psychoterapia od psychologii i dlaczego oraz co wkurza psychologów i mnie oraz co można z tym zrobić.

*nie chcę tu wchodzić w dyskusję, czy to problem większej powszechności diagnoz, czy rzeczywisty wzrost problemów i zaburzeń.

Synchronicity

Słońce świeci mi w twarz, kiedy stoję przy oknie w kuchni. Na chwilę zamykam oczy. Żałuję, że nie zdążyłam posadzić tulipanów. Pierwszy raz, od kiedy tutaj mieszkamy. Wygląda też na to, że nie zdążę podciąć róży, ani jabłonki.

Dziś u Straker i spółka wpadł mi fragment idealnie pasujący do moich wczorajszych rozważań:

(Jak to się dzieje, że świat często podrzuca komentarz do naszych myśli?).

(…) pozostawiła mnie z poczuciem, jak bardzo spolaryzowana stała się światowa polityka oraz jak my na Zachodzie zaczęliśmy postrzegać „innych” jako Oś Zła, podczas gdy oni postrzegają nas jako tych złych. W tej przestrzeni świat zostaje w pewien sposób podzielony na wrogów i sojuszników, co prowadzi do usprawiedliwiania nienawiści i okrucieństwa. A jednak, podobnie jak w procesach psychicznych zachodzących na poziomie jednostki, u podłoża ataków na innych na poziomie społecznym często leżą strach i poczucie winy. (…) Takie konstruowanie świata jako niebezpiecznego ma wiele konsekwencji zarówno dla jednostki, jak i dla społeczeństwa.

Poczucie zagrożenia wywołuje w nas strach, uruchamiając ewolucyjny instynkt przetrwania, który sprawia, że zaczynamy postrzegać innych jako „całkowicie złych”, a siebie jako „całkowicie dobrych”, tracąc zdolność dostrzegania odcieni szarości. Dzieje się tak dlatego, że gdy czujemy, iż stawką jest samo nasze przetrwanie, nie możemy pozwolić sobie na niuanse: wszystkie nasze zasoby muszą zostać zmobilizowane w sposób jednoznaczny. W takiej sytuacji wahanie wynikające z ambiwalencji lub niejednoznaczności może zagrażać życiu.

Ten mechanizm rozszczepienia na „całkowicie dobrych” (my) i „całkowicie złych” (oni) stanowi silną formę obrony, z której wszyscy korzystamy w sytuacjach stresu. Na poziomie grupowym jest to mechanizm leżący u podstaw uprzedzeń i osiąga on największą siłę wtedy, gdy toczy się wojna lub gdy czujemy się zagrożeni przez inne społeczeństwa bądź grupy. Gdy społeczeństwa odczuwają zagrożenie, na wszystkich obywateli wywierana jest silna presja, by podporządkować się obowiązującej linii (Straker & Winship, 2019, pp. 86-87).

Ale już literatura fachowa trochę mnie zmęczyła, więc przerzuciłam się na Hillibilly Elegy (Elegia dla Bidoków), ale to jest dobre! Vance dobrze bardzo pisze, niestety. Czy książka pozwala go zrozumieć? Jeszcze nie wiem, ale się wciągnęłam.

Teraz zapragnęłam pojechać do USA, a szczególnie w Appalachy i w ogóle powłóczyć się po biednych bezdrożach. Montana, Kentucky, Ohio, Idaho od Gilberta Grape i inne dziwne stany w stanach. Ale oni mają przestrzeń! (Pewno nie jest to zbyt bezpieczne).

Straker, G., & Winship, G. (2019). The talking cure. Palgrave Macmillan

Nie jestem ani złym, ani dobrym gliną

Środa. Wszyscy poszli.

Do szkoły i pracy, do więzienia, na zajęcia dodatkowe, lekcje plastyki, do klientów i do dentysty. Od poniedziałku muszę radzić sobie sama. Opracowałam metodę przynoszenia kawki z kuchni – skakanie na jednej nodze z kubkiem kawy jednak nie jest dobre, przesuwanie kubka i siebie na pupie po podłodze też nie jest najprzyjemniejsze, ale problem załatwiają moje ukochane termosy contigo.

Śniadanie mam zrobione, sama sobie przygotowuję drugie, znoszę kołdrę i inne bambetle na dół po schodach. A potem zalegam z nogą w górze i czekam, aż przyjdą z pracy i szkoły.

Z racji wolnego czasu wkręcam się we flejmy na blogach o biednej nauczycielce, co to wyrzuciła krzyż do kosza (dla wyjaśnienia, nie popieram fali hejtu która się na nią wylała, oraz uważam, że miała prawo zdjąc krzyż ze ściany czy czegokolwiek. Ale wyrzucenie do kosza symbolu religijnego było nierozsądne i impulsywne. Oczywiście wiem, że każdy z nas bywa nierozsądny i impulsywny, koniec wtrącenia).

Oczywiście niepotrzebnie się wkręcam, bo niczego to nie zmieni, bo nikt nigdy nie zrewidował swojego zdania pod wpływem dyskusji blogowych. Służą one raczej wylaniu naszych lęków i wściekłości, pozbyciu się tego wkurwu na to czy na tamto, okazjonalnie podzieleniu się punktem widzenia. Wyraźnie widać, że gdzieś tam pod generalizującą, jednostronną percepcją, pod tym tonem wypowiedzi agresywnym, widzeniem świata zero-jedynkowym, nastawieniem fight or flight najczesciej tkwi jakaś emocjonalna historia, często trauma rodzinna. Ale taki stan wyłącza możliwość refleksji i zrozumienia świata, uznania innych punktów widzenia, nie daje możliwości poszerzenia swojej perspektywy.

Sama się łapię na ten zero-jednynkowy stan umysłu, obserwuję, jak uruchamia mi się od razu kategoryczny impuls przekonania do swojej racji, wygrania debaty. A przecież niepotrzebnie. Nas uczą, żeby kuć, kiedy zimne, bo tematy gorące powodują tylko wzmożenie obron, a intelekt jest wtedy wykorzystywany nie do poznawania świata, czy jego zrozumienia, ale budowania jeszcze bardziej ścisłej fortyfikacji i umocnienia się na swoich pozycjach. Mam wrażenie, że podobnie działa to w teoriach spiskowych – nawet inteligentni ludzie potrafią budować szalone konstrukcje teoretyczne, w oparciu o błędne emocjonalne przesłanki.

Tego właśnie nie lubię w mediach społecznościowych, tego całego nakręcania jednych przeciwko drugim, tego eskalowania przemocy słownej, tego upraszczania świata i czarno-białych generalizacji. U nas się mówi na to splitting, kiedy świat jest uproszczony: my jesteśmy dobrzy, a oni źli. Ta dziecięca postawa, charakterystyczna dla wczesnego etap rozwoju psychicznego, nie jest niczym złym – kiedy świadomość wyłania się z chaosu wrażeń, najpierw musimy posortować obiekty, czyli oddzielić dobro od zła. (Nb. ciekawe, że Biblia też mówi o chaosie i procesie oddzielania światła od ciemności, a w mitach greckich Chaos to wręcz pierwszy byt pierwotny we wszechświecie – przepaść, pomieszanie, zasada kosmiczna. Wydaje się, że to jest uniwersalne i ważne doświadczenie rozwoju osobniczego, aż tak ważne, że zapisano je w księgach).

Ale uproszczona wizja świata pojawia się też u dorosłych wtedy, kiedy świat jest postrzegany jako zagrażający, a staje się ona prawdziwym problemem, kiedy czasy są niespokojne, tak jak teraz. I wtedy zaczyna rezonować z polaryzacją społeczeństwa. (I znowu na marginesie – tutaj przypomina mi się kapitał społeczny wg. Putnama – pomostowy i wiążący, i jak bardziej cenny jest ten pomostowy, czyli ten, co ułatwia przepływ informacji i zasobów POMIEDZY grupami, a nie wewnątrz grupy, jak społeczeństwa, gdzie więcej jest porozumienia ponad podziałami mają stabilniejszą demokrację, a organizacja społeczna nie musi być oparta na moralności plemiennej.)

Wydaje się, że to pozycjonowanie swoi-obcy, dobro-zło, czarne-białe, ten jednowymiarowy obraz świata jest nadbudowany na biologicznym odruchu obecnym już u ameby – kiedy z jednej strony odsuwa się ona od ścianki akwarium, która razi prądem, a z drugiej przysuwa się do jedzenia. To też jest prosta klasyfikacja, sortowanie prymitywnych wrażeń sensorycznych. Dobro i zło jest zatem zawsze najpierw subiektywne, zawsze ma korzenie w naszym indywidualnym odczuwaniu i sortowaniu zjawisk pod kątem naszych korzyści. Dopiero później rozwijamy coś, co się nazywa obrazem całości – zauważamy głębię i niuansy, że mama może być równocześnie dobra i zła, że każdy z nas jest skomplikowany i wielowymiarowy, a uproszczenie wzmacnia podziały społeczne, ale to już należy do osiągnięć następnego etapu rozwoju.

Ale wszyscy, przez całe życie wracamy do tej jednowymiarowej wizji wtedy, kiedy czujemy się zagrożeni, kiedy nie mamy zasobów, żeby sobie z czymś poradzić, kiedy identyfikujemy się z tłumem, i tak dalej, przy czym niektórzy częściej i dłużej przebywają w takim stanie ducha niż inni.

I mój ulubiony komiks z New Yorkera:

Nie jestem ani dobrym, ani złym gliną, Jerome. Podobnie jak ty, jestem złożoną mieszaniną pozytywnych i negatywnych cech osobowości, które ujawniają się lub nie, w zależności od okoliczności.

Najwyraźniej brakuje mi wykładów😂

Rozkosze

Odkrywam rozkosze siedzenia w domu.

Momentami wydaje się, jakby moje dziecięce modlitwy zostały wysłuchane – żebym mogła leżeć w łóżeczku i czytać książeczki. Pamiętam jak w wieku chyba z 13 lat, z temperaturą i wypiekami na twarzy machęłam 250 stron w jeden dzień, była to chyba jakaś część trylogii, taka gorączka czytelnicza, nie jestem do końca pewna, czy wiedziałam, gdzie jestem. Może nie.

Obłożyłam się zatem teraz cała książkami i podkastami, po sam czubeczek nosa, na komórce mam słuchowiska o ciekawych przypadkach i ogólne o teoriach (Three Associating, Psych on and off the Couch), pożyczyłam sobie jedną z najsłynniejszych skandalistek irlandzkich Ednę O’Brien The Country Girls (Dziewczyny ze Wsi), trylogia 600 stron (zaczęłam czytać i to jest dobre!), ściągnęłam Hillibilly Elegy (Elegia dla Bidoków) J.D. Vanca, to ukłon w stronę tygodnia amerykańskiego w lidlu na Tablicy ( ale podobno trzeba uważać jak sie czyta, bo kto tam wie czy to szczere, czy juz część tworzenia legendy i politycznego pozycjonowania się). Na czytacza wrzuciłam przy okazji trzy Żulczyki i Foster Keegan, jej krótka powieść Rzeczy… bardzo mi się podobała i nawet nie pamiętam, kiedy ją przeczytałam, a pamiętam o czym jest, na deser mam Straker i Winship The Talking Cure (Lecznie rozmową) oraz Brief Psychoanalytic Therapy (Krótka Terapia Psychoanalityczna) Hobsona. Do tego 1050 stron od synka (jestem na 160, trochę się rozkręca) oraz Ernaux The Other Girl (Inna dziewczynka).

Ciekawe co pierwsze skończę? Stawiam na fachową.😅

Muszę kupić sobie regał na literaturę, ale to w lecie, wychodzi na to.

Na youtube znalazłam ‚pompki z noga w gipsie’ i już miałam szarżować, ale nóżka wczoraj zaczęła boleć, nie w miejscu cięcia, tylko z drugiej strony. Chyba jednak ostatnio za dużo chodziłam skakałam i gips zaczął uciskać jeden punkt. Więc odpuszczam sobie, wieczorem tylko leżenie z nogą do góry (no, może ciężarki na ramiona).

Ziobro prosi o azyl na Węgrzech, matkobosko, czemu ci wszyscy prawacy to takie miękiszony? I złodzieje:( jak można kraść z funduszu, który jest dla ofiar przestępstw??? Pewne rzeczy nie mieszczą się tzw. zwykłym ludziom w głowie.

Rodzinnie wokół nas nadal kumulacja, niestety, nie mogę wchodzić w szczegóły, ale buja ostro. Wczoraj sobie pomyślałam, że okazaliśmy się z Mi jedną z najbardziej stabilnych i kochających się par, jakie znam, no kto by przypuszczał, nawet osobno jesteśmy osobami o zaskakująco zrównoważonej psychice😆 Mimo, że lewacy i ateiści, a do tego w 50% weganie;)

Wygląda na to, że dzisiejszy wpis sponsoruje samochwała:)