Piąteczek. Bardzo mi, bardzo potrzebny, wymęczona jestem bowiem jakimiś bólami wędrującymi, zatkanym nosem i oczywiście utratą głosu, to już takie ryzyko zawodowe, zdarza mi się to co roku. Aaa, i jeszcze szczypionką, bo w pon poszłam po czipa, no i mam za swoje. Coś mi szeptało, żeby nie iść teraz, bo katar mnie zaczyna gryźć, ale nie posłuchałam podszeptów. No i skończyło się rumakowanie, gluty skolonizowały mi górną część ciała i na razie koniec z bieganiem w czasie wichury, zawiei i zamieci.
W przyszłym tygodniu mam uroczystą graduację, taką w szatach z Hogwartu i czapkach płaskich, w XV-wiecznym budynku, mam nadzieję, że do tego czasu postawię się na nogi. Dziś Ad z Re porywają Mo na drugą część Wicked, a ja w takim razie mam szansę na cały dzień w łóżeczku, pod kołderką i kocykiem (i jeszcze jednym kocykiem, bo w sypialni ciągle 16.7). Stubylczyłam się chyba, bo kupiłam elektryczny koc pod materac, w życiu na coś takiego bym w Pl nie spojrzała, a tutaj mnie uwiódł od kiedy moje spojrzenie spoczęło na nim gdym była na zakupach w Lidlu. Kupiłam dla Mo, bo ona jest zmarźluchem, ale córeczka boi się, że ją prąd pokręci w nocy, więc na razie my z Mi grzejemy sobie pupy. I jest całkiem całkiem. Jeszcze muszę sobie kupić kocyk i elektryczne kapcie, do siedzenia przy biurku;D A tak naprawdę to musimy ocieplić wreszcie porządnie strych, niby jest tam jakaś wełna mineralna, ale pewno całą ją już korniki zmutowane wsunęły. Ciągle w lecie odkładam strych do przyszłego roku, a potem mi w zimie tak wyziębi tyłek, że znowu sobie przypominam i żałuję za swoje grzechy.
Z oglądań walnęliśmy sobie Chabrola Le Boucher, och kino francuskie! Swego czasu mieliśmy fazę na François Truffaut, chyba wszystkie jego filmy wiedzieliśmy, i Claude Chabrola i Jean Renoir – to kino się nie starzeje. No i absolutnym klasykiem kina społecznego jest La Haine, co roku oglądam go ze studentami i rok w rok nic nie traci na swojej świeżości. W kontekście ostatnich klimatów antyimigranckich staje się chyba jeszcze bardziej aktualny.
W La Haine mamy trzech przyjaciół pochodzenia imigranckiego, z tego samego osiedla, na peryferiach Paryża, na południe od nigdzie – Żyd skinhead, Arab i Czarny. Uprzedzenia klasowo-rasowe, wykluczenie i spirala przemocy, która się powoli nakręca. Do tego muzyka Edith Piaf. No majstersztyk po prostu. Film zaczyna się od żartu, który wydaje się akurat bardzo na czasie: facet spada z 10 piętra, w połowie drogi myśli sobie ‚jak na razie spoko’…
Dla ciekawych wrzucam link z moim ostatnim idolem, który krotko wyjaśnia czym się różni faszyzm od autorytaryzmu. Aż kusi znalezienie podobieństw w retoryce niektórych polityków z Pl i Europy.
No nic, kończę, bo mi jednak grabieją paluchy

I idę na dół do ciepła.