Niedziela w łóżku. Gorączka pojawiła się w nocy, obudziło mnie pojękiwanie i wiercenie (oczywiście, że spała ze mną), czoło rozpalone jak lokomotywa. Oczywiście, że znowu jest chora.
Cały dzień w domu z córeczką, która szydełkowała przez 10 godzin, gdyż tylko to była w stanie robić. Regularnie, jak w zegarku po 4 godzinach gorączka skakała. Nie poszłam zatem pobiegać, ani na spacer, ale zepsuty termometr i resztki paracetamolu sprawiły, że wyjście do apteki stało się konieczne, musiałam tylko poczekać aż jej spadnie temperatura, bo Mi w tym czasie szkolił się w Cork, na kolejnych warsztatach z dramy.
Korzystając z wymuszonego braku aktywności i konieczności kiszenia się w domu, prawie skończyłam książkę o samobójstwie w rozumieniu psychoanalitycznym (i rozpoznawaniu stanów przed), poleconą przez wykładowcę w sobotę. Cóż mogę powiedzieć – ciężka lektura.
Mi wrócił późnym wieczorem, cały podekscytowany. Kolejne warsztaty na początku grudnia w Porto, już zabukował bilety. Zazdro!