Secret Room

Środa.

Kradnę dwie godziny na kawce w kawiarni, dalsza część naprawy roweru troche potrwa, więc czekam.

Wiadomości z Polski napełniają niepokojem, choć nadal myślę, że Rosja nie miałaby żadnego interesu napadać na Polskę. Te zaczepki wydają się niezrozumiałe i wszyscy zadają sobie pytanie, czy to tylko przejechanie prętem po granicy z Unią i NATO, czy coś więcej. Mam wrażenie, że to tylko prowokacja, jak skurwiel, który kopnie twojego psa, bo może. I sprawdza jak zareagujesz, jakby co. W szkołach się kłócą o edu zdrowotną, a procedury w razie W w lesie, jak coś walnie mogą się wspólnie pomodlić.

W tym kontekście polecam to (ależ to jest napisane!), ostatnia rozmowa Wańkowicza z Beckiem i Rydzem-Śmigłym, bezradność i mitomania państwa Polskiego poraża. I liczenie na aliantów. Ale Polska przecież zawsze honorowa i zwycięska, ech. Chciejstwo, jak mówił Wańkowicz.

Czytam Hjorth, o której pisała Świechna. Ksiazka zaczyna sie jak świetny opis zaburzenia schizoidalnego, albo obrony schizoidalnej, kiedy nie czuje się potrzeby nawiązywania bliskich relacji z innymi, nie czuje się, że się potrzebuje innych ludzi, nie przeżywa się pewnych emocji, siła afektu jest ograniczona i wszystko jest jakby za szybą. A życie toczy się obok. Coś podobnego opisał Camus w Obcym: alienacja, wyobcowanie, brak poczucia więzi z innymi ludźmi i społeczeństwem w ogóle. Jest to oczywiście obrona przed bólem i silnymi emocjami, druga skóra wyhodowana przeważnie bardzo wcześnie, pancerz zbudowany po to, żeby nie czuć, żeby się nie rozsypać, żeby nie bolało.

A wczoraj u pani miałam olśnienie, połączył się mój sen z rozmową z Mo poprzedniego dnia i zrozumiałam swoją irytację i smutek, kiedy rano wstałam bez siły i energii. To wszystko jest delikatne jak mgiełka, rzeczy się dzieją nie tylko konkretnie, ale też na symbolicznym poziomie, a my to jakoś przeżywamy, ale często nie bardzo sobie zdajemy z tego sprawę. Wszystkie te sprawy są bardzo prywatne, idiosynkratyczne, jak to mówią, mają sens przeważnie tylko dla tej jednej osoby, dlatego tak trudno wytłumaczyć komuś innemu swój sen, ani co tak naprawdę w duszy sie dzieje.

W każdym razie poprzedniego wieczora Mo piłowała mi czachę, żeby jej zbudować secret room, trwało to ponad godzinę i z każdą minutą byłam coraz bardziej poirytowana, a równocześnie czułam, że jest to dla niej bardzo ważne. Miała mnóstwo propozycji, jak można to zrobić, na przykład przerobić naszą szafę na ubranie na jej tajną skrytkę, zainstalować zasłonę w naszej sypialni przedzielając ją na pół, wstawić szafę z półkami do jej pokoju tak, żeby były tam drzwiczki otwierające się na przestrzeń poza szafą, wybić dziurę w ścianie i dobudować tam pokój, i tak dalej i tym podobne, nie zadowalały jej żadne proste rozwiązania typu ‚powiesimy zasłonkę na dolnej części piętrowego łóżka’. Dopiero u pani zrozumiałam coś, co powinno być dla mnie oczywiste – symbolikę secret room i to, że ja czuję, że mój secret room się właśnie zamyka, kiedy jej się otwiera, bo ja jestem u progu menopauzy, a ona u progu dojrzewania.

To, co lubię w psychoanalizie to zrozumienie, że człowiek składa się z jednej drugiej snów i pragnień, tej mgiełki psychicznej z obrazami Carrington, sztukami Becketta i filmami Jarmusha.

A tu trzeba się zająć pracą i produkcją dokumentów, meh.

Pracowity poniedziałek

Robię listę klinik, do których wysyłam zapytanie. Napełnia mnie to niepokojem – nie wiem, jak się będę czuła w tym pokoju, na tym fotelu, w tej przestrzeni.

Jeśli ja nie będę się czuła komfortowo, czy będę umiała zapewnić komfort klientom? Napisałam list do potencjalnych miejsc pracy, list brzmi poważnie, akredytacje i tytuły wzbudzają zaufanie. Mam nadzieję. Ale i tak na końcu jest to po prostu dwoje ludzi w jednym pokoju, ludzi, którzy próbują zrozumieć, co się dzieje w życiu jednego z nich. I dlaczego. Co w teorii ma prowadzić do tego, co można z tym zrobić.

Mówią nam, że ma nas prowadzić ciekawość. Że nasz nurt nie jest najszybszą drogą do rozwiązania problemu, ale potencjalne zmiany są najgłębsze. Dlatego nie możemy skupiać się na ‚pomaganiu’ czy ‚dawaniu rad’, ale na tym, żeby zrozumieć co się dzieje, by klient też mógł dzięki temu zrozumieć i wtedy podjąc najlepszą dla siebie decyzję. Bo tylko zmiana, która wypływa ze środka jest trwała.

Zamknę bloga, kiedy zacznę konsultacje z klientami. Bardzo nad tym boleję, bo zamknięty blog usycha, tak przynajmniej mi się wydaje. Zobaczę. Może spróbuję jakiejś alternatywnej formy, może otworzę bardziej zanonimizowany, jeszcze nie wiem.

Dobrze śpię od kiedy wróciłam do Irl, nie posiłkuję się żadnymi wspomagaczami, czyli mój niepokój związany ze zmianami nie jest nadmierny. W ostatnich dwóch tygodniach w Pl sen mi się zmechacił, ja się zmechaciłam, umysł mi się rozpływał, chyba to było widać we wpisach. Mam wrażenie, że demencja i zaburzenia myślenia wpływają na osoby towarzyszące, szczególnie, kiedy jest się w kontakcie, nie odcina się od osoby starszej. Rozważamy różne opcje, jak to najlepiej rozwiązać, bo jasne jest, że sama siostra nie da rady, a dodakowa opieka rano i wieczorem już nie wystarcza. Teraz będziemy testować wersję z opiekunkami na stałe, z zamieszkaniem.

Kiedyś się poskarżyłam mojej pani, jak ja w ogóle mogę być terapeutką, jeśli tak bardzo odczuwam stan umysłu innych ludzi, jeśli mnie to wytrąca z równowagi i zaburza tak, że czuję się jak meduza na plaży. Odpowiedziała, że problem jest dokładnie odwrotny: jakbym mogła być terapeutką, jeśli bym się nie dawała zaburzać. Bo trzeba poczuć, jak bardzo coś jest ciężkie dla innej osoby, równocześnie mając wiarę, że można sobie z tym poradzić. I wracać do równowagi, ciągle i wciąż.

Za tydzień mamy pierwsze teoretyczne zajęcia w klinice, a za dwa tygodnie zaczynam swoją pracę w szkole. Myśle, że mam dobrze wszystko poukładane, bo wykładam głównie dwa dni w tygodniu. Ale i tak będzie pracowicie, bo dochodzi terapia własna, superwizja i oczywiście pierwsi pacjenci. Do tego odbieranie Mo ze szkoły, pianino, gimnastyka i dodatkowe zajęcia z plastyki.

Słoneczny piątek

Próbuję wymyślić zaliczenie, którego nie da się napisać chatemGPT. Po dwóch godzinach rozważania różnych opcji (prezentacja? refleksja?) skończyłam zwykłej klasówce.

Uczenie myślenia staje się coraz trudniejsze, a najgorsze jest to, że będzie miało to większy wpływ na słabszych studentów, którzy będą jeszcze bardziej odstawali od tych zdolnych.

Z rzeczy dobrych: pobiegliśmy. Kondycja pod zdechłym azorkiem, ale piątkę zrobiliśmy. Początek jesieni to fajny czas na bieganie, bo nie jest za gorąco. W Polsce  dwa razy nam się udało, sle z powodu upału był to koszmar i dało się biegać dopiero koło 19.

Mo cały dzień po szkole u kolegi z klasy. Mają klub, którego cel nie jest do końca jasny (wyjazd do Japonii? Rysowanie? Marudzenie?)

Czwartek jak codzień

Wczoraj deszcz.

Czekałam na naprawę roweru, dwie godziny bujałam się po mokrym Inchicore, w trakcie czego pan mechanik przy wymianie hamulców odkrywał coraz to nowe problemy; czekałam na miejscu, bo miałam czas i całą resztę potrzebną do skutecznego czekania, czyli komputer i ciekawe książki na czytaczu. W ten sposób na kawce w bardzo nowoczesnej kawiarni (beton, szarość, czyste linie, nie jestem pewna, czy lubię, ale kawa dobra) prawie skończyłam Affairs, True Stories of Love, Lies, Hope and Desire napisaną przez Juliet Rosenfeld, brytyjską terapeutkę analityczną. Bardzo wciągająca, tak zwana literatura terapeutyczna (której wciąż niezrównanym mistrzem pozostaje Irvin Yalom, którego podręcznik Group Therapy czyta się jak najlepszą powieść).

Książka o romansach, czyli ‚sekretnych, intymnych relacjach z kimś innym niż obecny partner’, napisana bez zbędnego żargonu ale z analitycznym pazurem i wgłębianiem się w temat. Bardzo polecam, jak ktoś lubi tzw. therapy porn, no bo cóż może być ciekawszego niż czytanie o zdradach i romansach, nie oszukujmy się:D.

Przy okazji zwiedziłam też Richmond Barracks, atmosfera pustki i przestrzeni, jakby galerii, samotne sale czekające na wystawy. W środku mały, zadbany skwerek, trochę roślin, a wokół niskie budynki kwater dla staruszków, ze stołówką, przestrzenią wspólną i pielęgniarkami, przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Przestrzeń prywatno/publiczna, metalowe krzesełka jak w kawiarence w parku, nie wiedziałam, czy mogę, ale usiadłam na jednym z nich pod ogromnym namiotem, kiedy zaczęło padać.

Rower naprawiony, ale w międzyczasie, zupełnie dla siebie niepostrzeżenie stałam się prawdziwym motorheadem, zaraz jadę po Mo i już się cieszę, że muszę samochodem z powodu deszczu. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że prowadzenie samochodu to było coś, za czym tęskniłam w Polsce, plan na przyszły rok to pożyczenie od kogoś auta i nauczenie się jazdy po prawej stronie.

NIc się nie dzieje poza tym, wszystko przysypia w oczekiwaniu na początek roku akademickiego. Jakieś zebrania zespołu, jakieś maile, zabrałam się też za dokumenty, ale idzie mi to powoli, jednak lenistwo własne nigdy nie zawodzi. Najchętniej zakopałabym się w pościeli i cały dzień czytała.

Bułkonie dla gawiedzi

Dzień był słoneczny z rana, teraz pochmurnie. Byłam u pani, tym razem spotkanie na żywo po dwóch tygodniach gadania przez telefon.

Nareszcie wciągnęłam się do pracy, bo muszę przyznać, że mi się nie chciało, a jeszcze bardziej mi się odechciało, jak zobaczyłam papiery do nowego przedmiotu, który mam prowadzić, wygenerowane swego czasu przez moją frenemy. Ale płynę, płynę w morzu chaosu, z ogryzkami pociachanych tematów i dryfującymi urywkami definicji, na razie ledwo się utrzymuję na powierzchni, ale dam radę, meh.

Kończę The Biology of Desire o uzależnieniach, bardzo, bardzo ciekawe. Lewis argumentuje, że uzależnienie to nie choroba, ale skomplikowany proces u  podstaw którego jest uczenie się i formowanie nawyków. Zaczyna się nagrodą i na początku jest impulsywna za nią pogoń, a potem, kiedy nawyk się utrwali, przejmuje kontrolę kompulsja, zachowania prawie-że automatyczne, bo mózg dąży do jak największej automatyzacji tego, co robimy często, żeby zwolnić kognitywne moce przerobowe na rzeczy ktore robimy rzadko. Ciekawe, bo pokazuje, dlaczego i w jakich warunkach tzw. kontrolowane picie działa, wbrew teoriom AA. Przyznam, że neurobiologiczne fragmenty ciężko mi się czytało, bo nie jestem biegła w częściach śródmózgowia i układach dopaminowych.

Dalej męczę Empire of AI, też ciekawe, ale chyba trochę zbyt drobiazgowe dla mnie. 400 stron, a jestem dopiero na samym początku😬. Ale pomaga myśleć o AI i zrozumieć to obecne pompowanie bańki pomimo, że firmy przepalają na tym miliardy rocznie, bo żadne AI nie daje jeszcze zysków, a droga do zarobku daleka. Gra się toczy o to, kto będzie pierwszy i zmonopolizuje świat, a że przy okazji zużywa to megagigadżule na generowanie esejów dla głupich studentów i bułkoni dla gawiedzi, who cares. Przynajmniej póki bańka nie pęknie. A jeśli rzeczywiście nie pęknie i ziszczą się sny miliarderów techno-faszystów, to chyba jeszcze gorzej dla nas.

Czytam poza tym Stephena Kinga, w Polsce jedynie opowiadania Kinga pomagały mi zasnąć. Uwielbiam jego opisy prowincjonalnej Ameryki.

Muszę poszukać pokoju/kliniki do praktyk, oczywiście trochę mi się nie chce, a trochę mnie to napawa niepokojem.

Ale ogólnie wrzesień, co zawsze wlewa w duszę dużo nadziei. Lubię.