Dzień w zalataniu, niby nic nie zrobiłam, a się umęczyłam. Rano zdecydowałam, że jeszcze jest lato i zdecydowałam się rzucić ku wyzwaniom dnia z gołymi kostkami.
Już po 15 minutach jazdy na skuterze hukajnodze zaczęłam tego żałować, przepizgało mnie porządnie, żałowałam, że nie mam rękawiczek, żałowałam, że nie mam czapki, zgrabiały mi ręce i kostki. Najpierw w jedną, potem w drugą stronę Dublina, na pracowe szkolenie, przed którym wyskrobałam pół godzinki na kawkę. Zagrzałam się.
Szkolenie. Zmarzłam. W klasie zimno, nastawiony nawiew czy inne cholerstwo. Przypomniałam sobie, że nie mam czapki, bowiem kolejną zapodziałam nie wiadomo gdzie. Wracając do domu wpadłam zatem jeszce po dwa duże kłębki włóczki na czapy w kolorach blady róż i fuksja, tak mnie ostatnio kobiece kolory nachodzą. Niestety, była tylko wełna i znowu będę miała czerwone paski na czole, kocham wełnę, ale ona nie kocha mnie. Potem z powrotem do domu, po drodze zlało mnie już dokumentnie. Gołe kostki, chyba mnie pogięło. Szybki lunch, rzucenie okiem na pracowe rzeczy, meh, jednak nie dziś.
Z powrotem do miasta, tym razem samochodem, bo przecież pogoda na wuj, po dziecko do szkoły, na lekcje muzyki, potem już tylko sklep, bo promocja mojej ulubionej, na odcinku parking – sklep znowu urwanie chmury. Znowu jesteśmy mokre. Ulubionej kawy nie ma. Wreszcie w domu, godzina 18.20.