Jestem w domu

Chyba nigdy wcześniej tak wyraźnie tego nie czułam, że tutaj jestem w domu.

Pościel pachnie naszym proszkiem, a łóżko jest takie cudownie wygodne!

Mi wysprzątał mieszkanie, wyprał pościel, wymył myjką parową podłogę w kuchni, zrobił zakupy i UPIEKŁ DLA NAS CHLEB. A potem odebrał nas z lotniska – pierwszy raz w życiu byłam tu odebrana z lotniska i muszę przyznać, że jest to bardzo miłe.

Poza tym nareszcie jest chłodno, ja wiem, że lato w Polsce to pot krew i łzy i nie ma, że boli, ma być 30 stopni w cieniu, muchy mają być tak ospałe, jak ekspedientki w mięsnym w latach osiemdziesiątych, osy mają się przylepiać się do blatu, bo inaczej to nie ma wakacji i każdy narzeka, ale to nie dla mnie.

Mój termostat się przestawił po 17 latach w Irlandii i w czasie upałów czuję się jak meduza na plaży w pełnym słońcu, jestem kupką galarety bez grama siły woli i zerowej sprawczości. Już nie mówiąc o nocach – kiedy leżałabym oblewając się potem, wdychając zakurzone powietrze suche jak wór zastanawiając się, czy o czwartej rano trochę się ochłodzi – gdyby nie klima. Ale co ją włączałam, to Mi się budził ‚co tu tak piździ?’ kiedy ja dopiero czułam, że moge oddychać i mam szansę zasnąć, więc wyłączałam i wtedy miałam malutkie okienko, tak dwudziestominutowe, na zaśnięcie.

Poza tym morze. Dziś olaliśmy rozpakowanie waliz i doprowadzenie ogrodu do stanu wyglądalności i pojechaliśmy nad morze, korzystając z pięknego słońca błyskającego pomiędzy przelotnymi deszczami. Oczywiście kąpaliśmy się, ale bez pływania, bo fale były ostre, a prąd wsteczny podcinał nogi. Amerykańscy naukowcy donoszą, że ludzie którzy mieszkają w odległości 50 km od morza żyją średnio rok dłużej, wcale mnie to nie dziwi.

Po kąpieli wylądowaliśmy na ramenie i donburi i sushi w ulubionej restauracji naszej córki. Ich weganski ramen to mistrzostwo świata. Uwielbiam kuchnię japońska, w dodatku jest ona zdrowa, zgodna z moją dietą, a Mi moze zamówić coś wiecej, niż  frytki i sałatę.

W stronę słońca

Wracam.

Najwyższy czas. Trochę smutno, trochę sentymentalnie, wiadomo, wakacje się kończą. A trochę się cieszę, bo naprawdę lubię swoje życie w Irlandii.

Mało miałam czasu dla siebie w Polsce, szczególnie ostatnie trzy tygodnie, opiekujące się rodzicami i dzieckiem trudno wykroić wolną chwilę tylko dla siebie. Kiedy nie byłam z mamą, organizowałam czas wolny dziecku, bo ma wakacje, a nie jest u siebie i nie ma żadych kolegów i koleżanek do biegania z. Poza tym bracia i siostry, bratankowie i tak dalej, jak już o tym pisałam, a na dodatek praca, bo przez ostatnie trzy tygodnie bylam już przecież w pracy😆. Oprocz rad egzaminacyjnych i paru maili nie zrobilam nic, musze się przyznać, pocieszam sie, że do moich obowiązków należy też czytanie książek 😄 Ale i z tym było słabo.

Mimo, że ich wszystkich kocham, a nawet lubię, brakowało mi trochę możliwości odcięcia się życia rodzinno-towarzyskiego i bycia u siebie, na swoich warunkach. Ale nie chciałam zostawiać mamy samej w łóżku za często, bo i tak spędza tam długie godziny na czekaniu, aż coś sie wydarzy – aż przyjdzie opiekunka, aż będzie obiad, aż ktoś jej włączy audiobooka, którego tato zaraz wyłączy, bo go denerwuje. Mama nie widzi, więc nic nie przeczyta, sama też nie włączy sobie niczego do słuchania, dla osoby ślepej ekran dotykowy to porażka, z odtwarzaczem na guziki też już sobie nie poradzi. Jest zupełnie zależna od czyjejś obecności obok, od tego, czy ktoś do niej podejdzie, poda jej wodę, czy zrobi kawkę i da ciasteczko. Więc chcialam z nią być.

Ale będę tęsknić za tym poczuciem swojskości. Trochę 😅

Jak pielęgnować wolność wewnętrzną

Krzątanina codzienna wciąga jak ruchome piaski, zanim się zorientuję, już mija pół dnia, a jakby nic nie minęło, bo nic się nie zmienia, nastawić wodę, zalać herbatę, zakropić oczy, śniadanie, taras, każdy dzień staruszka jest taki sam jak wszystkie inne, z małymi wyjątkami.

W poniedziałki i piątki przychodzi pan Michał i to jest prawdziwe wydarzenie porównywalne z piątkowym szaleństwem na imprezach, Mama prosi o pomadkę i perfumy, trochę zawstydzona, że chce być kobietą. Jeszcze. Dla opiekunki to dziwne, bo kto to widział, staruszka przed dziewięćdziesiątką pefumuję się dla trzydziestolatka! Ale czy jest to dziwne i naganne?

Innym wydarzeniem jest wyjście do kościoła w niedzielę, jest okazja, żeby gdzieś sobie pójść, konkretny kierunek i właściwy cel. W zeszłym roku, kiedy Mama jeszcze nie chodziła, puszczałam jej mszę w radio, a sama wy tym czasie czytałam sobie książeczkę, i wilk był syty i owca cała. Ale niestety, w tym roku nadgorliwa opiekunka zaoferowała się, że będzie w niedzielę Mamę wozić do kościoła i tak już utknęłyśmy, w tym jeżdżeniu do kościoła, bo trochę szkoda mi mamy pozbawiać tej jednej z niewielu rozrywek.

W międzyczasie Mama prosi, a prośby jej niestety jeszczem nie spełniła, żebym zawołała księdza do domu na potocznie nazywane ostatnie namaszczenie i ta nazwa wyraźnie przemawia jej do wyobraźni, bo jak ostatnim razem ksiądz dawał jej ten sakrament, teatralnym gestem czyniąc znak krzyża na jej czole, Mama zaczeła na całe gardło krzyczeć ‚O Jezu! O Jezu! Boję się! Nie chcę!’ bo się przestraszyła, że umiera. Mówię jej zatem, że już miała ostatnie namaszczenie, po co jej kolejne ostatnie? Wtedy to wcześniejsze będzie przedostatnim. Przed sakramentem oczywiście wyspowiadała się u księdza, uprzednio zwierzając się opiekunce ze swoich grzechów, zgorszona opiekunka wygadała mi je wszystkie, wyraźnie nimi zniesmaczona, nie wiadomo czy dlatego, że przewiny takie małe, czy takie duże. Ja też poczułam, że nie chcę słuchać o mamuni niecnych występkach, było w tym wszystkim coś głęboko niewłaściwego (halo? czy ktoś słyszał tu o kompleksię Edypa?), ale zanim zdołałam zaprotestować, już mi je powiedziano. Na marginesie dodam, że patrząc na twarz młodego księdza zastanawiałam się jak to jest musieć słuchać o tych wszystkich sprośnościach, okropieństwach, przemocach, przekraczaniach granic, perwersjach, zdradach, niegodziwościach, przestępstwach i seksie, i w ogóle o tym wszystkim, co ludzie uważają za grzechy, i mam wrażenie, że większość jest jednak o seksie, bo to najbardziej chwytliwy temat i do tego tabu, więc ludzie sobie najtrudniej wybaczają, tym bardziej, jak to takie ekscytujące, więc jak to jest być wystawionym na cały ten rynsztok tego świata tydzień po tygodniu, rok po roku, i to do tego bez żadnego wcześniejszego przygotowania – terapeuci mają chociaż swój trening i superwizje. Jak bardzo to musi ryć beret księżom.

Ale dosyć tych fantazji. Miało być o codziennej krzątaninie i o tym, że jedyny sposób, jaki na razie znalazłam, żeby się jej nie dać i zachować wolność wewnętrzną, to zacząć dzień od gimnastyki, od 20 minut jogi, od upewnienia się, że ja jestem ja, chodzę, żyję, stoję na głowie, bo inaczej, to człowiek przepadnie w odmętach świata staruszkowego, czas się zrobi jak guma, a przestrzeń jak przeciąg.

A co ja robię?

Nie mam weny na pisanie. Obserwowanie starości jest … trudne.

Zrezygnowała nam jedna opiekunka, więc przejęłam jej obowiązki na razie, na trochę. Nie mam czasu na pisanie, niby nic nie robię, bo co to jest obiad, apteka, zakupy, wizyta u lekarza, leki, spacer, wlączenie audiobooka, wyłączenia audiobooka, poprowadzenie do toalety, kolacja, owocek, wystawienie na taras na słoneczko, a codziennie dziesiątki drobnych, nic nie robień, zajmują mi cały dzień. Nie zapominajmy, że jest jeszcze Mo, więc jak już mamę usadzę tam, gdzie ma być, muszę się zająć dzieckiem. Może jestem nieprzyzwyczajona, a może ta praca jest niewidoczna, mental load, jak to mówią feministki.

Tato i mama, tak ich oboje pozamiatało prawie równocześnie, a tak naprawdę nie jest to nic ciężkiego, bo nic ich nie boli, żaden – tfu tfu – rak, mieszkają sobie oboje przy rodzinie, mają luksusową starość, bo i na wszystko im starcza i wszyscy się nimi opiekują, a jednak nie jest to proste. Oboje momentami jakby cofają w swoje dzieciństwo, chwilami są jak dwoje dzieci zdziwione, gdzie są i po co. Kiedyś schodzę rano, a pani Basia, opiekunka, przepasana fartuchem nalewa im obojgu owsiankę, a oni patrzą się na mnie jak para przedszkolaków, zdziwieni, że są tacy starzy.

Praca opiekuńcza jest chyba najbardziej niedocenianą z prac, jest niełatwa, niezbyt dobrze płatna i oczywiście nie szanowana. Psychika starego człowieka nie ma siły być już dorosła, już nie muszą się spinać, żeby zrobić to i tamto, dzieci już nie są małe i świat im odpuścił, więc oni też sobie odpuszczają. Zupełnie jak niemowlę potrzebują, żeby ktoś nadał ich życiu strukturę, rytm dnia, sens, bez tego się gubią. Codziennie, parę razy dziennie, bez ustanku słyszę

-Córciu, to co ja mam teraz robić? to co ja robię?

-Siedzisz sobie mamuniu przy stole.

-I co mam robić?

-Nic, a co chcesz robić?

-No właśnie nie wiem. To co mam teraz robić? A śniadanie już jadłam?

-Tak, zobacz, przed chwilą jadłaś.

– A leki? a leki już brałam?

-Tak mamo.

-To co ja mam teraz robić?

-A co chces zrobic?

-No właśnie nie wiem.

Pralka Frania

Skwar. Ja chcę do Norwegii!

Leniwe życie toczy się pomiędzy stołem, łóżkiem a tarasem, gdzie przerzucam moją mamę zależnie od okoliczności przyrody. Taras rano jest niedowytrzymania, w takich warunkach atmosferycznych nie są sue żyć, może tam być 50 stopni. Patelnia.

Czytam Hjorth, a raczej połykam, wpadła mi w kiedyś w oko na blogu Świechny i rzeczywiście jest świetna. Emocjonalna pralka Frania wyżyma do czysta, psychologicznie wiarygodna, autorka chyba sama jest taką czarną owcą rodziny, o czym wspomina w tym wywiadzie. Temat ciężki, ale ujęty fantastycznie, potępienie bez taniego moralizmu i podziału świata na czarne i białe. Tutaj proszę link to polskiego przekładu, mam nadzieję, że równie dobry, co angielski. Trzy siostry, czworo rodzeństwa, a kazde ma inną wersję przeszłości, mamy i taty, to tak jak u nas, pomyślałam. Każdy pamieta co innego, dobrze, jak wersję są kompatybilne, ale często o to trudno.

Ze smaczków ucieszyła mnie terapia psychoanalityczna głównej bohaterki, która pomogła jej (trochę) uporać się z traumą, i teraz słuchajcie: cztery razy w tygodniu, za darmo, przyznana na czas nieokreślony, tak długo, jak to konieczne. Za DARMO, czyli na ubezpieczenie. W książce trwa trzy lata i pozwala bohaterce pamiętać co sie stało i żyć, i choć nie leczy wszystkich ran, otwiera proces.

A u mnie w miedzyczasie dwa sny: w jednym profesor przydziela mi pracę opowiadania skeczów przed posiedzeniami Irlandzkiego parlamentu i przemówieniami Taoiseocha (premiera). W drugim siedzę na widowni z gazetką Brawo Girl, na której rozkładówce są kandydaci w takich małych, różowych kółeczkach i moim zadaniem jest wybranie papieża. Kiedy okazuje się, że wybrałam prawidłowo, w nagrodę idę na scenę na fotkę z nowym papieżem, wszyscy klaszczą, rzucają konfettii i trąbią.

Moja córeczka dalej nad jeziorem, tym razem z kuzynami, wujkami I ciociami.

Mniemasz, że mnie masz

Czas przyspiesza, kiedy chcę napisać coś na blogu, a potem zwalnia, a ja dochodzę do siebie. Wróciłam z koncertu, z imprezy znowu dwudniowej, z której środka wpadłam do rodziców jak śliwka w kompot, jak obiecałam, ale okazało się, że nie ma potrzeby z nimi siedzieć, więc z powrotem w taksówkę.

Party w ogrodzie, tak, jak lubię. Grill, muza, rozmowy. Jedna koleżanka myśli, druga ma siano w głowie, ja dyskusję na POWAŻNE TEMATY ignoruję, zupełnie nie ma to sensu po dwóch albo i trzech kieliszkach (wypitych nie przeze mnie, dla ścisłości).

Było ciekawie – ile mamy wspólnego z ludźmi, z którymi znamy się ćwierć wieku? Niektórzy poszli tam, inni siam, z niektórymi różnice, które były małe ciągle się powiększają, a niektórzy nadal blisko, choć na co dzień za morzem. Alkohol rozwiązuje języki i nagle wiem, co się ludziom w głowach snuje, kiedy siedzą przy stole zwykle tak bardzo grzeczni. Jesteśmy inni, jesteśmy różni, choć podobne namiętności nami kierują. Udajemy racjonalnych, ale gdy poskrobać, wychodzą mniemania. Ja też mniemam, że mam.

Cztery przyjaciółki, trzy pięćdziesiątki, spóźnione celebracje półwiecza. Dostałam przepiękny prezent! Oczywiście obraz, od razu stałam się fanką Gosi Kulik.

Potem tydzień u rodziców.

Nasycona do wypęku rodziną, rozmowami, fasolką szparagową, kotletami mielonymi, zupą, codzienną stałą obecnością, nawet bez rozmowy, samym byciem z, czuję się jak po obfitym obiedzie. Teraz leżę i trawię.

Z mamą to czasem takie rozmowy ‚Innygłosie, Innygłosie, a kto tam siedzi koło moich zębów??’ woła mama przerażona. ‚Zębi’ mówi mój mąż.

A czasem nagle z nienacka coś tak trafnego i w punkt odnośnie moich siostrzanych relacji, czyli jej trzech córek, że kapcie spadają, a powiedziane półgębkiem, niby od niechcenia: pół tonu ciszej, a bym nie usłyszała.

Z tatą niedobrze. Ledwo-ledwo dał się przekonać na wyjazd nad jezioro (‚tato, ale już się zgodziłeś! – Ale nie chcę! Nie będziecie mnie zmuszać! Tacy nagle najmadrzejsi! Nie będziecie mi rozkazywać! Zmęczony jestem! – tato, ale jesteś zmęczony, bo nie wziąłeś insuliny i masz cukier 400. – No i co z tego? Taka mądra. Nie będę chciał, to nie będę brał. Źle się czuję! – I tak w kółko, bo jest uparty do kwadratu).

W końcu brat pojechał z piątką dzieci i ojcem, dzieckiem, jak się okazało, najtrudniejszym. Pierwszej nocy tato wstawał na sikanie 7 razy, a po ostatnim wyszedł z domu i podszedł do jakiegoś pana na ulicy ‚czy może pan zadzwonić na policję? Bo nie wiem gdzie jestem i jak się tu znalazłem.’

Nie będzie lekko.

W międzyczasie wyjazd do innych znajomych, którzy porwali nas w góry Sowie na jedną noc. Ale to zupełnie inna historia, która wymaga fotorelacji, co może nastąpi.

Mało czytam literatury, powiedzmy, rozrywkowej. Skończyłam Vargę Śmiejący się pies– po początkowym lekkim rozczarowaniu, nie było takie złe. Ale mam wrażenie, że to jedna z tych książek, których już napisano wiele, książka ciągle o tym samym, tylko tym razem trochę inaczej – o rozczarowaniach starzejącego się intelektualisty, który nie do końca wie, o co chodzi w życiu, bo mimo, że się postarzał, to nigdy nie dojrzał.

Jestem w środu Fiedorczuk Jak pokochać centra handlowe – nie jest złe, jeśli ktoś nie ma dzieci i nigdy nie przeżył tego czasu na pograniczy jawy i snu, kiedy po dwóch miesiącach ciągłego bycia wybudzanym po dwóch-trzech godzinach człowiek nie wie nawet, jak się nazywa, to może się czegoś dowie o stanie ducha świeżej (bo niekoniecznie młodej) matki. Jeśli przeżył, to będzie zobaczy, że to nie książka, ale nagranie z życia.

Poza tym ukradłam siostrze tomiszcza o psychozie De Masi i to jest ciekawe. Psychoza jako dysocjacja, jako stopniowe pogrążanie się w zmysłowym świecie wykreowanym, świecie ekscytującym i kuszącym, jako ucieczka od realności, która boli. Psychoza jako zabawa światłem i cieniem, zamiast wołania mamy. Ekscytująca i kojąca gra z własnym umysłem, w której łatwo utknąć i już nie potrafić wrócić. Oderwanie od rzeczywistości, w której umysł kreuje własne, zupełnie nowe oprogramowanie, software do zmysłów.

No to jadę

Katar trochę lepiej, albo gorzej dla kataru. Może mi nie urwie głowy przy kichaniu, dobrze, że koncert na świeżym powietrzu, to nie zaraże pół sali. Wzięłam też maseczkę, w razie czego, maseczki to wspaniały element pamięci po pandemii!

No to jadę,

tramwajem na wojnę, na Pola Marsowe, z drugosierpniowym potem na skroni, bo wbrew zapowiedziom – skwar.

Mi śle takie zdjęcia znad jeziora:

Łowią ryby

Zazdroszczę,  polezalabym sobie na pomoście i pogapila w chmury.

A tu przede mną Fisz, Emade, Igo, Brodka, Porter, Sistars, Cinamon Gum, Szroeder –  warto? Dam radę? 😆

Może sobie posłucham w drodze na spotifaju, bo nie chcę przyjść tak na koncert nieprzygotowana😂

(Żartuje, niektórych znam, ale nie słucham).

Wczoraj było Pink Freud, to akurat lubię!