Boże Ciało

Siedzę na poddaszu w moim rodzinnym mieście, w komputerze Rada Egzaminacyjna, za oknem procesja ze śpiewami i kwiatkami, na ulicy ksiądz dzwoni, w komputerze registar czyta oceny po angielsku, ludzie śpiewają, egzaminator zewnętrzny czyta opinię.

Cudnie.

Na poddasze dochodzą prawdziwe zapachy lata, które w Polsce uwielbiam. Zaraz mamunię zapakuję na wózek i pójdziemy do ogrodu. Wprawdzie chciałaby do kościoła, ale może później.

Moi rodzice mają cudowną starość. Zaopiekowani po kokardkę przez swoje pięcioro dzieci – karma wraca, opiekowali się nami, wiec i my ich nie zostawimy. Oczywiście, jest to tylko możliwe dlatego, że jest nas pięcioro, niektórzy mają pieniądze, niektórzy mają czas, a inni energię, siostra nie ma dzieci, więc ma zasoby do opiekowania się, ja mam wolny cały sierpień i czerwiec, możemy być z nimi i dla nich. A jest to opieka 24 na dobę, bo oprócz dwóch opiekunek które są 4 godziny dziennie, żeby siostra mogła pracować, co chwilę ktoś z nas podwozi ojca do dentysty, mamę do kardiologa, ojca do diabetologa, mamę do okulisty, przeważnie prywatnie, bo wiadomo, ktoś pilnuje obiadu, ktoś wyprowadza mamę na taras. Rodzice są już zupełnie niepo adni, a jednak zadbani, z ustawionymi lekami, suplementami, raz na dwa tygodnie przychodzi pani do sprzątania, siostra mieszka nad rodzicami, więc jest na bierząco, jakby coś się działo. Tacie szwankuje pamięć już na poważnie, mamie całe ciało, a jednak są z nami, trzymają się tego życia, pozytywnie nastawieni do świata, mimo, że już nie mogą czytać (mamunia) ani uprawiać działki (tato).

Tato chodzi na działkę z przyzwyczajenia, kiedy tam jest, zapomina po co przyszedł, wraca z powrotem z sadzonkami, potem idzie znowu, po drodze kupuje piąty chleb i czwartą śmietanę. Gotuje zupę, pływają w niej dwie całe marchewki, zapomniał, że nastawił i poszedł się przespać. Albo mamy trzy zupy, bo dwie sie schowały na tarasie, zapobiegawczo wyniesione przez tatę. No ubaw po pachy, na smutno, a jednak na wesoło, bo jakoś tak pomimo to dobrze sie z nimi siedzi i rozmawia i dyskutuje.

Tato głosuje na Brauna 😀 wczoraj go prawie-że przekonałam, że się myli, że potrzeba nam silnej Europy żeby był pokój, bo inaczej znowu się pozabijamy, że braun niszczy zamiast budować, podkopuje podwaliny spokoju i dobrobytu, jak kret ryje tunele pod naszym domem. Pod koniec rozmowy, kiedy prawie dał się przekonać, tato, który zawsze dużo wiedział, mówi do mnie z podziwem – to ty córka dużo czytasz, tak naprawdę myślisz o tych sprawach!

Ale zaraz zapomina o czym rozmawialiśmy, wraca do brałnowego narodowego uniesienia, że potrzebna nam polska wiara i kościół i to przecież nienormalne facet z facetem, włącza internet i już zalewa nas znowu prawackie szambo.

Ale nic nie jest jednoznaczne. Z tatą mam obecnie dużo lepszy kontakt, pomimo tego brałna i całej reszty, niż kiedykolwiek wcześniej. Złagodniał, jakby trochę odpuścił tę cholerną chorą męskość, której tak się kurczowo trzymał całe życie, od chudego dzieciaka z domu dziecka do zostania ojcem, kiedy mu się wydawało, że ojciec jest od tego, żeby nakrzyczeć, spuścić lanie i wprowadzić dyscyplinę. Tak było w jego domu dziecka, tak go uczyła instutycja totalitarna, za co go nienawidziłam w moich nastoletnich latach i przez długi czas nie zwracałam się do niego inaczej niż ‚zły’. Kiedyś złamał mi palca, którego nigdy nastawiłam i do dziś mam krzywy, źle zrośnięty serdeczny na prawej ręce. Serdeczny, czy to nie znaczące? Dziś myślę, że to po to by mieć widoczny znak tej przemocy, która raniła mi duszę, żeby to tak nie minęło jakby nigdy nic, żeby ktoś to zobaczył.

A równocześnie ojciec troszyczył się o mnie, o nas, nigdy nie pił i nie palił i calkowicie potepial wydawanie na takie  przyjemności, zamiast na łyżwy dla dzieci. Zawsze czułam te jego troske, kiedy prawie umarłam jako dziecko i spędziłam pół roku w szpitalu poszedł do kościoła (a był niewierzący, bo z domu dziecka), pomodlił się, napisał piękny wiersz i powiedział mamie, że będę żyła. On, magister cybernetyki w Moskwie. Przynosił warzywa i owoce z działki, nie pryskane, prał nasze pieluchy, codziennie kroił jabłka na kawałki, które stawiał nam na stole obok ksiażki, wszystko dla dzieci, zawsze stawiał nasze dobro ponad swoim, tylko że to dobro rozumiał po swojemu – mieliśmy być zdrowo nakarmieni, mielismy biegać po podwórku, mieliśmy rano robić pompki i przysiady, niegrymasić i czytać książki, robić zadania z matmy i być najlepsi w szkole. I się go słuchać.