Piątek zawsze cieszy

Moje dziecko poszło do szkoły! Jeden dzień, sukces miesiąca!

Oczywiście w przyszłym tygodniu ma mid-term break, o czym się dowiedziałam wczoraj.

Ręce mi opadają, czy to dziecko może zdawać maturę z szydełkowania?? Ale cóż, mamy przynajmniej szczęście że ja pracuję teraz z domu – w przyszłym tygodniu rady egzaminacyjne ONLINE, kocham postęp technologiczny! Mi też dwa-trzy dni z domu.

Dzień ciepły, ale wilgotny. Clammy, jak tutaj mówią. (Pogoda w Irl, jak nie leje, dzieli się na crisp – słońce ale piździ, ulubiona pogoda tubylców, i clammy – nie ma słońca, ale nie piździ).

A wieczorem idziemy świętować 26 lat mojego syna, wreszcie, prawie po miesiącu od urodzin. Tym razem do tajskiej restauracji.

Poza tym czerwiec, więc wjechało mi uczulenie na pełnej.

A takie róże u sąsiada wczoraj pstryknelam:

Nananana

A jednak maj.

Jak przestaje padać, to nawet jest ładnie.

Mo lepiej, choć w nocy bolało ją ucho i znowu z nią spałam przez chwilę. Ale byłyśmy dziś w Asthma Clinic na dorocznym badaniu, wszystko dobrze, mimo, że Mo chora, pani doktor jest zadowolona.

Rano Promotorka pochwaliła moją pracę, jeszcze tylko ostatnie poprawki. Powiedziała, że ‚jest bardzo oryginalna’, hehe. Nawet, gdybym złożyła ją w takim stanie, jak teraz, to raczej zdam, więc luz. Nanananana. Oczywiście oceniał będzie kto inny, więc do końca niczego nie można być pewnym.

Wyliczyli mi zwrot podatku, nanananana, wystarczy mi na rok szkolenia klinicznego, co oczywiście również przyjęłam z ulgą. Już kombinowałam jaki kredyt wziąć, skąd pożyczyć i kogo oskubać. Wychodzi na to, że jestem wariatem, który każdą dodatkową kasę ładuję w edukację, no ale niektórzy kupują samochody, inni jeżdżą po świecie – każdy ma jakąś szajbę przecież.

Przyszło lustro do ogrodu, muszę zmolestować Mi, żeby powiesił.

Nie mam stołu na garden party.

Ani parasola! Może nie będzie padać, hahahaha. (Już to widzę).

Mi powiesił, jeszcze nie jest ok, za bardzo wygląda jak nówka sztuka nie śmigana, ale bluszcz obluszczy i będzie gites.

W domu

Siedzimy.

Mo szydełkuje w moim łóżku, a gdzieżby, zupełnie ją to pochłonęło. Wczoraj szydełkowałyśmy pół dnia, więc wieczorem zrobiłam sobie kąpiel, a ta o 22 zrobiła mi aferę i ryczy, że przecież zawsze wieczorem szydełkujemy razem. Na zdjeciu widać brudny rękaw bluzy, wszystkie bluzy i spodnie ma poplamione farbami i klejami, na moje marudzenie mówi ‚who cares?’.

To białe z tyłu to kominek w naszej sypialni, a raczej otwór kominkowy zamknięty, bo te domy były tak ogrzewane i teraz mamy trzy kominki w trzech pokojach;D W nowo budowanych domach już nie wolno instalować kominków, nad czym wielu Irlandczyków boleje. A ja się boję czadu i nigdy nie rozpalamy, nawet w dużym pokoju, gdzie nie mamy zamkniętego, ale musiałby nam kominiarz zrobić przegląd, pewno trzeba coś tam w środku wymienić, jakiś przewód czy inne cholerstwo, a kasa zawsze jest potrzebna na co innego, jak to zwykle bywa. Ale mam plany:)

Dzisiaj zrobiłam podatki. Taki irlandzki pit, jeśli ktoś miał jakieś wydatki na edukcję lub zdrowie to państwo część mu oddaje, więc trzeba zbierać rachunki od dentysty i lekarza. Jest prawie czerwiec, mierzyłam się z tym od stycznia.

Obejrzeliśmy Eternautę na Netfl, bardzo polecam. Po pierwsze, niesamowity argentyński serial, po drugie jego niesamowita historia. Został zrobiony na podstwie kultowej graficznej powieści Héctora Germán Oesterhelda, człowieka, który krytykował prawicową krwawą dyktaturę w Argentynie, wstąpił do lewckiego ruchu oporu, zresztą razem ze swoimi czterema córkami ukrywał się parę lat, ale wszyscy zostali porwani i zaginęli. Zamordowani przez huntę wojskową, która rozprawiała się z peronistami i lewakami. Myślę, że trzeba być świadomym takich rzeczy, że się działy i że mogą się dziać. Chciałabym pojechać do Argentyny i Chile, Brazylia trochę mniej, mam dużo studentów z Brazylii, którzy mówią mi że jest tam bardzo niebezpiecznie.

A u nas w domu zandbergiści i biejaci w tę niedzielę głosują na demokrację.

Jutro rano spotkanie z promotorką, potem tydzień na ostatnie poprawki, więc jeszcze zwolnić nie mogę. Ale oddech złapany.

Jak w morde strzelił

Czlowiek, który odda 50 stron pisaniny ma chyba jakąś super power. Dziś sadziłam kwiatki w strugach deszczu, who cares? Walnełam ostatnie ogryzki w pracy i pół dnia chodziłam po domu z poczuciem, co by tu jeszcze machnac? Posprzatalam szafke z przyprawami;)

A może to dlatego, ze sie wyspałam? 8 godzin jak w morde strzelił, bez tabletek, ale to cudne uczucie!

Być powoli

Mo znowu chora. Niby tylko katar, ale od ucha do ucha, a teraz jeszcze ‚brwi ją bolą’, czyli zatoki. Oczywiście wyrzuty sumienia, że ją zaniedbałam przez tę pracę, nie wciskałam warzyw, nie pilnowałam snu, teraz będę jak maszyna, jak robotmama, pięc porcji warzyw dziennie, 10 godzin snu, bez wykrętów, nie ma to tamto. Ona nawet nie ma złej diety, kurcze blade, inne dzieci jedzą fast foody na śniadanie, obiad i kolację kurczęta blade i nie chorują, nie wiem co tu nie działa. Jest pod kontrolą poradni z powodu astmy i wszystkie badania wychodzą dobre, ale choruje częściej niż inne dzieciory. I tak często kończą się nasze weekend – jak wreszcie mam chwilę oddechu i czas, to bachor chory, albo samochód walnięty, albo leje i piździ;) A wracam do kieratu i baj baj szalone wyprawy.

Dopiero co dwa tygodnie temu siedziała w domu cztery dni, potem nie puściłam jej na szkolny basen w poniedziałek, więc była w szkole całe 4.5 dnia, a wczoraj katar po sam czubek nosa. W nocy pojękiwanie, które mnie skutecznie wybudzało, jeszcze nasłuchiwałam czy to przez sen, czy już płacze no i w końcu po 1 wstałam, a ona biedna już cicho szlochała w łóżku, bo przypadkowo wylała herbatę. Zmieniłam pościel i położyłam się koło niej, zasnęła w pół minuty, a ja ku swojemu zdziwieniu też. Zawsze jestem zdziwiona, jak ten radar rodzicielski działa, nie mogę spać jak moje dziecko w drugim pokoju marudzi nawet z powodu zwykłego kataru, przytulam się do niej, ona do mnie i nagle wszystko jest dobrze, nawet jak nie jest, i zasypiamy.

No i jeszcze muszę napisać, Jamama nie słuchaj, że przez ostatnie parę dni wspomagałam się tabletkami na sen, niewiele, niby mikroskopijne ilości, często jedna druga z jednej czwartej, no bo musiałam przecież skończyć to pisanie, a do tego przecież u mnie w pracy też koniec roku i to i tamto i siamto i czterdzieści esejów i prezentacji do sprawdzenie, i osiem licencjatów, więc stres a nie mogłam sobie pozwolić na niespanie. Ale już wczoraj leżałam, leżałam i słuchałam pojękiwania i nie mogłam zasnąć. Wracam do metod naturalnych;)

Ale jest dobrze. Trzeba dać sobie czas na to, żeby być powoli teraz.

Update: już jest gorączka, czyli nie zwykły katar. No tak, wczorajsza noc nie wróżyła zwykłego kataru.

Grafomanka

Wysłałam wczoraj, trzy minuty po północy. 50 stron, nie wiem jak to napisałam. Pierwsza wersja, jeszcze do poprawki, ale nie zaglądam tam aż do rozmowy z promo.

Dziś cały dzień bez komputera, byłam w parku z różami nad rzeką. Padał deszcz. Ale świat jest piękny!

Muszę wam napisać o cioci Mirci, która ma 95 lat i jeszcze niedawno opiekowała się ciocią Manią, która miała 97 lat, ale właśnie umarła.

Ale to nie dzisiaj.

Rzeźko, nowy dzień

Dzień dobry, jak się spało? Co się śniło? U mnie sen to towar deficytowy, ale tym się na razie nie przejmuję. Jak zamykam oczy to zdania mi się w głowie po angielsku klują i całą noc potem knują, czasem słowo mi wyskakuje z głowy, którego znam tylko kawałek brzmienia, ale moja nieświadomość mówi mi, że jest ono akurat najbardziej akuratne, czasem pamiętam tylko po polsku, czasem pamiętam tylko po angielsku i nie za bardzo pamietam, co ono może po polsku mówić.

Dziś będzie dobry dzień.

Rano na hulajduszy do pani, na 9 rano przez pół Dublina, wzdłuż kanału i dalej na południe, przez biedne i bogate dzielnice, koło dziesięciu kościołów, Uniwerku i meczetu. Poranne rzeźkie powietrze. Słońce. Ludzie na rowerach i na ulicach.

A teraz pisanie pisanie pisanie, ostatnie dwa dni na skończenie całości do pierwszego draftu. Jeszcze wstęp nie gotowy, ani konkluzja, ale mam 36 godzin:D Kawka. Druga kawka. Przyszły pocztą jakieś roślinki, zajmę się nimi na weekend.

Potem promotorka pewno coś skrytykuje czy zasugeruje, potem trzeba będzie to uklepać w całość, a potem to będzie na tyle.

A polityka? Praca u podstaw.

Karp nie przebacza win

No dobra, wystarczy tego mądrzenia, bo po co to komu. Trzeba zachować zdrowie psychiczne, zwłaszcza w takich czasach:)

I tak mi przyszło do głowy – a co jak przyjedzie do mnie jako terapeutki jakiś brałnista, wyznawca memcena czy inna krew z krwi korwina?:D Noż to trzeba temu człeku pomóc przeca, więc od dzisiaj, trzymajcie kciuki, będę starała się ZROZUMIEĆ i nie oceniać. A bozebron się naśmiewać!

(A mój mąż miał kiedyś sen, że ‚ja jestem Korwin, co nie pija win i nie przebacza win’ mówił Korwin w formie karpia na wilgilijnym stole)

Zrozumienie jest proste (ale trudne, jak wszystko co proste), bo wszystko wynika z bólu psychicznego i próby jego uniknięcia. Czuję się nikim – przecież jestem kimś, czuję się gorszy od tutejszych, ale przecież lepszy od innych.

Poza tym Obcy zawsze działają na wyobraźnię, bo mogą być zagrożeniem i czasem bywają zagrożeniem. A w obliczu pogłębiających się nierówności, zmian klimatycznych i miliardów ludzi żyjących na granicy ubóstwa w innych krajach, zaczynamy się bać, czy dla nas wystarczy i czy będziemy bezpieczni. A przecież dopiero się dochrapaliśmy, dopiero co postawiliśmy swoją nóżkę w tym pierwszym świecie mlekiem i miodem płynącym, i nagle co – mamy się dzielić???

No to się znowu powymądrzałam, no ale to mój blog ostatecznie:)

A na dworze leje.

NARESZCIE, bo spaleni słońcem Irlandczycy wieszczyli koniec świata.