Czwartek z piekła rodem przeminął, wszystko się udało, ale było gęsto. Kawa oczywiście wypita, a nawet dwie, bo bez kawy nawet nie zakładam biustonosza.
A zatem zaczęłam z panią o 9, musiałam trochę uciąć, bo w szkole mam być o 10.45. Do szkoły na skuterze hulajnodze elektrycznej, mam sesję online z komisją, co nam przyznaje uprawnienia do prowadzenia studiów (co 5 lat musimy występować o walidację). Przyjeżdżam prawie na styk, w windzie sprawdzam, że nie mam zarezerwowanej sali, bo nie było wolnych, więc idę do budki online, tam internet się międli i międli, na szczęście mam swój komputer, więc się loguję, ale na zły link, nie ma to jak w kalendarzu zostawić google meet, a zrobić spotkanie na zoomie. Dzwoni szefowa, gdzie jestem i dopiero wtedy wysyla mi właściwy link. Spotkanie kończy się o 11.50.
Pędzę do klasy na dwunastą, mam dwugodzinny wykład, z przerwą na siusiu. Dobrze, że fajna grupa i fajny temat. Kończę za dziesięć druga, o drugiej kolejna sesja panelu, tym razem z innymi wykładowcami odpowiadamy na pytania przedmiotowe, siedzimy we trójkę w jednej sali z tymi, co dziś muszą być w szkole, ale jedna osoba nie wzięła słuchawek i komputera, więc muszą siedzieć we dwójkę przy jednym, a głos z ich komputera inferuje z moim mikrofonem. Wkurzam się w duchu na tego wykładowcę, bo jest wiecznie nieprzygotowany. Sesja z panelistami akurat się idealnie wpasowała w moją przerwę na lunch, więc szkoła nie odwołała mi żadnych zajęć. Na szczęście komisja nie ma żadnych pytań do mojego przedmiotu, grilują koleżankę.
Kończymy za dziesięć trzecia, o trzeciej zaczynam kolejny dwugodzinny wykład z Amerykanami o państwie opiekuńczym i polityce społecznej Irl. Całe szczęście na tych popołudniowych zajeciach wprowadziłam zwyczaj, że na ostatniej godzinie coś sobie oglądamy – mamy w sumie cztery godziny w tygodniu i na tej ostatniej, przed piątą, to już naprawdę ani ja, ani oni nie mamy siły na następny zestaw slajdów. Tym razem Pavee Lackeen o Travellerskiej dziewczynce, film w klimacie Bunuela Los Olvidados czy Kes, oglądam chyba czwarty raz, ale dalej z ciekawością. Aktorzy to naturszczyki, film wolny, snujący się i przejmujący.
Kończymy za dziesięć piąta, poprawiam jeszcze obecności dwóm gapom, którzy zapomnieli karty, ale jestem dziś dobra ciocia! pakuję się, wpadam do sklepu bo promocja kawy, kupuję 10 paczek lavazzy. 42 euro. Szybko, szybko, szybko. Jadę do domu, jestem umówiona ze studentką, że otworzę jej test w systemie o 17.30, nie mogła pisać, kiedy pisali inni. Mówiłam że jestem dobra ciocia? Piszę do niej, że się spóźnię 10 minut. Pędzę, w domu pięć minut gadam z Mi, który już zgarnąl Mo ze szkoły i robi mi frytki, jak co czwartek. Otwieram studentce test i mam pół godziny na zjedzenie czegokolwiek, bo o 18.15 zaczynam z wieczorowymi. Dobrze, że pierwszy wykład to moja specjalność, mogę go zrobić z zamkniętymi oczami w środku nocy, z palcem w nosie i bez slajdów. Po wykładzie mam 15 minut przerwy na siusiu, ale zostaje mi na zoomie jedna, która musi ze mną porozmawiać. Rozmawiamy, sprawa trochę skomplikowana, obiecuję, że pogadam, że się wstawię, nic więcej nie mogę zrobić, ale wyraźnie musi się trochę wygadać. W końcu po 8 minutach ucinam delikatnie, bo o 20 zaczynam kolejny wykład i muszę choć trochę głowę przewietrzyć, może zrobić sobie herbatę, a może pójść do toalety. Ostatnie zajęcia kończę o 21.30. Jeszcze tylko sms do mamy mojego infanta.
Przeżyłam.
Żyję.
Jest piątek, zaraz zabieram się za esej.