Kukuryku w Corku

W Irlandii fala upałów, a ja muszę siedzieć i kończyć eseje, buuuu!

Ale jak już pisałam, zrobię sobie dzień wolny na weekend majowy. Może nawet 1 i pól, o, a co! Na pohybel!

W wolnych chwilach, kiedy mi mózg paruje, ogadam sobie oferty z ogrodniczych sklepów, mmmmmhh, dobrze, że akurat nie mam nic kasy, bo bym wszystko wydała. (Nie wiem, czy to ma sens).

Rybeńka mnie natchnęła, bo leci do Cork na śpiewanie, więc jak ktoś nie wie jak się robi kukuryku po Corksku (?) to proszę bardzo. Obiecuję, to wam zrobi dzień, a trwa tylko 1 minutę 19 sekund.

Słońce

Dzień jak złoto, a ja nad papierami. Ale byłam też u pani, samochodem, gorąco! uff jak gorąco! choć lubię jeździć.

Muszę sobie kupić rower, nie elektryczny, tylko taki, żeby się zmęczyć.

U pani tym razem tematy wakacyjno-słoneczne. Myślami jestem przy moim wakacyjnym party, chcę kupić misę na ogień! Już dawno chciałam, a teraz mam powód.

Siedzę dziś nad infantem, historia powoli nabiera sensu, ale muszę przyśpieszyć, bo nie mam czasu na ‚powoli’.

W majowy weekend robię sobie jeden dzień wolny, nananana.

Etapy życia

Weekend słodko-gorzki, wczoraj mieliśmy ostatnie zajęcia, siedem godzin tym razem o mózgu i terapii, czyli neuroscience, epigenetyka, trauma, uzależnienia, osobowość borderline, i wisienka – terapia pacjentów z amnezją następową, czyli takich, co zapominają kim jesteś i po co są w gabinecie. Bardzo, bardzo ciekawe.

Ostatnie zajęcia, czyli za nami setki przeczytanych stron i dziesiątki wysłuchanych wykładów, kilkanaście napisanych prac, dziesiątki godzin procesu grupowego i obserwacji infanta. Ulga i smutek, bo już nigdy nie będę studentką, a wszystko było cholernie ciekawe, ulga, bo to jednak wysiłek i każdy weekend zajęty, jak nie pisanie eseju to zajęcia. No i KUPA KASY, oczywiście, jeden rok magisterki w Irl to 10tys. euro, a moja trwała dwa lata.

Teraz będę miała weekendy wolne, solennie obiecuję samej sobie, będziemy jeździć do lasu i nad morze i będę siedzieć w ogródku i pić kawkę i sadzić kwiaciory i robić tajską zupę i piec chlebek bananowo bezglutenowy i chodzić do teatru i do galerii i napawać się światem, bo wiecie jakie są trzy etapy życia?

W sobotę poszliśmy jeszcze na piwo, jedyne towarzycho, z którym się tak głęboko, nomen omen, rozmawia o kupie, siku, cyckach, penisach i zboczeniach. I nie tylko. Będzie mi tego brakowało.

Jeszcze tylko trzy eseje w piątek, miesiąc później magisterka, potem party w moim ogrodzie.

Finito.

A w przyszłym roku zaczynam praktykę kliniczną i będę miała pierwszych pacjentów. O-O

W niedzielę za to spokojnie, obudziłam się o 5, zrobiłam sobie kromeczkę chleba upieczonego przez Mi z masłem, a co, powiedziałam sobie, że jeszcze przecież nie czas i poszłam dalej spać, a kiedy otworzyłam oczy była 10. Mo dostała nowy rower, więc jeszcze koło 11 spacer do lokalnego parku, już nie będzie okazji do naszej małej tradycji przez dłuższy czas.

Potem pisanie.

Mi sprzątnął badyle z ogrodu, porąbał choinkę, może przychodzić Pan do Koszenia. Donice nadal straszą i straszyć będą na razie, może się uda coś wsadzić do ziemi na majowy weekend, po esejach.

***

Jeszcze tylko 2500 slów i 17 esejów do sprawdzenia, bleee, eseje mi nie wchodzą.

Już czuję, że będę musiała ciachać wypociny, bo już jedna praca jest za długa a baby obs to pisze się jak marzenie grafomana.

O czym nie piszę

Nareszcie słońce!

Mo siedzi w domu, a ja nie mam już zajęć w szkole, więc zaczęłyśmy co rano chodzić na spacer do parku. Robię kółeczka po alejkach, a Mo sobie ćwiczy na zipline, owiewają nas zapachy kwitnącej wiśni i kwiatuszków, ptaszki świergolą, a już o 10 rano mam 5000 kroków, ha! Przyjemności pracy z domu. Oprócz tego joga co rano, jeszcze przed spacerem, ale to od zawsze, co najmniej od 15 lat.

Czesto się pisze na blogu o rzeczach nieoczywistych, o zmianach, wydarzeniach, zadziwieniach. Trudno pisać ciekawie o tym, co jest tłem, codziennością, łańcuchem powtarzalnych czynności, a to właśnie nadaje naszemu życiu niepowtarzalny charakter. Nie piszę zatem, że codziennie ćwiczę od wielu lat, nie długo, może z 20 minut, ale codziennie, nie piszę, że gotujemy trzy obiady, albo tak zwany obiad kombinowany z różnych składników, bo każdy z nas ma inne diety/smaki/ograniczenia, nie piszę, że nigdy w życiu nie pracowałam w biurze od 9 do 5, wróć, wróć, w młodości pracowałam tak pół roku jako asystentka prezesa banku;D, nie żartuję, ale teraz nie bardzo sobie wyobrażam, że mogłabym tak pracować. Nie piszę, że tak naprawdę muszę być w pracy tylko 6 miesięcy w roku, bo oprócz wykładów, resztę mogę robić na własnej sofie z kawką w ulubionej filiżance, w Irlandii albo w Polsce, albo w Portugalii. Co nie oznacza, że mało pracuję, bo pisałam już o moim pracoholiźmie – jak tylko zrobiło mi się trochę luźniej, to zaraz sobie studia wymyśliłam i teraz, kiedy każdy z pracy odpoczywa i wysyła zdjęcia targów z Tarragony, ja użeram się z analizą 26 obserwacji infanta, po 4 strony każda.

Jutro kupuję ławkę do ogrodu, już się cieszę na to siedzenie na słoneczku pod oknem.

***

Stan na dziś: zostało 4100, 0 komentarzy, 17 esejów. Opowieść o infancie pisze się łatwiej niż myślałam. Ale jeszcze muszę zakończyć esej.

Krętacz zapalony

RANY ZNOWU LEJE! I TO JAK!

Ale mi to nie przeszkadza, bo po pięciu latach od diagnozy RZS zostałam dziś wypisana z kliniki reumatologii, lekarze pewno już nie mogą słuchać o mojej cudownej diecie bezglutenowo-beznabiałowej. Nie biorę żadnych leków i nie mam żadnych objawów, więc powiedzieli mi żegnaj. Jak ktoś zainteresowany to mogę podać namiary na moją dietetyczkę (z doktoratem z UCL), a jak ktoś chce sam spróbować, to może sobie wyguglać protokół autoimmunologiczny. U mnie to działa, ale ja zaczęłam dietę od razu, miesiąc po diagnozie, po pierwszym rzucie choroby, kiedy nie mogłam podnieść rąk do góry, bo mnie tak bolało.

Teraz boli mnie trochę jedno biodro, co mnie martwiło od trzech miesięcy, ale lekarka powiedziała, że to nie RZS, na szczęście, tylko zapalenie kaletki krętacza i walnęła mi w tyłek steryda. Haha. Zobaczymy. Pewno zrobiłam to sobie bieganiem, jak mnie poniosło i walnęłam trzy biegi w ciągu jednego tygodnia. Ale jakby co na dowidzenia zrobiła mi jeszcze rtg biodra, żeby nie było, że coś przeoczyła.

Oprócz tego się nie poddaję. Dziś kolejne 12 prac sprawdzonych i zaczęty esej o infancie. Pełna nadziei – może jednak dam radę.

Oddałam rower do przeglądu, a kiedy pan wymieniał hamulce, akurat miałam czas na sprawdzenie czterech prac na pysznej kawce w knajpie obok. Tym razem nie czarna, ale jeszcze bardziej hipsterska, kawka rewelacja.

Mo idzie jutro do kina z Ad i Re, przydałoby się, bo siedzi w domu od tygodnia.

A na zewnątrz wybucha wiosna, niezależnie od pogody i temperatur (dziś rano 10 stopni, brrrr).

***

Jeszcze 5700 słów, 17 esejów i 11 komentarzy. (Plus dwa ostatnie rodziały pracy mag, ale tym bedziemy się martwić w maju).

Wesołego Alleluja!

Czy co tam sobie świętujecie:)

Ja dziś odpoczęłam.

Okna nie umyte, półki nie sprzątnięte, dom zapuszczony, ale to nie ma znaczenia.

Na śniadanie przyszedł Ad i Re – na zdjęciu Mo jeszcze na nich czeka – chyba nie muszę pisać, że było bardzo fajnie. Z synem mi się zawsze dobrze rozmawia, z jego Re coraz lepiej, to znaczy jest coraz bardziej familijnie i domowo, mam wrażenie, że ona też czuje się bardziej swobodnie, bardzo polubiła niektóre polskie zwyczaje i potrawy. Nie lubię gadania po angielsku w domu, ale nie chcę, żeby się Re czuła wykluczona. Dla mnie mnie angielski niestety chyba zawsze będzie dość drewniany, choć już dość łatwo mi się wykłada, to swobodne konwersacje przy stole rodzinnym najlepiej jednak mi się prowadzi po polsku.

Przygotowaliśmy dość mało jedzenia, jajka, wiadomo, Mi zrobił swoją warzywną sałatkę z dzieciństwa z wegańskim majonezem Hellmansa (rewelacja! lepszy niż prawdziwy) oraz upiekł chleb, ja upiekłam białą kiełbasę, oprócz tego przeróżne warzywa, kiszone ogóreczki, ciasto, wystarczy. Nareszcie miałam okazję wyciągnąć moją cudną bolesławiecką zastawę, którą dostałam na urodziny. Po południu zrobiliśmy jeszcze żurek, z pomocą Adka, bo się dziś nastawił na żurek.

Cały dzień przegadaliśmy, graliśmy w Wybuchające Kociaki, a dziewczyny grały w szachy. Odpoczęłam.

Było mi to bardzo bardzo potrzebne, bo wczoraj już znowu nie mogłam zasnąć, tak się pracowo zapętliłam w głowie.

Dziś tylko ocenię 6 małych prac i to będzie na tyle. Infantem zajmę się jutro.

Czyli Alleluja i do przodu!

Kto ma zęby

Dziś gryzę. Przegryzam się przez esej, wbijam się zębami, przeżuwam temat i swoje myśli. Wkur… się na pracę, siebie i rzeczywistość.

Gryzę. Gdzieś tam na marginesie świadomości rzuca mi się w oczy Braun – jak można być takim chamem i kretynem równocześnie? Jak ktoś cierpi dziś na za niskie ciśnienie to proszę: https://www.facebook.com/watch/?v=2178499135912213

Poza tym Polska obniża składkę zdrowotną w sytuacji, kiedy mamy ją jedną z najniższych w Europie. I Hoł… ze swoimi durnymi metaforami dziurawego wiadra, a nie wpadł na to, że może jako AKTUALNY polityk zająć się łataniem wiadra.

Cały dzień leje.

Trochę się nie wyspałam, bo znowu nie posłuchałam samej siebie i niepotrzebnie oddałam się głupiej dyskusji o nierówności na whatsappie (brat mi podesłał linka, że IQ jest coraz bardziej skorelowane z zarobkami, czyli biedni są biedni bo są głupi, prawda?). Wspaniały temat do rozkminiania o północy, stukając jednym palcem w komórce!

Z rzeczy dobrych: szwagierka, która całe życie głosowała na PIS pisze, że będzie głosować na Biejat. Lata pracy u podstaw …;D

No i wiadomo, kto się śmieje ostatni.

Zostało 17 dni i 7.200 słów.

Oczy niestety otwarte

Cóż tu dużo pisać, jak muszę pisać, siedzę nad esejami, tym razem. 18 dni na 8 tys. słów, nie wygląda to dobrze, ale nie poddam się bez walki. Do tego nie zdążyłam Mo zapłacić za obóz gimanstyczny na wielkanoc i siedzi dwa tygodnie w domu:(

Z plusów, znowu świszczy i kaszle, więc i tak by nie poszła, a tak zaoszczędziłam 110 euro za 4 dni.

Ogód mnie załamuje za każdym razem, jak wyglądam przez okno. Ale cóż, wszystko ma swoją cenę.

Z panią też rozkminiamy trudne tematy. Dziś płakałam, a myślałam, że już mnie nie rusza. Wiecie, że najtrudniej jest sobie wybaczyć? Przyznanie się do tego, że nie było się dobrą mamą łamie serce. Jak człowiek zaczyna więcej widzieć, to chce natychmiast zamknąć oczy, bo to jest nie do zniesienia.

No i jak zwykle – piszę, żeby zapamiętać, że bywa i tak. Trudno. Ale nie trzeba mnie pocieszać.