Siedzę w domu, trochę wydobrzałam i włóczę się po blogach, zamiast pisać. Ciężko mi się zabrać do pracy (tworczej dodam, jakoś z inną nie ma problemu).
A propos, bardzo polecam, to kolejny artykuł, który o tym samym mówi – mamy za dużo, za bardzo, za wygodnie nam, za dobrze, za dostatnio, za dużo bodźców i nagród. Że dzieci, które za dużo mają, nigdy nie będą zadowolone z tego, co mają, bo to jest stan BAZOWY, to jakby być szczęśliwym, że ma sie rano chleb na śniadanie, albo wodę w kranie – przecież nikt nie wpada w ekstazę z tego powodu, jeśli akurat urodził się w kraju bogatej Globalnej Północy. Nie. Trzeba więcej, żeby być szczęśliwym, nieprawdaż?
A równocześnie żyjemy w jakimś takim czasie ogólnego braku bezpieczeństwa, pomimo, że niby mamy tak dużo, to boimy się wojny, katastrofy klimatycznej, broni nuklearnej, mamy ciągle poczucie niepokoju, które zagłuszamy social mediami, blogami, randkami, zakupami, kompulsywnymi podróżami itd itp nie będę się rozpisywać czym, bo każdy ma swoje.
Tyle razy już o tym pisano, z różnych perspektyw, czy to w kontekście Dopamine Detox, czy jak to nam (i dzieciom oczywiście) się skrócił attention span w ciągu ostatnich 10 lat, i tak dalej i tak dalej, a jednak ciągle się na to łapiemy… łapię powinnam napisać, ciągle się na to łapię i muszę się ciągle oduczać wskakiwania do tego basenu pełnego smakowitych kąsków, kawałków informacji, informacyjnego junk food, odpowiadania na wiadomości na whatssapie i messangerze, fb, na komentarze na blogach, przeskakiwania z The Irish Times do Wyborczej, Polityki, Guardiana i The Altantic.
Muszę przejść na dietę, jednym słowem. Przestać napychać się info-słodyczami.