Nie zdzierżyłam w poniedziałek i opitoliłam róże, oraz jakieś krzaczory pod płotem, co zawsze mają takie czarne jagody, dodatkowo bluszcz Virgnia Creeper i na końcu jabłonkę. Bluszczowi to najmniej zaszkodzi, dla róż lepiej późno niż wcale, tylko tej jabłonki nie jestem pewna, bo cięłam na oko, a ona krzywa jest jak babuleńka i już dawno powinna być cięta, teraz to nie wiem, czy nie zaszkodzi. Wstawie zdjęcie jak je zrobię i może ktoś coś poradzi, bo ja się znam na przycinaniu jabłonek jak koza na pieprzu.

Zobaczymy. Wiosna mnie natchnęła i św. Patryk, bo podobno na świętego Patryka to ostatni dzień, kiedy można ziemniaczory sadzić do ziemi, więc jakoś mi się skojarzyło z pracami ogrodowymi.
No i cholera zaraza jedna wczoraj mnie dopadła, na studiach siedzimy w takiej okropnie zimnej sali, obok jest sala dokładnie taka sama, tylko ciepła, u nas jest zawsze koszmarnie lodowato, jak w grobowcu. Zaczynam podejrzewać jakieś duchy, może ktoś tam się wyniósł na drugi świat kiedyś, a teraz nas nawiedza, i przebacz mi Brunhildo, tym bardziej, że to budynek na terenie szpitala – kto wie, jakie robili tam eksperymenty… Po półtorej godziny zawsze tam zaczynam kichać, potem opuszczamy nawiedzony pokój i robi mi się przeważnie lepiej, ale wczoraj mi się nie zrobiło, tylko powoli rozkładałam się w cichości ducha na kolejnych zajęciach.
W nocy obudziłam się o trzeciej, w zestawie gil do pasa i ból głowy, tak się wcześniej cieszyłam (w duchu), że wszyscy chorzy a ja dawno nie, że mam za swoje. Nic poważnego, ale upierdliwe, do tego stopnia, że zgodnie z nowym postanowieniem dbania o siebie po całej nocy umierania na katar wysłałam rano smsa do pracy, że jestem chora. Ja nigdy nie jestem chora, więc szefowa tylko życzyła mi zdrowia, z drugiej strony co ma zrobić, z gilem do pasa nie mogę występować przed dwudziestką studentów, bo za tydzień wszyscy będą chorzy (może powinnam w takim razie). Ale z takim zatkanym nosem to nawet Mi nie rozumie co mówię.
I tak sobie dziś siedzimy w domu, bo Mo też ZNOWU CHORA. Pewno od niej to złapałam. Dopiero była chora tydzień temu, a teraz znowu, ale nie udaje, kaszle jak stary gruźlik, a jeszcze nam się skończyła inhalacja na weekend, więc obserwowałam ją czujnie, czy się nie zacznie dusić. Ale na szczęście takie historie to już przeszłość. Ale póki świszczy, to nie może iść do szkoły.
W ogrodzie pięknie, ale boję się tam zaglądać, bo wszystko patrzy się na mnie z wyrzutem.
***

Żeby nie być goloslowna, zmierzyłam sobie gorączkę i wyskoczylo 39.5, no to chyba jutro na noszach by mnie musieli zanieść do pracy. Ale stare przyzwyczajenia prekariatu umierają długo, więc oczywiście trochę mnie niepokoi jak szefowa to przyjmie. Jak ktoś wchodził na rynek pracy w roku 2000 to ma pewne tendencje do zapierdolu.