Moja Ulubiona Zmiana Czasu

Przepiękna pogoda, słońce, ciepło, nareszcie! Ja oczywiście siedzę w domu, na chwilę wyszłam z laptopem do ogrodu, powystawiać twarz do słońca. Pachniała mi japońska skimia, w głowie robiłam notatki, co muszę przesadzić, wyciąć, wyplewić, maliny to kurcze chuligany, włażą mi na trawnik, lewenda marnieje, muszę ja szybko do doniczek, płot do naprawy, szopa do demolki. Przyroda jest fajna, bo odrasta, jabłonka wygląda marnie, ale za rok, hohoho! Potem wróciłam do domu, bo przecież piszę, a tu mi słońce włazi do oczu, a przyroda do głowy i nie daje się skupić.

Piszę.

Fajnie o tym mówi Stephen King, że zaczynanie pisania, to jak odpalanie starego auta – najpierw kaszle, krztusi się, charczy, więc człowiek próbuje i próbuje i się wku… idzie do domu i wraca, ale jak zaskoczy, zassie, to ciągnie. Więc ciągnie.

Oprócz tego oczywiście tytuł jest po to, żeby wszystkich trochę powku…, ale chyba jednak lubię zmianę czasu. Podobno nasz zegar biologiczny lubi tę zmianę, a badania, że nie, są naciągane😉 Jakbyśmy żyli bez zegarów, z wiosną zaczęlibyśmy wstawać wcześniej, a jesienią później.

Ja nie lubię mieć godziny mniej i tak ich zawsze mam za mało (też tak macie?), ale faktycznie budzę się teraz wcześniej niż w grudniu, kiedy to ciemność, ciemność, ciemność jeszcze o siódmej. Ja w ogóle lubię różne zmiany, może to moje adhd, mam radochę jeszcze przez pół roku ‚a na stary czas to byłaby 6, więc jeszcze wcześnie!’, takimi tekstami męczę Mi, który już mnie nie może słuchać. A jak już zapominam, to siup! zmieniają znowu:D

Mo miała wczoraj konkurs muzyczny, cieszę się bardzo, że poszła i nic nie wygrała, bo dla jedynaków to ważne:D Inne dzieci były bardziej zaawansowane, ale Mo zagrała co miała zagrać bez błędów i spokojnie, nie zdenerwowała się i nie pomyliła. Fajne doświadczenie, potem słuchaliśmy innych dzieciaków, flety najsłabsze, skrzypce najfajniejsze – dziewczynka grała irlandzkie melodie, nogi same rwały się do tańca. Świetne są te konkursy, bo dzieci muszą się przygotowywać, ćwiczyć codziennie, mają jakiś cel, a potem grają przed całkiem dużą publicznością – było z 40 osób – co przecież nie jest proste. W nagrodę poszliśmy na obiad, tym razem do Palestyńskiej restauracji zabrał nas Adek, który też przyszedł na występ. Jako niedojrzały emocjonalnie człowiek dostał ataku śmiechu na występie jednej konkursantki, która tak strasznie rzępoliła na skrzypeczkach, że trudno się słuchało nawet mi. Na szczęście siedzieliśmy na samym końcu i mógł się ukryć, bo byłoby to naprawdę nieprzyjemne dla dziewczynki.

Pop-psychologia, a panika moralna

Obejrzałam serial Adolescence o którym mówią teraz chyba wszyscy i podzielę się paroma przemyśleniami (czyli z cyklu nie znam się, więc się wypowiem).

Po pierwsze napiszę, że serial bardzo mi się podobał. Naprawdę dobrze zrobiony, tchnie autetycznością, oprócz…, do którego to oprócz zaraz przejdę. Odcinek pierwszy to takie dobre brytyjskie kino kryminalne, jak Upadek, albo Happy Valey, albo Marcella, mają się na kim wzorować, bo brytyjczycy robią dobre kryminalki (ale najlepszy kryminalny serial jaki zdarzyło mi się obejrzeć to francuski Engrenages). Odcinek drugi chyba był najlepszy, według mnie, trudno mi z czymś porównać. Odcinek czwarty też bardzo dobry, wyraźnie widać wzorce tym razem kina społecznego typu Mike Leigh, uwielbiam, polecam właściwie wszystko, Naked na przykład to film jak żyleta, tnie do żywej kości, ale właściwie wszystko jest dobre. Leigh to fantastycznie zarysowane tło społeczne, bez przekłamań, wrażliwość klasowa, prawdziwe dramaty normalnych ludzi. Tylko tyle i aż tyle. I na koniec odcinek trzeci – to właśnie moje oprócz – bo wszystkie dobre, oprócz trzeciego, do którego mam dużo zastrzeżeń, co zaraz wyjaśnię.

Ale po kolei, czyli po drugie, manosfera i tzw. bullying. No ludzie, manosfera to nie jest nowość i jej toksyczny wpływ na nastolatków jest już dobrze znany. Rozmawiamy o manosferze (red pill, incele i inne takie kwiatki) ze studentami od pięciu lat, jest to dość dobrze opisane i zbadane zjawisko, które wyrosło z gamergate i popularnych w kręgach młodych chłopaków internetowych forów jak 4chan, z korzeniami w Men’s Rights Activism z lat 80tych i innych dość mizoginisycznych ruchów. Tutaj znana Irlandzka badaczka kultury fajnie to opisuje. Pooglądajcie sobie też np. filmiki z Warrenem Farrelem, ojcem chrzestnym tych ruchów, który mówi o tym, że to kobiety mają władzę, a nie odwrotnie: ‚the cleveage power, the mini-skirt power’ itd, czyli władzę dekoltu i spódniczki mini. A tu jeszcze starszy Robert Bly i jego Iron John (ja nawet lubię tę historię, trochę psychoanalityczna, ale dlaczego to niby jest tylko o mężczyznach???), naboga, ta książka została opublikowana w 1990!

A zatem zgódźmy się, że to nie są nowe sprawy. Sprawcy masowych strzelanin z usa (celowo piszę z małej litery) od dawna wywodzą się ze środowiska prześladowanych w szkole chłopaków, którzy nie mieli żadnych przyjaciół (wśród nich nie ma żadnej dziewczyny, przypadek?) Moore zrobił o tym film w 2002 Bowling for Colombine, który zresztą polecam. Trzej sprawcy zabili 13 studentów, 20 osób zostało rannych. O incelach zrobiło się głośno jakieś 10 lat temu, kiedy w 2014 inny gościu zabił 6 studentów, ten kreatyn to już przesiąkł całą tą ideologią, o której zresztą mówił w swoim pożegnalnym wideo. To jest właśnie Andrew Tate, ale też Jordan Petersen i inni. Mówi się o tym, mówi i nic. Nic z tego nie wynika, Tate oskarżony o gwałt właśnie poleciał do usa, pewno na zaproszenie innego słynnego seksualnego drapieżcy T. No cóż, cieszę się, że opinia publiczna nareszcie się obudziła (może znowu nie zaśnie, choć wątpię). Rozumiem, że serial pokazuje, że całe to gówno przesiąknęło teraz do brytyjskich gówniarzy i szerzy się na potęgę z powodu internetu również w podstawówkach. No dobra, ok.

Po trzecie, moje oprócz, czyli odcinek trzeci z panią psycholog. To jest zdecydowanie najsłabszy odcinek serialu, twórcy niestety poszli w stronę sensacji i pop-psychologii, żeby się dobrze oglądało, kosztem autentyczności i prawdy. Nie mogę się przyczepić do gry aktorskiej dzieciaka – grał fantastycznie, tak samo, jak obleśny strażnik, taki wstrętny, że go od razu nie lubimy (creep, jak tu mówią). Ale scenariusz z panią ‚psycholog’ jest cieńki jak .. no nie wiem jak co, chyba herbatka dwulatka. Twórcy wyraźnie za dużo się naoglądali Milczenia Owiec i nic tutaj się kupy nie trzyma. Bo niby ta pani ‚psycholog’ ma sprawdzić, czy trzynastolatek rozumie co zrobił. Tylko i wyłącznie to. Ma sądowi przedstawić raport na temat tego, czy małoletni jest zdolny do realistycznego postrzegania swoich czynów, czyli w skrócie jego dojrzałości poznawczo-emocjonalnej, która jest warunkiem, żeby dziecko było sądzone w sprawie o morderstwo (bo może myśli, że ludzie mają kolejne życie, jak w grach komputerowych). A propos, prawo w UK zostało zmienione po sprawie Jamiego Bulgera, dwulatka, który został zamordowany przez dwóch dziesięciolatków, wtedy obniżono wiek odpowiedzialności karnej w UK z 14 do 10 lat. A tutaj pani ‚psycholog’ wikła się w jakąś dziwną relację z dzieckiem, trochę się z nim zaprzyjaźnia, trochę go uwodzi, w ogóle nie wiadomo po jaki wuj, bo to w ogóle nie jest w żaden sposób powiązane z tym, co ma zrobić.

Ale, co ważniejsze, WSZYSTKO, co ta pani robi jest wysoce nieetyczne – zapytajcie się psychologa dziecięcego, jak mi nie wierzycie. Zamiast ocenić, czy dzieciak był w stanie realistycznie ocenić swój czyn, pani psycholog chyba niby chce zrozumieć, co go do tego pchnęło, zadaje jakieś dziwne, tendencyjne pytania, a na sam koniec zostawia wyjącego chłopaka w środku ataku szału. Niezależnie od tego, co zrobił, jest to nadal dziecko, a ta pani zostawia go w takim stanie, że dzieciak jest o krok od samobójstwa. Tak się nawet nie traktuje dorosłych gwałcicieli, czy przestępców seksualnych, a co dopiero dziecko, jest to po prostu niebezpieczne i niemoralne, bo w takim stanie może się w tym ośrodku rzucić na inne dziecko. Jedna z moich wykładowczyń pracuje z przestępcami seksualnymi i mieliśmy o tym zajęcia. Rolą psychologa (choć raczej terapeuty) jest w takim przypadku pomóc, żeby dana osoba uświadomiła sobie, co zrobila, przestała wypierać czy zaprzeczać, bo dopiero wtedy jest możliwe poczucie winy i ewentualny żal, który jest warunkiem koniecznym przepracowania czynu.

Po trzecie, pani ‚psycholog’ na koniec wygląda, jakby zajrzała w jądro ciemności. Nie może się ogarnąć, jest jej słabo i niedobrze. To już zupełnie się kupy nie trzyma. Chłopak jest impulsywny, zaserwował jej parę standardowych tekstów z manosfery, wyraźnie wyuczonych i zastosowanych w obronie, żeby się poczuć silniejszy, bo już zupełnie się czuł pognębiony przez nią, przy okazji odsłonił się, pokazał, jak sam był prześladowany, a tej jest słabo, jakby brała udział w procesie Norymberskim. Przypomnijmy, jest to psycholog sądowa, która zajmuje się oceną poczytalności i zdolności rozumienia oskarżonych, przestępców, dorosłych gwałcicieli, którzy mogą być przecież opóźnieni umysłowo albo w inny sposób zaburzeni. A tutaj mamy chłopaka, który naprawdę nie odbiega psychicznie od milionów innych dzieciaków, powiedziałabym, że z tego, co pokazali jest raczej w granicach normy, może bardziej impulsywny niż przeciętny 13 latek, choć w sumie nie wiem, trzynastolatki SĄ impulsywne. Nie ma tam żadnych sadystycznych wąków, żadnej perwersji czy czegoś podobnego, rozwój psycho-seksualny wydaje się ok, lubi oglądać cycki koleżanek. Zabójstwo, którego się dopuścił, jest konsekwencją splotu paru bardzo niekorzystnych okoliczności, kretyńskiej ideologii, poczucia odrzucenia i może narcystycznego zranienia, tego, że miał przy sobie nóż, podejrzewam, żeby postraszyć i poczuć się ważny, i oczywiście tego, że wpadł w szał. Kora przedczołowa, która odpowiada za kontrolę impulsów rozwija się do wieku dwudziestu paru lat, dlatego nastolatki nie kontrolują impulsów tak dobrze, jak ludzie dorośli. A niektórzy dorośli też nie kontrolują przecież. Wiecie, że WIĘKSZOŚĆ zabójstw jest dokonywanych pod wpływem impulsu? Ktoś wpada w szał i ma narzędzie i ta wściekłość go niesie. Nie usprawiedliwiam, staram się zrozumieć.

Niestety, jest to właśnie takie proste. Jak pisała Hannah Arendt – zło jest banalne. W każdym z nas jest takie jądro ciemności, dokładnie takie. Nie piszę, że każdy z nas jest zdeprawowany, ani niemoralny, tylko o tym, że każdy ma w sobie tę destrukcję, która na szczęście przeważnie jest pod kontrolą. Ale nie zawsze – kiedy człowiek operuje w trybie ‚fight or flight’, to nie będąc złym człowiekiem, może zrobić dużo złego, bo percepcja się zawęża, a myślenie refleksyjne wyłącza.

A pani psycholog zachowuje się, jakby przesłuchiwała zdeprawowanego, seryjnego mordercę psychopatę, żeby się dowiedzieć, gdzie ukrył kolejne zwłoki, a na koniec nie może sobie z tym poradzić. Ale z czym? Z tym, że impulsywny nastolatek, zraniony do żywego, wpadł w szał i gada jakieś bzdury z internetu? Słabo.

PS. Po napisaniu przyszło mi do głowy, że pani psycholog może próbowała sprawdzić, jak bardzo nie panuje nad impulsami – ale znowu, to się kupy nie trzyma, to jak amstafa z chiwawa – dorosła pani psycholog testuje impulsywność prowokując 13 latka, który jest zamknięty w specjalnym ośrodku, oskarżony o morderstwo. No ludzie.

I piękniejsze jeszcze jest

Żyję. Bardzo dziwna choroba – zaczęło się katarem i ponad 40 stopni gorączki (proszę bardzo):

Ale tylko przez jeden dzień, w czwartek wstałam zdrowa, ale osłabiona. Teraz tylko odksztuszam i wydmuchuję nos. Ki czort? Może grypa? Krótka, bo się zaszczepiłam? Testowałam tylko covid, na grypę nie mam testów.

Piszę. Zamierzam jednak skończyć te studia, już teraz to się zawzięłam. W poniedziałek wysyłam do promotorki kolejne dwa rozdziały, pewno mnie zjedzie, bo piszę jak socjolog, prevalence, correlation, no cóż zrobię. Nie wydłubię. Może wytnę.

Oglądam. Jesteśmy w trakcie polecanego wszędzie serialu, wczoraj skończyliśmy drugi odcinek. Mam pewne przemyślenia, ale poczekam, aż skończymy, to się podzielę. Tutaj w Irl była jeszcze straszniejsza sprawa całkiem niedawno, przez chwilę myślałam, że serial trochę się na tym opiera. Dwaj 15 latkowie zabili 14 letnią dziewczynkę, zwabili ją do opustoszałego budynku. Strasznie smutna historia, dziewczynka była adoptowana z Rosji jako malutkie dziecko. Tragedia rodziców nie do pojęcia, nie wiem, czy bym znalazła w sobie dość siły, żeby żyć po. Jądro ciemności.

A na zewnątrz życie się odradza. Przyszedł pan i ściął mi trawę, nawet nie zauważyłam, kiedy był. Zastanawiam się nad niekoszeniem, biodiversity i tak dalej, ale jak to powiedzieć panu, który jest z takiej trudnej powiedzmy rodziny tutaj, nie skończył żadnej szkoły i zarabia na życie kosząc ludziom trawę? Jest przy tym obowiązkowy, punktualny i tani, a to zajęcie wydaje się być dla niego ważne.

Zryte Berety

Chyba się zirlandczyłam, bo za oknem leje, a ja się cieszę, że cudnie pada. Sońce było już dwa dni, najwyższy czas na pożądny deszcz.

A może to dlatego, że siedzę w domu, więc na złość innym lubię deszcz – niech też siedzą, a co!

Siedzę zatem i siedzę i dzielnie dziś od rana piszę. Bardzo dzielnie, bo noc była kiepska, coś się szamotałam z materią znowu do szóstej rano, głównie było za gorąco (19.5!!!! nie dało się spać!), a w samym środku nocy rozkwasiłam sobie nochala o drzwi szklane, kiedy o trzeciej poszłam zrobić sobie herbatkę i zapomniałam, że zamknęłam drzwi do kuchni. Krew się lała normalnie filmowo, teraz mam fajnego kinola (i opryszczkę). Mam nadzieję, że wyglądam jak gwiazda MMA, a nie ofiara przemocy domowej.

Detoks informacyjny trochę pomógł, kiedy po trzech godzinach snu, z rokwaszonym nosem, opryszczką i kaszlem, ale bez rozpraszania się zabrałam się do roboty. Ale takie rzeczy wypisuję, że głowa mała, ale co się będę szczypać, życie mam tylko jedno:)

Miałam cały dzień ciszę i spokój, bo Mo na zajęciach artystycznych, a Mi na demonstracji, oczywiście, niósł nagłośnienie na marszu pro-Palestyńskim. Nawet nic nie chce mi się pisać o zbrodniarzach izraelskich, bo co tu w ogóle pisać, może tylko, że widać co się dzieje, jak się nie przerobi traumy- i dotyczy to zarówno jednostek jak i narodów. Trauma ryje beret po całości. Ofiary stały się agresorem, zidentyfikowali się z morderczym aspektem Holokaustu i teraz sami będą mordować i robić czystki etniczne. Przerażąjące.

O Ameryce nic nie piszę, ale taka piosenka mi się przypomniała:

Kiedyś dawno, dawno temu, może z ćwierć wieku temu, nazwałam ją najpiękniejszą piosenką świata, dawałam wtedy korki z angielskiego i jeden mój uczeń który dłubał w nosie na czytankach i umierał z nudów, na tłumaczeniu tej piosenki potrafił spędzić całe dwie godziny. Jak ktoś sobie poczyta tekst, to zobaczy, że właściwie niewiele się zmieniło w usa od 35 lat – płyta była wydana w 1989. Jest trochę długa, co mi wtedy odpowiadało, a intro to już szczególnie, więc trzeba mieć fazę na jej słuchanie, ale można się wciągnąć jak ktoś lubi ostrą muzyczkę (może tylko ja, hehe):

It would be a little obvious
To fence off all the slums
Hand out machine guns to the poor in the projects
And watch ’em kill each other o
ff

More subtle genocide’s when the only hope for the young
Is to join the army or slowly die
Wall Street or Crack Dealer Avenue
The last roads left to the American Drea
m

Neo-Nazi bootboys
That the cops never seem to arrest
Prowl neighborhoods with baseball bats
Why do they get so much pres
s?

Mein Kampf, the mini series
Oliver North, patriotic hero
The leader of tomorrow is yours today
Finally gotcha psyched for a police st
ate

(…)

Just like Rome
We fell asleep when we got spoiled
Ignore human rights in the rest of the world
You might as well lose your own

Czyż te dwa ostatnie wersy nie są po prostu prorocze?

(Ciekawe co się stało z moim uczniem – mam nadzieję, żę nie głosuje na Konfę?).

Ad po rozmowach, trzymamy kciuki. Jeśli dobrze pójdzie przeniosą się z Re do Amsterdamu, będziemy odwiedzać. Będziemy tęsknić, ale dzieci trzeba puszczać w świat.

Jutro najgorsza zmiana czasu.

Żeby jednak zakończyć pozytywnie, napiszę, że lubię swoje życie. I to by było na tyle.

Informacyjny detoks

Siedzę w domu, trochę wydobrzałam i włóczę się po blogach, zamiast pisać. Ciężko mi się zabrać do pracy (tworczej dodam, jakoś z inną nie ma problemu).

A propos, bardzo polecam, to kolejny artykuł, który o tym samym mówi – mamy za dużo, za bardzo, za wygodnie nam, za dobrze, za dostatnio, za dużo bodźców i nagród. Że dzieci, które za dużo mają, nigdy nie będą zadowolone z tego, co mają, bo to jest stan BAZOWY, to jakby być szczęśliwym, że ma sie rano chleb na śniadanie, albo wodę w kranie – przecież nikt nie wpada w ekstazę z tego powodu, jeśli akurat urodził się w kraju bogatej Globalnej Północy. Nie. Trzeba więcej, żeby być szczęśliwym, nieprawdaż?

A równocześnie żyjemy w jakimś takim czasie ogólnego braku bezpieczeństwa, pomimo, że niby mamy tak dużo, to boimy się wojny, katastrofy klimatycznej, broni nuklearnej, mamy ciągle poczucie niepokoju, które zagłuszamy social mediami, blogami, randkami, zakupami, kompulsywnymi podróżami itd itp nie będę się rozpisywać czym, bo każdy ma swoje.

Tyle razy już o tym pisano, z różnych perspektyw, czy to w kontekście Dopamine Detox, czy jak to nam (i dzieciom oczywiście) się skrócił attention span w ciągu ostatnich 10 lat, i tak dalej i tak dalej, a jednak ciągle się na to łapiemy… łapię powinnam napisać, ciągle się na to łapię i muszę się ciągle oduczać wskakiwania do tego basenu pełnego smakowitych kąsków, kawałków informacji, informacyjnego junk food, odpowiadania na wiadomości na whatssapie i messangerze, fb, na komentarze na blogach, przeskakiwania z The Irish Times do Wyborczej, Polityki, Guardiana i The Altantic.

Muszę przejść na dietę, jednym słowem. Przestać napychać się info-słodyczami.

Jeszcze żyję

Po wczorajszych 40 stopniach (w porywach do 41, napisałabym, że aż mi się gorąco zrobiło jak zobaczyłam na termometrze 41, ale już było mi gorąco, więc się nie liczy, poza tym zmierzyłam sobie w zagłębieniu szyi, tak z ciekawości, więc się tym bardziej nie liczy) obudziłam się dziś zupełnie bez gorączki, ki czort? Wczoraj już oczywiście guglałam ‚sepsa’ i co robić przy 41 stopniach celsjusza (już nic, bo białko w mózgu się właśnie ścina). No, ale najwyraźniej się nie ścięło. Choć kto to wie.

Ale pozwoliłam sobie nie pójść do pracy również i dziś, no bo co, kurczę blade. Choć oczywiście trochę już zabrałam się do pracy, skoro nie umieram, to mam prezentacje do sprawdzenia i pewne dokumenty do przejrzenia. No i jeden wykład online wieczorem, nie chcę go przekładać, bo potem zawsze jest problem, jeden jakoś dam radę. Postaram się nie przemęczać. Na niewypowiedziane pytanie ‚czy jestem pracoholikiem?’ odpowiadam, że nie, choć rozumiem to uczucie niepokoju i moralnego potępienia, jakiego doznawali przedsiębiorcy protestantcy w chwilach, kiedy nie angażowali się w zapierdol. Protestancka etyka pracy, mój boze, kto by pomyślał. Całe życie myślałam o sobie, że jestem leniwa;)

Cudownie się choruje. W łóżeczku bez wyrzutów sumienia. Rano robiłyśmy trochę z Mo na szydełku, ale fajnie nam było! Mo dalej siedzi w domu, złapała bakcyla szydełkowego, bo zrobiliśmy zakaz oglądania youtuba przez dłuższy czas. Robi takie malusie torebeczki, do swoich malusich domeczków. Jest bardzo sprawna manualnie, niesamowite jak te dzieci mogą być różne – Ad w wieku 10 lat nawet sobie paznokci nie potrafił obciąć.

Postanowiłam też, że sobie odpuszczę zajęcia w sobotę. Na myśl, że mam siedzieć 8 godzin w zimnej piwnicy robi mi się słabo. Poza tym mogę kogoś zarazić, prawda? Przeczytam sobie teksty i będzie gites. Ale trudno jest odpuszczać, tym bardziej, jak się za to płaci bardzo grubą kasę, a wykłady nie są nagrywane.

A poza tym wiosna, dziś w porywach 17 stopni, pięknie i ciepło. Musiałam podlać tulipany w doniczkach pierwszy raz tej wiosny.

Brunhilda

Nie zdzierżyłam w poniedziałek i opitoliłam róże, oraz jakieś krzaczory pod płotem, co zawsze mają takie czarne jagody, dodatkowo bluszcz Virgnia Creeper i na końcu jabłonkę. Bluszczowi to najmniej zaszkodzi, dla róż lepiej późno niż wcale, tylko tej jabłonki nie jestem pewna, bo cięłam na oko, a ona krzywa jest jak babuleńka i już dawno powinna być cięta, teraz to nie wiem, czy nie zaszkodzi. Wstawie zdjęcie jak je zrobię i może ktoś coś poradzi, bo ja się znam na przycinaniu jabłonek jak koza na pieprzu.

Zobaczymy. Wiosna mnie natchnęła i św. Patryk, bo podobno na świętego Patryka to ostatni dzień, kiedy można ziemniaczory sadzić do ziemi, więc jakoś mi się skojarzyło z pracami ogrodowymi.

No i cholera zaraza jedna wczoraj mnie dopadła, na studiach siedzimy w takiej okropnie zimnej sali, obok jest sala dokładnie taka sama, tylko ciepła, u nas jest zawsze koszmarnie lodowato, jak w grobowcu. Zaczynam podejrzewać jakieś duchy, może ktoś tam się wyniósł na drugi świat kiedyś, a teraz nas nawiedza, i przebacz mi Brunhildo, tym bardziej, że to budynek na terenie szpitala – kto wie, jakie robili tam eksperymenty… Po półtorej godziny zawsze tam zaczynam kichać, potem opuszczamy nawiedzony pokój i robi mi się przeważnie lepiej, ale wczoraj mi się nie zrobiło, tylko powoli rozkładałam się w cichości ducha na kolejnych zajęciach.

W nocy obudziłam się o trzeciej, w zestawie gil do pasa i ból głowy, tak się wcześniej cieszyłam (w duchu), że wszyscy chorzy a ja dawno nie, że mam za swoje. Nic poważnego, ale upierdliwe, do tego stopnia, że zgodnie z nowym postanowieniem dbania o siebie po całej nocy umierania na katar wysłałam rano smsa do pracy, że jestem chora. Ja nigdy nie jestem chora, więc szefowa tylko życzyła mi zdrowia, z drugiej strony co ma zrobić, z gilem do pasa nie mogę występować przed dwudziestką studentów, bo za tydzień wszyscy będą chorzy (może powinnam w takim razie). Ale z takim zatkanym nosem to nawet Mi nie rozumie co mówię.

I tak sobie dziś siedzimy w domu, bo Mo też ZNOWU CHORA. Pewno od niej to złapałam. Dopiero była chora tydzień temu, a teraz znowu, ale nie udaje, kaszle jak stary gruźlik, a jeszcze nam się skończyła inhalacja na weekend, więc obserwowałam ją czujnie, czy się nie zacznie dusić. Ale na szczęście takie historie to już przeszłość. Ale póki świszczy, to nie może iść do szkoły.

W ogrodzie pięknie, ale boję się tam zaglądać, bo wszystko patrzy się na mnie z wyrzutem.

***

Żeby nie być goloslowna, zmierzyłam sobie gorączkę i wyskoczylo 39.5, no to chyba jutro na noszach by mnie musieli zanieść do pracy. Ale stare przyzwyczajenia prekariatu umierają długo, więc oczywiście trochę mnie niepokoi jak szefowa to przyjmie. Jak ktoś wchodził na rynek pracy w roku 2000 to ma pewne tendencje do zapierdolu.

Lá fhéile Pádraig sona dhaoibh!

Mo się uczy irlandzkiego w szkole i kurczeblade, jaki to trudny język! Koniugacje, deklinacje, przestawianie i gubienie literek, a do tego wymowa! Mam mocne postanowienie uczenia się z nią, kiedy tylko skończę swoje studia, żeby ją trochę zachęcić, bo to przecież piękny język jest, język druidów i wysokich królów, leprechanów i innych magicznych stworzonek, a u nich w klasie wszyskie dzieci jak jeden mąż ‚I HATE Irish!’.

Mówię jej na to, że przecież jest Irlandką, powinna mówić po Irlandzku (trwają właśnie rozkminki, czy jest Irlandką, czy Polką, zmienia się jej to zależnie od nastroju i aktualnego stanu buntu przeciw rodzicom), a ona na to – nie! Jestem Angielką! Bo mówię po angielsku!

Michael Collins się w grobie przewraca.

Nie mam żadnego zdjęcia z obchodów Patryka, bo siedzę w domu, oczywiście. Ale powinna być tutaj zielona, soczysta trawa, tak mi się zawsze kojarzy Irlandia.

A to jedna z naszych ulubionych, Mo nawet umie ją całą zaśpiewać.