Dzisiaj przycięłam róże. Muszę to napisać, bo jak za rok sprawdzę kiedy to zrobiłam? Ogród poza tym marnie, tak marnie, że aż szkoda pisać. Szopa się konsekwentnie dezintegruje po ostatnim sztormie, tym razem zerwało zupełnie dach z folii i już nam pada do środka. Udajemy, że jak nie będziemy rozmawiać o problemie, to zniknie, no ale nie mam miejsca na razie na szopę, trzeba być ze sobą i z szopą szczerym.
Stan umysłu taki sobie, pochłaniam artykuły i rozdziały, ale w drugą stronę to tak ładnie nie działa. Piszę o pieniądzach i śni mi się gówno i czynność jego robienia, bardzo psychoanalitycznie nieprawdaż.
Nigdzie się nie umawiam, z nikim się nie spotykam, nic nie planuję, Mi musiał odmówić fajną wycieczkę z fajnymi ludźmi robiącymi teatr zaangażowany w Galway, buuu, bardzo mi szkoda. Studia to jednak duże poświęcenie, mam nadzieję, że jednak więcej korzyści niż utrat. Poza tym fizycznie tak sobie, nie jestem chora, ale mam ochotę sobie pomarudzić, bo noga boli i w ogóle. Zastanawiam się czy wrócić do bardziej ścisłej diety i zobaczyć, czy się poprawi, ale jak mam znowu gotować w kółko bataty i kapustę i żyć bez mojego bezglutenowego chleba to nie wiem. Połowa lutego nie nastraja.