Nie jest łatwo

Piątek. Walczę z materią ulotną. Przez chwilę nie będzie tu fajnych postów, bo nie prowadzę fajnego życia. Siedzę w domu i staram się pisać. Materia jest oporna, budzę się w nocy, bo śni mi się, że muszę zrezygnować z jednej idei, pewnej prekoncepcji, ale nie mam na razie nic w zamian. Jestem trochę sfrustrowana, w tym momencie nie mam z tego zabawy, ale się zacięłam i uparłam. Zawsze myślałam o sobie, że jestem zmienna, wiotka i delikatna, ale jak patrzę na swoje życie, to nie prawda, hehe, zapytajcie Mi, jak się zawezmę, to nie odpuszczę. Dziś był dzień kiepski (ale takie też bywają, prawda?)

Oprócz tego nie wierzę, że zbratanie się miliarderów przyniesie światu jakieś korzyści, jak patrzę na wariata w czapeczce maga z piłą elektryczną to nie mieści mi się w głowie, że to jest najpotężniejszy człowiek świata. Czytam o pieniądzach i na boga! powiedzcie mi, czy Marks nie miał racji?

The extent of the power of money is the extent of my power. …
Thus, what I am and am capable of is by no means determined by my
individuality. I am ugly, but I can buy for myself the most beautiful of
women. Therefore I am not ugly, for the effect of ugliness—its
deterrent power—is nullified by money. I, as an individual, am lame,
but money furnishes me with twenty-four feet. Therefore I am not
lame…. Money is the supreme good, therefore its possessor is good
.

Czyż pieniądz nie jest rzeczą najcenniejszą i równocześnie najbardziej destrukcyjną, bo zrównuje wszystko i wszystko poniża, sprowadzając do jednego mianownika? Jak wszystko można kupić, to nie jest to nic warte, poza tymi pieniądzmi i kiedy patrzę się na parę T i M, to przestaję mieć wątpliwości.

A jednak trzeba z czegoś żyć;)

Trawa rośnie

Nie piszę, bo pracuję, a przynajmniej się staram. W szkole mam reading week, czyli dla mnie writing week, który spędzam na pracy. Na razie jeszcze w stanie kompletnego bałaganu, nie wiem, czy coś się z tego wyłoni, mam tylko nadzieję, ale wiadomo czyja to matka. Czyli pasuje.

W Irl pierwsze słoneczne dni od paru tygodni, wszyscy mają lepszy humor, czuć wiosnę. Ja niestety w stanie lekkiego, ale permanentnego stresu, bo mag, a do tego trzy eseje, w tym jeden na 5 tys. słów, czyli ogromny, a do tego oczywiście praca i inne kwiatki z tym zwiazane, bo z czegoś trzeba żyć. Jak widzicie nic u mnie ciekawego nie ma, jak przeżyję następne cztery trzy miesiące to pogadamy.

Oglądamy Severance i to jest dobre. Zaczęliśmy Yellowstone, serial który podobno bardzo dobrze uchwycił stan umysłu ludzi, którzy reprezentują wartości przeciwne do naszych, ale Mi się na razie zbuntował i nie chce. Widzieliśmy Anora, mój syn był zachwycony jak poszedł do kina (może dlatego, że jest tam dużo seksu?;), nam się bardzo podobał, ale do zachwytu daleko. Ale warto.

Mo spędza całe dnie na malowaniu, rysowaniu, klejeniu, budowaniu, wycinaniu, zaczęły się rozmowy, kiedy zrobimy adaptację strychu i czy może mieć tam swoją pracownię. Strych to było moje marzenie na azyl od wszystkiego i wszystkich, ale może wystarczy, że Mo się tam przeniesie.

Tulipany rosną, niedługo zaczną kwitnąć, tak, jak magnolia.

Działam

Ostatnie dni trochę mnie sponiewierały, sen się wykoleił i to bez sensu, bo w środę nie mogłam zasnąć do 2.15 a czwartek w nocy obudziłam się o 4.22 i dalej ni hu hu, moje ciało powiedziało, że jest gotowe do akcji, dawać mi tu zadania! A w czwartek dzień wyładowany zajęciami jak Christmas cake rodzynkami, czyli same rodzynki, bo zaczynam od rozmową z panią o 9, potem 5 godzin zajęć w szkole, z małą przerwą na lancz, potem powrót do domu i 3 godziny online, o 21.30 jestem sama jak ta przeżuta rodzynka i język w gębie mi się gubi, bo cztery godziny snu przepalają mi synapsy i smażą neuroprzekaźniki, ale .. Ale na szczęście poszłam po rozum do głowy i na ostatnich zajęciach puściłam studentom film i tak mieliśmy go oglądać, więc mogłam o siebie zadbać tym razem. Mo chora, Mi wychodzi z przeziębienia, ja trochę niewyraźna, zadbanie o siebie jest ważne.

NIespanie jest oczywiście związane z poziomem stresu, bo trochę mi się nawarstwia wszystko po kolei, magisterka, rewalidacja, superwizja i inne szkolne sprawy, jak zwykle, jak to w instytucjach bywa nagle pojawia się coś, co kto inny miał zrobić, albo ktoś inny nie wie, że ja mam coś zrobić, nie został poinformowany, więc sprawa wymaga wymiany pięciu idiotycznych maili żeby udowodnić, że nie jestem koniem, w międzyczasie ega się nadymają, ludzie ludziom nadeptują na kompetencje. NIby nic wielkiego, ale to wszystko jest upierdliwe, męczące i czasochłonne i jest tym niedobrym efektem skali w każdej dużej organizacji. No, ale sprawa rozwiązana, studenci będą zadowoleni, a ja z czystym sumieniem notuję sobie w głowie, że nie muszę robić więcej, niż trzeba. Przez tyle lat nauczyłam się, ze o ważne sprawy trzeba walczyć, ale pewne trzeba odpuścić, bo wtedy na ważne nie starczy pary.

Polityka międzynarodowa doszła do takiego momentu, że nawet ja patrzę z niepokojem w przyszłość. Cieszę się, że mieszkam tutaj, choć Irl będzie musiała wybrać swoje alianse – usa czy EU. Jesteśmy bardzo zależni od inwestycji Amerykańskich, wojna celna może zacząć ogromny kryzys w Irl, bo jesteśmy najbardziej globalną gospodarką w Europie. Z pozytywów – Irl nie ma pod bokiem Rosji. Rządu usa nawet nie chce mi się komentować, bo co tu dużo mówić, potwierdza tylko moje przypuszczenie, że na wierzch wypływają osobniki najbardziej zdeterminowane, z najbardziej ograniczoną wizją, bo tacy właśnie prą jak taran nie mając żadnych wątpliwości nigdy. Myśli ambiwalentne i skomplikowane wymagają bardziej rozwiniętych kompetencjio kognitywnych (i afektywnych).

Obejrzeliśmy Severance z Mi i to jest dobry serial. Ciekawa interpretacja na różnych poziomach – politycznym, społecznym, wewnątrz-psychicznym – plus wątek humorystyczny z którym utożsami się każdy, kto pracował w korporacji. Jak The Music Dance Experience jako nagroda i przerwa monotonii biurowej

Jutro zajęcia, tym razem z terapii grupowej. Teksty ciekawe, ale dużo, background reading to prawie 200 stron, gonią nas strasznie.

Nawet tytułu nie umiem wymyślić

Dzisiaj przycięłam róże. Muszę to napisać, bo jak za rok sprawdzę kiedy to zrobiłam? Ogród poza tym marnie, tak marnie, że aż szkoda pisać. Szopa się konsekwentnie dezintegruje po ostatnim sztormie, tym razem zerwało zupełnie dach z folii i już nam pada do środka. Udajemy, że jak nie będziemy rozmawiać o problemie, to zniknie, no ale nie mam miejsca na razie na szopę, trzeba być ze sobą i z szopą szczerym.

Stan umysłu taki sobie, pochłaniam artykuły i rozdziały, ale w drugą stronę to tak ładnie nie działa. Piszę o pieniądzach i śni mi się gówno i czynność jego robienia, bardzo psychoanalitycznie nieprawdaż.

Nigdzie się nie umawiam, z nikim się nie spotykam, nic nie planuję, Mi musiał odmówić fajną wycieczkę z fajnymi ludźmi robiącymi teatr zaangażowany w Galway, buuu, bardzo mi szkoda. Studia to jednak duże poświęcenie, mam nadzieję, że jednak więcej korzyści niż utrat. Poza tym fizycznie tak sobie, nie jestem chora, ale mam ochotę sobie pomarudzić, bo noga boli i w ogóle. Zastanawiam się czy wrócić do bardziej ścisłej diety i zobaczyć, czy się poprawi, ale jak mam znowu gotować w kółko bataty i kapustę i żyć bez mojego bezglutenowego chleba to nie wiem. Połowa lutego nie nastraja.

Długa notka, bo odwlekam zabranie się do

Sobota rano. Zimno i nieprzyjemnie na dworze, wieje, leje, ponurzy, piździ jednym słowem.

Muszę przyciąć róże, w zeszłym roku zrobiłam to tydzień wcześniej (po to się ma bloga, żeby takie rzeczy sprawdzać). W tym roku nadal nie mam na to czasu ani ochoty, ale się w końcu zlituję. Nad sobą lub nad różami.

Plany na weekend to oczywiście praca mag (jeszcze tylko 4 miesiące!).

Wczoraj Mo miała nocowankę, a ja oczywiście cieszyłam się jak głupia, że mogę spokojnie pracować. Skończyłam poprawki na dwie rewalidacje, spisałam Baby Obs, uczęściłam (czas przeszły dokonany od uczęszczać) w zajęciach z pisania drugiego rozdziału, sprawdziłam parę rzeczy studentom. Odwiedziłam Bake Sale w szkole Mo. Słucham sobie podkastów w samochodzie, obecnie MindinMind o terapii dziecięcej, fantastyczny! Wywiad z Iscą Wittenberg naprawdę godny polecenia, jak ktoś się interesuje takimi rzeczami. Isca jest najstarszą żyjącą terapeutką dziecięcą, w czasie wywiadu miała 98 lat. Jak miała lat 13 wyjechała z rodzicami z NIemiec, kiedy Hitler doszedł do władzy. W UK pracowała w Tavistoku, uczyła się od największych – Bowlbiego, Winnicotta, Bick. Po Ester Bick przejęła później prowadzienie zajęć z obserwacji niemowlęcia. Niesamowite rozumienie dzieci, umiejętność zauważania drobiazgów, pogoda ducha, wdzięczność i zainteresowanie światem.

Na Walentynki dostałam paczkę z Benettona, spodnie fajne, jeden sweterek ładny, drugi mniej, wszystkie koszule za małe w cyckach! Mam problem z koszulami, bo L-ki wiszą w ramionach i ciągną się w rękawach, a M-ki za małe w cyckach, dlatego noszę przeważnie bluzki, bo są w miarę elastyczne w biuście. Powinnam mieć koszule szyte na miarę. Był jeden sklep w UK w którym kupowałam fajne koszule i sukienki, ale od Brexitu zrobiło się drogo, niestety, a potem zamknęli linię ubraniową (Pepperberry, jakby ktoś się pytał).

Odebrałam Mo ze szkoły z różą i Ferrerro Roche w kształcie serca. O jednym chłopaku od dawna wiedziałam, ale chłopak od róży to nowość i Mo była bardzo zawstydzona. Od razu też w szkole połamała różę, ‚przypadkowo’ oczywiście. Moja córka ma taką pewność siebie i swojej kobiecości, jakiej ja nigdy nie miałam. Wydaje jej się, że jest fajna, piękna i kochana, oraz warta kochania i inni ją oczywiście tak traktują, czyli zgodnie przyjmują jej narrację. Dziewczyny chcą się z nią przyjaźnić, a chłopaki się w niej zakochują, mimo, że obiektywnie nie jest jakąś wyjątkową pięknością. Zawsze mnie to zadziwia, jak to działa. Ze swojej ‚najtrudniejszej’ cechy fizycznej uczyniła atut – jest bardzo malutka, najmniejsza w klasie, o dobre 20 cm niższa od jej najlepszej koleżanki i twierdzi, że właśnie dlatego wszyscy ją lubią. Badania hormonalne nie wykazały żadnych nieprawidłowości, więc to geny, ciekawe po kim, jak my oboje jesteśmy wysocy. Pamiętam, że Adek też był mały i bardzo się o to martwiłam, bo u chłopaka wzrost jest ważniejszy niż u dziewczyny, a on zaczął rosnąć w wieku 16 lat i teraz jest wyższy ode mnie.

A my z Mi spędziliśmy wczorajszy wieczór razem w łóżku, obejrzeliśmy sobie połowę fajnego filmu Light Sleeper z Wiliamem Defoe i poszliśmy spać w miarę wcześnie, co jest zawsze wielką zaletą:) Było oczywiście romantycznie.

 

Jak nie działać

Weekend spędziłam na walce z oporną materią językową, jestem obecnie na etapie ‘nie ma szans, żebym to napisała’. Jeszcze nie mam w głowie obrazu całości, słowa nie chcą mnie słuchać, kotłują się, biją i uciekają, a do tego opowiadam historie, a mam zrobić kwerendę tego, co kto na temat napisał, suchą i nudną. Wymyśliłam sobie fantastyczny temat, ale na razie słabizna.

Wczoraj odwiedzili nas Ad z Re, przyszli do Mo, bo Mi jako osoba aktywistyczna wyjechał protestować na lotnisko Shannon, a ja zakopana w papierach. Fajnie, jak Ad i Re mieszkają w Dub, musimy korzystać teraz, bo mają plany, żeby się jednak wyprowadzić – płacą 1000 euro za mały pokój w domu z POJEDYNCZYMI SZYBAMI w oknach. Na razie się rozglądają i myślą, nie chcą na wieś, bo jak to młodzi ‘a co my będziemy na wsi robić?‘. Ja ich rozumiem, bo jak kocham wieś i chciałabym być wieśniarą, to w głębi duszy nie jestem, lubię mieszkać w mieście i dziękuję opatrzności, że nam coś nie strzeliło do głowy, jak szukaliśmy domu, że może pod Dub, że może bliżej morza, że może piękny krajobraz i duży ogród, a teraz byśmy spędzali cudowne godziny w samochodzie dojeżdżając do pracy, na uczelnię, wożąc Mo na zajęcia gimnastyczne, plastyczne, muzyczne i tak dalej. Więc nie, na wsi nie. Choć ostatnio bardzo mi się takie Greystones spodobało, może na starość, na emeryturę się gdzieś tam nam uda przenieść, a może za 10 lat jak już Mo będzie sobie sama na studia dojeżdżała. Takie pomysły snują mi się po głowie.

Przemyśliwuję też sobie ostatnio różne rzeczy, np. dlaczego ludzie nie chcą iść na terapie, choć wszelkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że terapia ma szansę im pomóc. (Są oczywiście powody finansowe, ale dość często powody finansowe to wymówka, żeby czegoś nie zmienić, bo jakoś zawsze bardziej racjonalne wydaje się wydanie na wakacje/samochód/remont łazienki czy kurs włoskiego). Ja pamiętam, że oprócz tych wszystkich racjonalizacji i wymówek, miałam dwa największe strachy, jeden, może nie racjonalny, ale chyba powszechy, że terapia mnie zmieni, że będę ZUPEŁNIE INNĄ OSOBĄ, że nie będę już tym, kim jestem. Brzmi to trochę śmiesznie, no bo przecież po to właśnie idzie się na terapię, żeby się zmienić, ale strach przed utratą samego siebie, choćby najbardziej pokaleczonego, jest dość podstawowy. Jest to strach przed zniknięciem, nieistnieniem, anihilacją. Ja się autentycznie bałam, że stanę się kimś innym. Może chodziło o to, że ten ktoś inny, w kogo się zmienię, będzie ukształtowany przez terapeutę/tkę, nie będzie moją własną emanacją samej siebie?

Z tym jest związany strach drugi, że terapeuta będzie coś SUGEROWAŁ, czyli mi WMAWIAŁ, albo mną manipulował, wymyślał, rzeczy, których nie czuję i wmawiał mi, że one są w mojej NIEŚWIADOMOŚCI. Jest to chyba też strach powszechny i dość częste postrzeganie roli terapeuty jako kogoś, kto coś SUGERUJE I RADZI. A sugerowanie i radzenie to są dwie rzeczy, które są w naszych studiach postrzegane jako błędy kardynalne, właściwie większość tego, czego się uczymy, to jak NIE ROBIĆ, niż jak coś robić – jak raczej NIE MÓWIĆ, niż mówić, jak nie radzić, nie naprawiać, nie robić niczego za pacjenta, nie zabierać mu sprawczości. Winnicott kiedyś powiedział, że terapeuta interpretuje (komentuje) głównie po to, żeby pokazać pacjentowi, że terapeuta też może się mylić. (Tutaj mam taki cudny cytacik z tekstu, który właśnie czytam na jutrzejsze zajecia: Quite unexpectedly one day Miss K reflected on her relationship to me saying it
was different from any other that she’d ever known: ‚You don’t press me into
any kind of shape. You give me elbow room and space to move around in‚*)

Na moim szkoleniu uczą, jak kogoś zrozumieć. Najbardziej absurdalne, z mojego punktu widzenia, uczucia i fantazje mają sens z punktu widzenia osoby, która je odczuwa, są traktowane jako racjonalne w kontekście tego, co jej się przydarzyło, jej środowiska, przeżytych traum i świata wewnętrznego. Zrozumienie to właściwość nie tylko intelektualna, ale też emocjonalna, oznacza współ-czucie, czyli poczucie tego, co czuje pacjent, co jest podstawa każdej ewentualnej interwencji. Jeśli tego się nie potrafi, to nie ma szans na sukces. Ale rozumienie nie oznacza roztkliwiania się, usprawiedliwiania czy obsadzenia siebie w roli wybawiciela, a pacjenta w roli ofiary, czasem jest odwrotnie, pacjent zamienia się w prześladowcę, a terapeuta (czasowo) godzi się na bycie najgorszą osobą na świecie, dopóki to jest potrzebne pacjentowi. Oczywiście, zgoda na prześladowanie przez pacjenta musi się mieścić w pewnych ramach, do takiego stopnia, do jakiego jest to potrzebne komuś, żeby się spotkał ze swoją agresją. Jak można się domyśleć, jest to dość skomplikowane i nie za bardzo mam tu miejsce, żeby wchodzić w szczegóły, bo oczywiście prześladowanie terapeuty nie może przekraczać granicy cielesnej itd. Ale wiemy, że pacjenci ‚wyżywają’ się na terapeut/kach i kiedy terapeuta potrafi się nie mścić, tylko ‚pokazywać’ co się dzieje, może to być czynnik leczący.

Ciekawe jest też, że największe lęki wzbudzają formy terapii najbardziej niedyrektywne, czyli takie, gdzie terapeuta mówi najmniej, a już na pewno nie radzi i nie sugeruje, jak psychoanalityczna czy psychodynamiczna, a te najbardziej dyrektywne, jak kognitywno-behawioralna, gdzie terapeuta ma bardziej aktywną rolę – sugeruje, modeluje, zadaje prace domowe, częściej się odzywa – są łatwiej akceptowane. Studiuje z nami psycholożka kliniczna, która prowadzi terapię bólu w szpitalu i opowiadała nam, jak w pracy ma różne schematy działań i reakcji, prawie jak w programie komputerowym, że jeśli A to B, a jeśli C to D i po dziesięciu latach takiej pracy z pacjentami zaczęło ją to coraz bardziej uwierać, bo widzi, jak płytko może pracować, jak to pomaga w najmniej skomplikowanych przypadkach, a cała reszta ludzi po 10 spotkaniach dostaje wypis, że skończyli kurs i tyle. (Ale nas też uczą, że jak pacjent jest bardziej oderwany od rzeczywistości, to musimy być bardziej obecni niż standardowo, częściej się włączać i odzywać, żeby nie miał poczucia jeszcze większego odrealnienia.) Cała ta historia z infantem, czyli obserwacją niemowlęcia, to też jest trening jak NIE DZIAŁAĆ I NIE RADZIĆ i okazuje się to takie trudne! Mamy często chcą nas widzieć w roli eksperta, mimo, że wiedzą, że jesteśmy tylko studentami. Mama mojego niemowlęcia często skarży się na nieprzespane noce, kłopoty z karmieniem butelką, czy treningiem czystości starszego dziecka i od razu czuję wtedy coś takiego, że mam ochotę coś jej od razu doradzić, powiedzieć, co wiem, bo coś tam już wiem, wskoczyć w rolę cioci Dobra Rada. Ale nam nie wolno. I jest to bardzo trudne.

Myślę jeszcze, że ludzie często boją się bólu psychicznego, rozdrapywania starych ran, tego całego ‘i po co to komu?’ Ja akurat dawno temu byłam już w takim stanie, że niczego się nie bałam, bo nie mogłam sobie wyobrazić, że może być coś bardziej bolesnego od tego, co czułam. Jak ktoś bym mi wtedy powiedział, że odetnie mi rękę i przestanie mnie dusza boleć, to bym to na serio rozważała. Bo wszystko wokół było jak popiół, jak krajobraz po bitwie. Ale wiem, że strach przed rozgrzebywaniem ran jest dość częsty. Ludzie boją się też ruszania całego, często chorego układu rodzinnego, że jak się zdecydują na A to będą musieli powiedzieć B, czyli – nie wiem – rozwieść się albo wyprowadzić z przemocowego domu. A jak mają się wyprowadzić, jeśli nie wierzą, że w ogóle można mieć dom nieprzemocowy?

No i takie rozkminki chodzą mi po głowie.

*Całkiem nieoczekiwanie pewnego dnia panna K, zastanawiając się nad swoim stosunkiem do mnie, stwierdziła, że różni się on od wszystkich innych, jakie kiedykolwiek znała: „Nie zmuszasz mnie żebym przybrała jakiś kształt. Dajesz mi miejsce na rozpychanie się i przestrzeń, w której mogę się poruszać’ (Winnicott, 1980, Fear of Breakdown. A Clinical Example’)

Padada

Pada, mokro, wilgotnie, mglisto.

Poszliśmy z Mi na spacer po okolicy, pozaglądać ludziom w okna.

Kupiłam w Lidlu hosty do posadzenia pod płotem. Muszę przyciąć róże! Narcyzy już nie mogą dłużej czekać:

Mam wrażenie leniwego dnia, a jednak od rana walczę z oporem materii w temacie praca mag. Wczoraj Mo została zabrana prosto ze szkoły na nocowankę, więc mieliśmy cały dzień i wieczór dla siebie. To chyba starość, kiedy człowiek cieszy się, że ma cały dzień na pracę, a wieczorem przedkłada obejrzenie filmu we własnym łóżku i wyspanie się, nad wyjście do knajpy. Ale skończyłam papiery do jednego kursu, a dziś wstaliśmy o dziewiątej rano z tym cudownym uczuciem jakie się ma po całej nocy dobrego snu. Gimnastyka, dobra kawka i znowu papierzyska, choć elektroniczne. (Pod choinkę kupiłam Mi matę do jogi i teraz ćwiczy ze mną).

W przerwie kupiłam sobie 7 ciuszków na przecenie w Benettonie, dwa swetry koloru wściekłej fuksji, wściekle zielone spodenki i trzy koszule do pracy, jedna różowa, jedna biała w wielkie czarne grochy i jedna granatowa. I torebeczkę w serduszka. Kocham ich kolory i tkaniny, a zadowolenie z życia można mierzyć u mnie na skali tęczy – im więcej mam czystych kolorów na sobie, tym lepiej się czuję. Dawno, dawno temu, kiedy czytałam Simone de Beauvoir, nosiłam prawie wyłącznie czerń, wiadomo, co nosi nastolatka, której się wydaje, że jest zbuntowana. Im jestem starsza, tym rzadziej noszę żałobę, jako i szarość, albo inne nudne spokojne kolory. Życie jest wystarczająco nacht und nebel, żebym jeszcze się musiała tak ubierać.

A wczoraj w Irlandii wprowadzili ograniczenie prędkości na drogach lokalnych z 80 do 60 km/godz, co mnie ogromnie cieszy. Na autostradach jest max. 120, na drogach ekspresowych 100, regionalnych 80 a lokalnych teraz 60. I mają dwa razy mniej wypadków śmiertelnych niż Polska, gdzie wszyscy jeżdżą ‚szybko ale bezpiecznie’.

I tak mi się w oczy rzucił jakże trafny slogan:

Pożyczone z tej strony

Krótka przerwa

pomiędzy spisywaniem obserwacji infanta i produkcją dokumentów na rewalidację. W sypialni, gdzie dziś pracuję, jest obecnie stopni

😱

Włączone ogrzewanie nie podniesie temperatury powyżej 18 stopni, bo jak w sypialni jest 18, to w pokoju na dole 22, więc za gorąco. Muszę poważnie pomyśleć o ociepleniu strychu.

Karuzela mi przypomniała moje kąpiele w morzu w ciąży, w lutym czy listopadzie. Zimne kąpiele są bezpieczne dla ciężarnych, a moja córka ma na imię Móirín, co oznacza w wolnym tłumaczeniu z irlandzkiego Jasna-jak-morze:) Okazało się, że jest to bardzo tradycyjne irlandzkie imię, coś jak nasza Kazimiera i wszyscy moi irlandzcy znajomi, jak je słyszą, to się cieszą się i mówią ‚Ooo jakie piekne imię! moja prababcia miała tak na imię! Mo bardzo je lubi i pieczołowicie wyrysowuje tak zwane fada nad literkami o i i, czyli przedłużony akcent. (Pamiętam jak leciałam kiedyś do Polski i jakaś wścibska baba w samolocie usłyszawszy, jak wołam moją córkę obruszyła się na cały głos ‚a nie można było dać dziecku jakieś polskie imię?! Było to tak absurdalne, że aż się roześmiałam. Obca kobieta czuje się dotknięta tym, jak JA nazwałam SWOJE dziecko;) Za to na drugie ma Jutrzenka, pseudonim z AK mojej babci.

Pamiętam, że w ciąży robiłam ogólnie to, co chciałam i uważałam za stosowne, stwierdziłam, że będę się kierować jednynie własną oceną sytuacji (popartą literaturą fachową). Kąpałam się zatem w lodowatym morzu, jak też biegałam na pięc kilometrów i jeździłam na rowerze. Pamietam, jak kolega z pracy (imigrant z bardzo partiarchalnego kraju, może to istotne) bardzo się ofuknął, że jeżdżę na rowerze w ciąży, trochę mnie to wkurzyło, bo uważałam moje jeżdżenie za bardzo bezpieczne, byłam niesamowicie ostrożna i uważna i jeździłam wolno. Powiedziałam mu, że w Holandii wszyscy jeżdżą na rowerze cały czas.

Najbardziej niebezpieczną sytuację z rowerem miałam na przejsciu dla pieszych, kiedy to ja byłam pieszą i ruszyłam na ulicę na zielonym świetle, a jakiś rowerzysta wyskoczył na mnie tak, że mnie popchnął i prawie potrącił. Byłam w siódmym miesiącu ciąży i nie było widać brzucha, bo miałam płaszcz. Ciąża i wczesne macierzyństwo to czas trudny i trochę mistyczny, więc istnieje tysiące kulturowych zakazów i nakazów, niektóre oczywiście mają sens, a inne sensu nie mają za grosz, ale ludzie czują się w obowiązku mówić ciężarnej, co mniemają, że powinna, a co nie.

Mnie ostatnio zszokowało co innego, otóż ostatnie badania Instytutu Matki i Dziecka na podstawie analizy składu chemicznego włosa matki, która właśnie urodziła dziecko, wskazują, że w czasie ciąży alkohol piło 49% kobiet, w tym 11% regularnie i w dużych ilościach. I tu mi się włos jeży na głowie. Przyznam się szczerze, że w całej ciąży wypiłam dwa kieliszki wina czerwonego i się potem zastanawiałam, czy w ogóle było to sensowne.

PS. Przyszła wiosna w postaci Pana-który-kosi mi trawę. Jest Pan, jest wiosna. Muszę przemyśleć ten barbarzyński zwyczaj, ale mam pewne układy z panem, więc tego.

Ssssssspokój

Za nami Długi Weekend, dla nas nawet bardzo długi, bo w piątek szkoła Mo zamknięta z powodu braku wody. Weekend który spędziłam na pracy, jednej i drugiej, wczoraj jeszcze rzutem na taśmę machnęłam z 15 wypocin , a zabawy miałam przy tym co niemiara, bo część były to prezentacje, które studenci nagrywali i przysyłali, więc jeden nagrał tam, a drugi owam, jeden nie miał dobrego połączenia, więc widać piąte przez dziesiąte, drugi nie mógł wrzucić na Moodle, więc przysłał mi w mailu, trzecia wysłała link do dropboxa, tyle tylko, że dokument zahasłowany. Z tego wszystkiego Miś przeklinak włączył mi się wczoraj wieczorem i rzucałam kurwami, bo za dużo, za dużo.

I tak cały weekend siedziałam w papierach, z któtką przerwą na urodziny Mi, praca mag, sprawdzanie wypocin, papiery na egzamin, a jeszcze wróciła szefowa po 3 miesiącach i zagoniła nas do roboty nad rewalidacją, bo jednak będziemy mieli w tym roku, więc dodatkowa produkcja dokumentów pod dziurki w nosie. W moich trzech s nie ma stresu, więc staram się nie dać pochłonąć wymaganiom i presji czasu, może nareszcie przyszedł czas na spotkanie z perfekcjonizmem podlewanym narcyzmem i spokojne pogodzenie się, że mogę tylko tyle zrobić, ile mogę.

Wczoraj czułam się przytłoczona. Mówię sobie, że to tylko 4 miesiące i wszystko wróci do normy, a dziś świeci słońce i jadę sobie do mamy mojego niemowlaka. A potem do pani. A potem na zajęcia.