Pierwszy dzień. Żadnych specjalnych postanowień i planów, oprócz tych, co to toczą się swoją drogą, co oznacza, że mam nadzieję, że zostanę magistrem gdzieś w połowie roku, a potem rozpocznę praktykę kliniczną. Do tego czasu bieg z przeszkodami, staram się nie przestraszać wielkością przeszkód.
Na szczęście w pracy pewien Ważny Proces, który by ode mnie wymagał dużo myślenia, pisania i zebrań zespołu na razie został odstawiony na boczny tor, bo moja bezpośrednia szefowa nagle wylądowała w szpitalu z poważną diagnozą. Wraca do zdrowia, ale bardzo powoli i nie ma szans, żebyśmy się zmieścili w terminie z Procesem. Życzę jej dużo zdrowia, kiedy byłam kierowniczką zdążyłam ją polubić, bo jest osobą do bólu konkretną i zna się na tym, co robi, a z takimi ludźmi dobrze się pracuje, nawet, jak nie są ciepli i mili.
W domu Mo rośnie i rośnie i powoli odkrywa kim jest i co lubi. Fajnie się patrzy na dziecko, które może być dzieckiem i powoli rozprostowywać swoje skrzydła, bo ma na to przestrzeń. Lubię sobie na nią patrzeć i z nią rozmawiać, słuchać o jej fascynacjach sztuką, jej historii ze szkoły, z lekcji pianina, z gimnastyki i podwórka. Kogo lubi, a kogo nie i dlaczego, kto z kim się przyjaźni i kto kogo nienawidzi. Kto jest marudny, kto jest wesoły, kto ma dobre serce, kto jest zabawny, wszystkie te historyjki są takie niby-pobieżne, niby nic nie znaczące, a naprawdę bardzo gęste od znaczeń. Cieszę się, że wymyśliłam te 15 minut/pół godziny (choć pół godziny to dawno nam się niestety nie zdażyło) na pogadanie przed snem, kiedy nie zadaję jej żadnych pytań, a ona opowieda mi o czym tylko chce, nieważne – o guziku, o kamyku, o szpagacie, o pędzlach, i tak się zawsze kończy na opowieściach o życiu.
Sprawa samochodu zamknięta, zdecydowaliśmy się wziąć sumę oferowaną przez ubiezpieczyciela i kupić nowy/stary samochód. Znowu hondę, a co, tylko może ładniejszy kolor, jak się uda. Jak dobrze pójdzie nie będziemy musieli nic dopłacać, ale ubezpieczenie nam wzrośnie od nowego roku.
Mi dalej zadowolony w pracy, właśnie sobie na spacerze pogadaliśmy, jak podobna jest czasami jego rola do tej, do której ja się przymierzam oraz tej, którą czasami mam w obecnej pracy. Jak on nie jest od tego, żeby go klienci lubili, tylko, żeby ich przeprowadzić przez pewien proces, jak pomoc nie polega na tym, że ma robić dokładnie to, co oni myślą, choć zawsze musi respektować ich życzenia. Jak musi być jak kotwica, bo czasem jest jedynym stałym elementem ich życia.
Adek rozpoczął nowy etap w życiu, trochę dostaje w dupę, że się tak wyrażę, ale myślę, że to jest im/jemu potrzebne. Mierzą się z rzeczywistością i dorosłym życiem – cenami wynajmu mieszkań, codzienną pracą, zmęczeniem, finansową stroną samodzielnego życia. I przede wszystkim życiem we dwójkę, dzień w dzień, rano i wieczorem. Nie jest to łatwy czas, ale to część życia i część dorastania.
Rodzice – tu niestety nie jest różowo, a będzie jeszcze gorzej i nie da się tego ominąć. Rodzice się psychicznie posypali, właściwie nie wiadomo do końca dlaczego (mam swoje teorie oczywiście) – zawsze byli dość racjonalni, samodzielni, bez nałogów, pracowali w dość wymagających zawodach. A teraz mama powoli zamienia się w małe dziecko, żyjące na pograniczu jawy i halucynacji, a tato żyje w przedziale czasowym 5 minut. Gdyby nie moje rodzeństwo, to rodzice już by nie żyli, jestem o tym przekonana. Widzę, jak ten mózg się powoli poddaje, nawet, jak ciało jest w miarę zadbane. Mam szczęście, że mam rodzeństwo, które wzięło opiekę na siebie, bo jak się mieszka za granicą to można tylko z doskoku. W tym roku postaram się pomieszkać z nimi parę tygodni – może się uda dwa w czerwcu i cztery w sierpniu, ale to wciąż tylko sześć na 52.
Widzę, że mam zadatki na drugiego Cohello, muszę rozwijać tę umiejętność, to może zostanę sławna i bogata.