Głęboko oddycham

Rzadko mamy zajęcia na głównym kampusie, na co dzień jesteśmy na terenie szpitala St. James’s, ale kiedy już musimy tu przyjechać, to zawsze robi to nam mnie wrażenie. Jakby splendor tych starych budynków jakoś się naszym studiom też udzielał.

Moja droga tutaj nie jest długa, ale w tym najzimniejszym tygodniu w roku okazała się nie taka łatwa, szczególnie na elektrycznej hulajnodze. Wczoraj nie wyhamowałam na naszej ulicy i obiłam sobie łokieć i kość ogonową, na szczęście mam na sobie teraz prawdziwie arktyczny płaszcz, jak ludzik Michelin.

Ale zimno. Ślisko. Droga zamarznięta.

Dzisiaj jestem w klasie prawie sama, pierwsze zajęcia online, bo wykładowca nie dał rady przyjechać z krańcow Irlandii zasypanych śniegiem. Niestety, drugie zajęcia osobiście, a ja mam akurat trening pracowy podczas przerwy na lunch i nie zdążyłabym dotrzeć. Przyjeżdżam więc z samego rana.

Kampus w taki dzień jak dziś ma pewien szczególny urok, w cieplejsze dni w lecie przewalają się tłumy turystów, dziś – przestrzeń, spokój, cisza.

Emanuel Kant duma nad prawem moralnym.

Oszronione gałązki w bladym świetle poranka.

Solidne wrota do wiedzy:

Ale dalej po drodze mamy też palmy (ciekawe jak przeżyją to -6 dzisiejszej nocy):

Tutaj skręcam, jeśli się pójdzie dalej prosto można sobie poczekać na Godota w teatrze Becketta.

Byliśmy parę razy z Mi, bardzo fajny teatr który specjalizuje się w eksperymentalnych sztukach.

Na przerwie idę po kawę, niestety, nie wzięłam legitymacji i nie mogę wyjść bramką północną. Przecinam zatem dziedziniec wewnętrzny, przechodzę przez najbrzydszy budynek Arts, który wygląda jak radziecki bunkier i większość sal ma bez okien, wychodzę z uniwerku i ląduję w kawiarni.

Z gorącą kawą wracam do sali, tym razem mijam czytelnię dla magistrantów i największego platana na kampusie.

Wdycham zimne powietrze.

Pachnie kawa.

Pogoda pod psem

No i zero śniegu. Za to pada, leje, wieje i jest bardzo zimno – ale nie wystarczająco na śnieg.

Tak wiem, wiem, znam zdanie niektórych na temat śniegu, ale ja lubię. Pewno jakbym mieszkała w Szwecji to bym nie lubiła. A jakbym mieszkała w Norylsku, to już w ogóle!

Ale – oglądałam fajny dokument o cyklistach w Norylsku, którzy jeżdżą na rowerze przy -20 w zimie polarnej.

Czyli można? Można! Więc przestać mi tu marudzić!

A poza tym przyśniło mi się, że jedziemy z Mi na Wyspy Wielkanocne z okazji mojej 50tki.

Jak pies z kotem

Zapowiadają pogodowy armagedon, ze śniegiem i mrozem i ewentualnym zamknięciem szkół. Dzieci ze skrywaną radością wyczekują prognozy pogody, dorośli liczą na dodatkowy dzień wolny w nowym roku.

Dla mnie szykuje bardzo intensywny tydzień na uczelni, zaczyna się prezentacją w poniedziałek i potem codziennie 9-17. Idealnie się składa, że pracę zaczynam dopiero w następnym tygodniu, ale nowy rok zaczyna się skokiem na główkę w sam środek zajętości. Dobrze, że te studia dalej fascynują.

Co jeszcze? Jestem psem. Jeśli ludzi można podzielić na psy i koty, to ja jestem psem. Jestem otwarta, skaczę na ludzi i się łaszę, macham ogonem, jak kogoś długo nie widziałam, chętnie polizałabym po twarzy. Mam super węch, na przykład wczoraj w korytarzu poczułam dziwny zapach dezynfekcji, okazało się, że Mi kupił nowe mydło. Raczej nie obrażam się na ludzi, na pewno nie miewam focha. Nie lubię poznawać świata samotnie, wolę spacery i wyjazdy z moim człowiekiem. Mam alergię na koty i nie znoszę ich zapachu, który od razu rozpoznaję w znajomych domach – moja siostra ma dwa i czasem mnie zaprasza, żebym powąchała, czy nie ‚pachnie kotem’ bo nie jest pewna, czy czegoś nie zmajstrowały. Lubię koty, ale na zdjeciu i z daleka.

Mi jest natomiast kotem, czego mu zazdroszczę. Lubić się wygrzewać koło kaloryfera, jest bardziej skryty i nie zaprzyjaźnia się tak łatwo. Na pewno nie cieszy się jak głupi i nie macha ogonem, jak kogoś widzi. Lubi swoje ścieżki, częściej niż ja się obraża – ja wybucham, warczę, szczekam, a potem mi przechodzi, on syczy i się nie odzywa. Jak się do kogoś zrazi, to na zawsze, jak kogoś nie szanuje, to z nim nie przebywa. Ja czasem wyciągam rękę wciąż i wciąż i ciągle się dziwię, że znowu ktoś ją pogryzł. Jest większym samotnikiem i mniej się dostosowuje do innych ludzi, chodzi własnymi ścieżkami. Gdy ja wstaję w nocy i otwieram okno, choć jest 17 stopni w sypialni, on najchętniej przeniósłby się na zapiecek.

Ale dobrze nam się razem śpi i żyje.

Bezsenność to luksus

Zapowiadają -6, mróz i śnieg, a ja cieszę się jak dziecko, naprawdę nie wiem z czego.

Bezsenność to choroba dla ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu. Dziś się obudziłam po 5 godzinach snu, nie trzeba było tej czarnej czekolady jeść na noc. Po gorącej herbacie i uspokajającej książce zasnęłam ponownie przed 8, więc oczywiście wstałam przed jedenastą. Mi już dawno na posterunku, odpowiadał na telefony i maile. U mnie praca nad prezentacją przez resztę dnia (no, od południa, bo zanim wypiłam kawę…), ale pozwoliłam sobie na spacer w przerwie, bo słońce! Trzeba pamiętać, żeby wystawiać twarz do słońca.

Życie w teorii i praktyce

Pierwszy dzień. Żadnych specjalnych postanowień i planów, oprócz tych, co to toczą się swoją drogą, co oznacza, że mam nadzieję, że zostanę magistrem gdzieś w połowie roku, a potem rozpocznę praktykę kliniczną. Do tego czasu bieg z przeszkodami, staram się nie przestraszać wielkością przeszkód.

Na szczęście w pracy pewien Ważny Proces, który by ode mnie wymagał dużo myślenia, pisania i zebrań zespołu na razie został odstawiony na boczny tor, bo moja bezpośrednia szefowa nagle wylądowała w szpitalu z poważną diagnozą. Wraca do zdrowia, ale bardzo powoli i nie ma szans, żebyśmy się zmieścili w terminie z Procesem. Życzę jej dużo zdrowia, kiedy byłam kierowniczką zdążyłam ją polubić, bo jest osobą do bólu konkretną i zna się na tym, co robi, a z takimi ludźmi dobrze się pracuje, nawet, jak nie są ciepli i mili.

W domu Mo rośnie i rośnie i powoli odkrywa kim jest i co lubi. Fajnie się patrzy na dziecko, które może być dzieckiem i powoli rozprostowywać swoje skrzydła, bo ma na to przestrzeń. Lubię sobie na nią patrzeć i z nią rozmawiać, słuchać o jej fascynacjach sztuką, jej historii ze szkoły, z lekcji pianina, z gimnastyki i podwórka. Kogo lubi, a kogo nie i dlaczego, kto z kim się przyjaźni i kto kogo nienawidzi. Kto jest marudny, kto jest wesoły, kto ma dobre serce, kto jest zabawny, wszystkie te historyjki są takie niby-pobieżne, niby nic nie znaczące, a naprawdę bardzo gęste od znaczeń. Cieszę się, że wymyśliłam te 15 minut/pół godziny (choć pół godziny to dawno nam się niestety nie zdażyło) na pogadanie przed snem, kiedy nie zadaję jej żadnych pytań, a ona opowieda mi o czym tylko chce, nieważne – o guziku, o kamyku, o szpagacie, o pędzlach, i tak się zawsze kończy na opowieściach o życiu.

Sprawa samochodu zamknięta, zdecydowaliśmy się wziąć sumę oferowaną przez ubiezpieczyciela i kupić nowy/stary samochód. Znowu hondę, a co, tylko może ładniejszy kolor, jak się uda. Jak dobrze pójdzie nie będziemy musieli nic dopłacać, ale ubezpieczenie nam wzrośnie od nowego roku.

Mi dalej zadowolony w pracy, właśnie sobie na spacerze pogadaliśmy, jak podobna jest czasami jego rola do tej, do której ja się przymierzam oraz tej, którą czasami mam w obecnej pracy. Jak on nie jest od tego, żeby go klienci lubili, tylko, żeby ich przeprowadzić przez pewien proces, jak pomoc nie polega na tym, że ma robić dokładnie to, co oni myślą, choć zawsze musi respektować ich życzenia. Jak musi być jak kotwica, bo czasem jest jedynym stałym elementem ich życia.

Adek rozpoczął nowy etap w życiu, trochę dostaje w dupę, że się tak wyrażę, ale myślę, że to jest im/jemu potrzebne. Mierzą się z rzeczywistością i dorosłym życiem – cenami wynajmu mieszkań, codzienną pracą, zmęczeniem, finansową stroną samodzielnego życia. I przede wszystkim życiem we dwójkę, dzień w dzień, rano i wieczorem. Nie jest to łatwy czas, ale to część życia i część dorastania.

Rodzice – tu niestety nie jest różowo, a będzie jeszcze gorzej i nie da się tego ominąć. Rodzice się psychicznie posypali, właściwie nie wiadomo do końca dlaczego (mam swoje teorie oczywiście) – zawsze byli dość racjonalni, samodzielni, bez nałogów, pracowali w dość wymagających zawodach. A teraz mama powoli zamienia się w małe dziecko, żyjące na pograniczu jawy i halucynacji, a tato żyje w przedziale czasowym 5 minut. Gdyby nie moje rodzeństwo, to rodzice już by nie żyli, jestem o tym przekonana. Widzę, jak ten mózg się powoli poddaje, nawet, jak ciało jest w miarę zadbane. Mam szczęście, że mam rodzeństwo, które wzięło opiekę na siebie, bo jak się mieszka za granicą to można tylko z doskoku. W tym roku postaram się pomieszkać z nimi parę tygodni – może się uda dwa w czerwcu i cztery w sierpniu, ale to wciąż tylko sześć na 52.

Widzę, że mam zadatki na drugiego Cohello, muszę rozwijać tę umiejętność, to może zostanę sławna i bogata.