Nie śpię, po nocach, czasami do szóstej rano. W nocy otwierają mi się przejścia w głowie, zwierzęta wyłażą na wolność, niektóre, warczą kąsają i gryzą. Nie mogę spać jak tańczą, zapadam w sen i budzi mnie skurcz, jak ugryzienie w serce, nie śpij! Nie śpij! Nie śpij!
Nie śpię.
Wchodzę głębiej w ciemy las. Nie chcę, ale wchodzę, bo jeśli chcę stać się, kim jestem, to muszę tam wejść. Zwierzęta biegają, słychać skowyt, las płonie. Rozgrzebuję stare rany, ściągami brudne bandaże, wsadzam palec, tam, gdzie boli, muszę czuć, muszę wiedzieć, muszę zawsze mieć to w pamięci, bo gdy zapomnę, gdy zamknę drzwi, to już na zawsze zostanę w plastikowym świecie, w pułapce wiecznego lunaparku pędząc na karuzeli z innymi nieszczęśnikami o zamkniętych oczach, nie wiedząc dokąd, ani po co, ani dlaczego, tylko szybciej i szybciej i szybciej otwierając puszki przesłodzonej koli i zatykając usta rosnącą w nich watą cukrową.
Ból jest ważny.
Dawno, dawno temu spotkałam smutnyzwierza, rozpoznaję go, kiedy wychyla głowę ze swej nory. Czas, żeby spotkać złyzwierza. Złyzwierz jest ważny, złyzwierz gryzie, jak ciebie gryzą, ale czasem gryzie wszystkich i swojego człowieka też i wtedy jest najgorzej. Złyzwierz zawsze tam jest, od początku czasu, tylko wolimy go nie widzieć, a ślady jego obecności tłumaczymy ‚historią’.
Musisz je trzymać przy życiu, tłumaczę Mi, bo wreszcie zrozumiałam jak to jest z tym pisaniem i koniecznie, koniecznie muszę się tym podzielić. – Pisanie jest jak dziecko, musisz je karmić i doglądać, nie możesz samego zostawić na dłużej, bo się zgubi, skonfunduje, pomylą się wszystkie wątki. Albo jak zakwas, musisz codziennie mu sypnąć mąką, bo inaczej skiśnie, skwaśnieje, zrobi się niestrawny. Czuję się jakbym odkryła przepis na życie, a co najmniej na przetrwanie ważnej pisaniny.
W przerwie przy obiedzie podczytuję Żulczyka i nagle bach! Żulczyk się ze mną zgadza;) Tylko robi to po Żulczykowemu, czyli od strony degrengolady: Tekst nie dojrzewa. Tekst gnije. Jego sens paruje, ucieka w powietrze. Po miesiącu leżenia pokrywa go gruba kołdra pleśni. Gdy siada się do niego z powrotem, zaczyna się od czasochłonnych prac ratunkowych.
Leje, wieje, windy.com nie nastraja. Przewalają się prądy pogodowe jeden po drugim, więc nie zostało mi nic innego, jak siedzieć w domu i pisać;)
Ale za to wczoraj napasłam się rozmowami i śmichami chichami, najpierw w klasie, potem w przytulnym, drewnianym, tradycyjnym irlandzkim pubie (cydr już po 7.60 nożkuwamać!) na urodzinach jednego Brazylijskiego kolegi z roku. Jednak jestem wesołym futrzakiem, przekonałam się po raz kolejny, macham ogonem i szczekam i podskakuję z radości, kiedy jestem w grupie osób, które lubię, uwielbiam imprezy i towarzystwo ludzi, z którymi mam o czym rozmawiać. Teraz nareszcie mam z kim w tym Dub spędzać czas wgłębiając się w psychologiczne rozkminki, rozdzielając włos na czworo i wiercąc dziurę w brzuchu osobom innym niż własna rodzina.
Po jednym cydrze zaplanowałam wycieczkę do Wietnamu, akurat chłopak jednej naszej koleżanki jest Wietnamczykiem, po dwóch wymyśliłam potluck summer party u mnie w ogrodzie dla całego roku na zakończenie zajęć i oczywiście zaczęłam już zapraszać ludzi, na szczęście po wytrzeźwieniu pomysł nadal wydaje mi się dobry, a Mi wyraził aprobatę, a wiadomo, że z pomysłami po alko bywa różnie. Na tym kursie jesteśmy tak przemieleni emocjonalnie, że mamy kombatancką potrzebę spotykania się, czujemy się trochę jak weterani jakiejś psychologicznej gry wojennej, jakbyśmy wiedzieli co komu może odpalić i w jakim momencie. I dlaczego.
Wracałam do domu wdychając zapach mokrych liści i wilgoci, było ciemno, pachniało wiosną i oczekiwaniem na nie wiadomo co, na wszystko i nic konkretnego, niebo było pogodne, z knajp dochodziły głosy ludności świętującej koniec sztormu albo środek weekendu. Wydawało się, że jeszcze można naprawić świat.
Wszyscy w domu, za oknem szaleje wichura. W nocy wiatr zerwał prowizoryczny dach szopy razem z paroma deskami, ale prawdę mówiąc była to zwykła folia, więc nie ma o czym mówić, Mo bardzo rozczarowana. Z ekscytacją wyczekiwała katastrofy, latających dachów i kotów, a tu taka słabizna. Wczoraj rano pytała się co się stanie z kaczkami podczas wichury, powiedziałam jej, że dla kaczek to raczej nie ma znaczenia, bo jak wiatr je porwie, to po prostu polecą. Gorzej dla owiec i kotów. Wieczorem mówi do mnie ‚so ducks will fly but sheep will die?’ i początkowo nie rozumiałam do czego nawiązuje;) Dziś rano oczekiwała zatem latających owiec albo deszczu kotów, a tu kicha. Ale w hrabstwie Galway wiatr pobił rekord Irlandii, 183km/godz. i porwał dach stadionu wybudowanego za 3 mln. euro.
A mi się fajnie spisuje obserwację niemowlęcia, to już 19! Polubiłam te wizyty i cały rytuał z tym związany. Jadę sobie rano moją hondką, odwiedzam obcą mamę i przez godzinę w skupieniu patrzę się na jej niemowlę. Nie robię przy tym żadnych notatek, oprócz tych w głowie. Chłonę atmosferę w domu, dostrajam się do emocji wypełniających przestrzeń, jestem wyczulona na malutkie detale, które mogą świadczyć o stanie ducha mamy i dziecka w danym momencie, oraz całego domu, jeśli można tak powiedzieć. Jest to niesamowity trening uważności, trzeba mieć otwartą głowę i serce, zwracać również uwagę na swoje emocje. Obserwację spisuję po jej zakończeniu, najlepiej byłoby zaraz po, ale wtedy mam tylko godzinę czasu, więc tylko robię sobie notatki, zaznaczam istotne szczegóły, kolejność wydarzeń i ogólną atmosferę. Pierwsze notatki robię jeszcze w samochodzie, w nosem na kierownicy i ze skrzydłami kurczaka na siedzeniu obok, wyciągam gorącą herbatę w termosie i piszę. Na cotygodniowym seminarium rozkładamy potem obserwacje na części pierwsze, starając się zrozumieć co się działo i co czuło dziecko. Najciekawsze jest to, że czasem nie jestem świadoma pewnych rzeczy w trakcie wizyty ani w czasie jej spisywania, a kiedy odczytuję notatki na seminarium, pewne rzeczy są oczywiste, uczestnicy wychwytują detale, powtórzenia pewnych wyrazów, rytm tekstu wskazujący na niepokój czy zadowolenie czy inne emocje zakodowane w tym, co zapisałam. Wtedy się zastanawiamy, czy to byłam ja, czyli mój stan emocjonalny zabarwił obserwację, myślę wtedy czy mogłam być zdenerwowana, czy sfrustrowana, czy to było jednak coś pochodzącego od mamy i dziecka. Uwielbiam rozkminki, a takie seminarium to grupowa rozkminka, bardzo bardzo ciekawe.
Zadyma w parlamencie od wczoraj, bo niezależnym, którzy poparli rząd, bez którego to poparcia rząd nie miałby większości, przyznano czas na przemówienia z puli opozycji, która się wkur… i zerwała obrady i nie można było wybrać Premiera, czyli tiszoka (Taoiseach).
Niedawne wybory wygrała centro-centrowa (bo przecież nie lewicowa) partia Ta co Zawsze wygrywa na przemian z Tą Drugą i oto znowu mamy rząd centro-centro-prawicowy, choć moi prawacy z pracy mówią, że wszystkie partie w Irl są lewicowe.
Zadyma za oknem, wszystkie dzieci się cieszą, bo sztorm Éowyn zamknął jutro szkoły, wiatr w porywach do 190km/h.
Zadyma w rodzinie, znowu się martwię siostrą, nie spałam dziś od trzeciej w nocy i do szkoły poszłam nieprzytomna.
W domu zadyma, bo wyszłam do pracy i nie nakarmiłam żółwia, dziecko mi ryczy i się obraża.
Na studiach wprawdzie nie zadyma, ale magisterka straszy, co się przekłada na niespanie.
Na całe szczęście w pracy odpoczywam, bo nie wiem jak to się stało, ale lubimy się ze studentami tym razem i dobrze nam się rozmawia i tematy mamy fajne – tym razem gender, coż może być ciekawszego i bardziej emocjonującego. Chyba tylko metodologia badań naukowych;)
Rano pomęczyłam się trochę nad pisanina, czy jest w ogóle ktoś, kto lubi pisać magisterki?? Ja lubię czytać, niekoniecznie magisterki oczywiście, a raczej wszystko inne tylko nie wypociny studenckie, i lubię się uczyć, szczególnie o czymś ciekawym, ale jak mam pisać, a zwłaszcza na ocenę, to mi się flaki przewracają. Choć nie zawsze. No, ale wczoraj to mi się przewracały i przewracały, tak, że zmitrężyłam mnóstwo czasu, aż w nocy nie moglam zasnąć, bo dotarło do mnie, że jednak czasu coraz mniej zostało mi i jak będzie tak mi to szło jak krew z nosa to będzie słabizna. Z mocnym postanowieniem poprawy poczytałam Diagnozy do poduszki, bo nic tak nie usypia jak DSM-5.
Więc o 10.14 dzisiaj, jak już rzuciłam okiem na zegarek po drugiej kawie, byłam już przy trzecim akapicie poprawek. Bo w nagrodę mieliśmy pojechać nad morze, w pierwsza podróż naszą Blue.
Po drodze zabraliśmy Adziarza i najpierw było tak:
A potem nie wytrzymałam i było tak:
Bo teraz zawsze już wozimy stroje i ręczniki, a nuż coś nam wpadnie do tych durnych głów i oczywiście zawsze wpada, jak nie to, to tamto.
Było bosko!
Mi też wszedł, jakżeby nie, zrobił sobie taką paradoksalna kurację, bo od tygodnia łaził w domu w czapce i kamizelce puchowej i pociągał nosem. Teraz wóz albo przewóz, albo stanie na nogi, albo😂
No co ja poradzę, że jest dobrze. W nocy jasno, obudziłam się gdzieś o niewiemktórej i z bocznego okienka w korytarzu światło zupełnie białe, dziwne, księżycowe. Ale to dwa dni temu.
A w dzień, co dzień słońce! Zalewa okna, oślepia, wciska się w każdą szparę. Nie mam za bardzo czasu, żeby nim się spokojnie cieszyć, między zajęciami wychodzę po lunch do sklepu naprzeciwko, a ono mi włazi do oczu, naprasza się, obwieszcza, że wreszcie jest. Wracam z Beef Bourguignon, ryżem jaśminowy do mikrofali i mieszanką sałat, z miodem i Earl Grey pod pachą, mrużę oczy i wystawiam twarz. Jest dobrze, choć osiem godzin wykładów. Wieczorem rozmawiam z moimi ulubionymi studentami na moje ulubione tematy, trzeci rok, luźny przedmiot, więc gadamy o wszystkim, co tylko się da wcinąć w temat rodziny. Tym razem o emocjonalnej regulacji i klasie społecznej.
No i mam wreszcie Amerykanów, których da się lubić. To jest taka grupa, że mogłabym powiedzieć, że aż chce się iść do pracy, gdybym nie miała ciekawszych rzeczy do robienia w domu niż praca, hehe. Nagle, z głupia frant, kiedy nikt by się tego nie spodziewał, bo wiadomo co pisałam w zeszłym roku, bach! najlepsze zajecia. Takie, kiedy w ogóle slajdów nie otwieram, tylko rzucam im temat jak piłeczę, a oni biegają za nią, podają, kopią, tarmoszą, rozkładają na części pierwsze. I tak mija nam trzy godziny, trzy godziny dyskusji i dywagacji o tym wyszystkim, czym przynudzam powerpointowo na sześćdziesięciu sześciu slajdach, które oto nie są potrzebne, więc tylko przelatuje my przez nie jak sztorm na koniec. A z tyłu klasy siedzi dwóch profesorów amerykańskich z uśmieszkami Mony Lisy, nie wiem czy sprawdzają mnie, czy studentów.
Kończymy z Mi trzeci sezon Mayor of Kingstown, dobre oglądło, wrzucamy po odcinku – pół odcinka przed snem. Zaczęłam Rushdiego, nigdy nic jego nie czytałam, na razie się zastanawiam, czy lubię jego barokowy styl. Ktoś czytał?
Gorące rączki budzą mnie o 5.45, Mo boli brzuszek i ‚nie może spać’, po czym ładuje się nam do łózka, półprzytomna kładę jej rękę na brzuch i masuję, pięć minut później oczywiście zasypia. Mi przenosi się do jej łóżka piętrowego, na szczęście łóżko ma materac na dole i normaly rozmiar. Kiedy kolejny raz otwieram oczy jest po 9, Mo zniknęła.
Weekend. Mo z gorączką, więc nigdzie nie pójdziemy, ale w sobotę decydujemy się zobaczyć samochód na sprzedaż niedaleko od nas. Honda taka jak nasza, ten sam rocznik, 20 tys. mniejszy przebieg i piękny kolor, French blue. Kosztuje dokładnie tyle, ile dostaliśmy z ubezpieczenia, przypadek? Mi jeszcze robi przegląd ogłoszeń, znajduje inną trochę tańszą, ale z zadrapanym przodem. I biała, bleee. I daleko od nas, musiałabym podjechać taxi w poniedziałek, żeby zobaczyć. Moje serce zostaje przy French blue. Świeży import z Japonii, dopiero co zarejestrowana w Irlandii – w Japonii również jeżdżą po lewej stronie, dlatego jest wiele używanych samochodów z tamtąd stamtąd. (Salmiaki zauważyła:) jak ktoś znajdzie błąd, uprzejmie prosi się o zwracanie uwagi:)
Poza tym w Irlandii Honda ma status kultowy, czego ilustracją jest poniższa piosenka (można tu też znaleźć wiele odniesień do elementów kultury Irlandzkiej nie znanych szerszej publiczności;D
The Rubberbandits, kultowa Irlandzka kapela
W tym tygodniu mieliśmy trzy wykłady z psychiatrami, głównie o diagnozach. Wiecie, że psychiatrów nie interestuje zdrowie psychiczne, tylko choroba psychiczna? To wiele wyjaśnia. Jeśli osoba spełnia kryteria diagnostyczne, dostanie tablety, a jeśli nie spełnia, zostanie odesłana, by często potem wrócić po roku, czy dwóch, kiedy już jest dużo bardziej distressed, jak oni to mówią i te kryteria spełnia. Czy wiecie, że nie można mieć depresji (czyli generalnie czuć się ..ujowo) przez siedem lat? Też nie wiedziałam. Epizod depresyjny nigdy nie trwa dłużej niż 2 lata, jeśli ktoś ‚ma depresję’ od siedmiu lat, czyli przez siedem lat czuje się ciągle źle, to jest to zaburzenie osobowości, albo coś innego. Oczywiście można mieć nawracające epizody depresyjne przez siedem lat, czyli chorobę diagnozowaną jako depresję, ale wtedy nastrój faluje, nie jest jednostajnie zły cały czas.
Czytam Diagnozy Psychoanalityczne i trochę rzeczy wskakuje na miejsce, np. dlaczego często ławiej się rozmawia z osobami ze schizofrenią niż z bordeline, choć te drugie są mniej zaburzone. Mieliśmy też zajęcia z gościem, który łączy psychoanalizę z filozofią wschodu, jest poza tym głównych psychologiem klinicznym w szpitalu psychiatrycznym w Dublinie, bardzo bardzo ciekawe. Podobało mi się, że powiedział, że medytacja nie jest dla każdego – bardzo zaburzone osoby może zaburzać jeszcze bardziej, może również stać się pewną formą ucieczki od życia, czy wręcz sprzeciwem wobec rzeczywistości i życia, czyli też zaburzeniem.
Kończę Małe Życie, ta książka jest dobrym przykładem desensytyzacji, bo przeczołguje emocjonalnie do tego stopnia, że pod koniec człowiek się wyłącza, bo ile można w środku emocjonalnego tumultu tkwić. Bohaterowie przechodzą przez takie okropieństwa, że kolejna tragedia już nie rusza, nie da się słuchać Paganiniego w cygańskiej knajpie ze łzami w oczach przez 668 stron. W sumie dość mi się podoba, część mechanizmów psychologicznych wydaje się dość prawdziwa, postaci dość pogłębione, ale coś mi zgrzyta. Może to, że nie zostawia dużo czytelnikowi do domyślenia się, wszystko jest w miarę podane na tacy. Może ten Amerykański narcystyczny materializm – przeciwwagą dla wszystkich okropieństw jest miłość, oczywiście, ale też i sukces, szczególnie materialny. Czterech przyjaciół, jeden zostaje światowej sławy aktorem, drugi najlepszym amerykańskim prawnikiem, trzeci słynnym malarzem, czwarty architektem, jakby ten sukcej był jednak najważniejszy, jakby te życie jednak nie były takie małe, wbrew tytułowi, bo może te małe to nawet nie warto opisywać. Jakby American Dream miał się dobrze, a nie, jak mówi Wilkinson ‚jeśli chcesz przeżyć American Dream, to przenieś się do Szwecji’. Ale główną wadą książki jest to, że jest za długa, bo rozedrganie emocjonalne zaczyna nudzić po 400 stronach. Nie jest to Wielka Literatura, ale czytadło dobre, choć za długie.
Ściągnęłam sobie Rushdiego Wstyd, ciekawe, czy też będę kręciła nosem.