Pławię się w spokoju i odpoczynku. Po tych ostatnich paru tygodniach, gdzie nawet szpilki nie dało się wcisnąć, co to jest machnąć siedem okien (i drzwi!). Ale muszę uważać, bo lubię sobie pochojrakować i wczoraj po dogłębnym sprzątaniu i zakupach w polskim sklepie oraz Lidlu (wybrałam idealną porę – niedziela wieczór, zero tłumów) poczułam, że najwyższy czas do łóżka, więc się tam szybko zapakowałam. Miałam wrażenie, że rozkręca mi się grypa, co by było dziwne, bo jestem szczepiona, ale było mi zimno i wszystko mnie zaczęło boleć. Ale rano okazało się, że to tylko pierwszy dzień cyklu heh.
A w łóżeczku zaczęłam czytać Little Life, książkę, która swego czasu przemknęła po blogosferze, a mi na komórce jakoś ciężko szło, za małe litery. Oraz wzięłam się za skarpety dla Mo – kupiłam sobie piękną wełnę zielono-różową i oczywiście ONA musi mieć z niej skarpety i na pewno będzie nosić.

Dziś Mi wysprzątał resztę domu, ja nastawiłam chleb i miałam tylko podjechać do centrum handlowego po ostatnią rzecz, którą zamówiłam dla Re i chyba szatan mnie podkusił, żeby zamawiać na dzień przed wigilią, bo jechałam tam 40 minut samochodem, potem szukałam parkingu, potem mijałam dzikie tłumy w sklepach, oczywiście byłam jedną z tłumu, bo zawsze jest tak, że tłum to inni, a my to przecież to przypadkiem na zakupkach, a potem okazało się, że nie przywieźli, ‚może będzie jutro’. Śmiać mi się chciało, bo sama sobie zgotowałam ten los, muszę pamiętać, że zakupy robi się ONLINE miesiąc przed świętami. To wszystko:)


A potem zrobiliśmy bigos.