Niedziela. Wczoraj ostatni dzień zajęć, siedem godzin o narcyźmie, borderline i innych zaburzeniach, co razem z moim wcześniejszym siedzeniem w literaturze poskutkowało uczuciem, że moja głowa jest przepełniona i nic się do niej już nie wciśnie. Pod koniec chciało mi się na zmianę spać i natychmiast wyjść z sali, pojechać nad morze, przejść się po parku w deszczu lub w słońcu po lesie. Cokolwiek, co by się nie wiązało z używaniem głowy. Potem na szczęście poszliśmy na drinka, żeby się pośmiać i przewietrzyć, ale nie za dużo, bo przecież jeszcze trzeba skończyć esej. A w nocy śniły mi się imprezy, ludzie, zabawa. Potrzebuję przerwy.
Praca skończona, zostały tylko eseje do sprawdzenia i oceny do wystawienia, więc jeszcze tylko dziś i jutro.
Musimy kupić choinkę. Prezenty prawie skompletowane. Cieszę się nowym czytaczem Kobo (kindlem jako amazonowym pogardzam dla zasady), który kupiłam Mi, ale miałam go przetestować i tak go właśnie testuję, że kupię Mi drugi na jego urodziny, bo jest BOSKI. Kiedy nauczyłam się wrzucać tam książki, wróciła do mnie radość czytania – nie rozpraszam się, nie bolą oczy, w nocy zmieniam ustawienia na białe na czarnym, co mniej rozbudza.
Dziś Mo ma wystawę, pojechała z Mi. Pani artystka prowadząca ich pracownię zrobiła dzieciakom prawdziwy wernisaż, z jedzeniem i napojami. Każde dziecko wybrało jeden obraz, a pani go oprawiła i powiesiła w pracowni. Mo była wniebowzięta.