Mo przychodzi do nas rano i swoimi zimnymi rączkami głaszcze mnie po policzku. Czasem wstaję, jak dziś, koło wpół do dziesiątej, czasem przewracam się na drugi bok mrucząc, żeby obudziła tatę. Mi z nią wstaje, a ja dalej śpię, po godzinie dociera do mnie, że wcale nie wstał, tylko wciąż leży koło mnie. Patrzę na zegarek, jest 10.35.
Tak to u nas jest przez ostatnie dni, dochodzimy do siebie, niesamowicie nam się śpi i korzystam z tego ile wlezie, bo jak wiadomo podobno z wiekiem jest podobno coraz gorzej, a przez następne sześć miesięcy pewnie będę o takim spaniu marzyć. Moja siostra wstaje przed szóstą, mówi, że dłużej nie może, prawdę mówiąc nawet nie mogę sobie tego nawet wyobrazić, jak można tak wcześnie wstawać z własnej nieprzymuszonej woli, chyba trzeba siebie niekochać. Ale ona z kolei nie może sobie wyobrazić jak można mieć wykład do 21.30, dla mnie to nie jest wielka rzecz, jeślibym tylko mogła rano dłużej pospać. Najgorsze jest, kiedy jestem w domu dopiero przed 23, jeszcze rozkręcona, jeszcze nabuzowana, jeszcze na pewno nie zasnę, nawet, jak się zaraz położę, a tu trzeba wstać o 7.15.
W kolejnym semestrze skonsolidowali mi godziny i mam zabójczą środę i potworny czwartek, który się zaczyna o 9 a kończy o 21.30, z ośmioma godzinami wykładów i spotkaniem z panią na dodatek. Z jednej strony dobrze jest pracować tylko dwa dni, z drugiej strony mam nadzieję, że przeżyję ten czwartek, bo do tego jeszcze kolejny przedmiot z amerykanami, boze lewaków miej mnie w swojej opiece. No ale poniedziałek i piątek mam zupełnie wolne na pisanie i czytanie, a we wtorek zajęcia na uniwerku i obserwacja niemowlecia. Ta to się umie ustawić, mówi mi Mi.
Patrzę na rodzinne zdjęcia świateczne przesłane whastsappem i ściska mnie wruszenie, kiedy zauważam czerwone skarpetki przyczepione żabkami od zasłon pod sufitem, suszą się, nikt o nich nie pamiętał, kiedy ustawił całą rodzinę do zdjęcia. Uwielbiam święta u mojej rodziny, ale trudno wtedy mówić o odpoczynku, choć zawsze wchodzę jak w dym w ten chaos, harmider i hałas, zadymę i gwar, dzieci, upierdliwych staruszków i emocje, mamę, co udaje, że kuma, a czasem udaje, że nie kuma, tatę, co udaje, że pamięta, brata, co udaje mikołaja i szwagra, co udaje, że się uśmiecha, dzieci, co udają, że są niegrzeczne, za ciepły dom, za zimny dwór i w ogóle zawsze za dużo wszystkiego, wszystkiego pełno, obficie, po same uszy i jeszcze trochę i zjedz jeszcze za mamusię i tatusia. I jem i jem i jem, aż dociera do mnie, że zaraz pęknę i że już nie mogę, wystarczy smaków, zapachów, kapusty i śledzi, hałasu, zadymy, dzieci, staruszków, melodii świątecznych, wyścigów na bosaka wokół kominka, kończących się płaczem albo wybuchem śmiechu, najczęściej wszystkim na raz, rozmów, śpiewów i cichych nocy, które dudnią jak dyskoteka z daleka.
A tutaj spokojnie, łagodnie, cicho.
Ale tęsknię i mi brakuje.