zaklinam rzeczywistość, bo rzeczywiście, kiedy tylko pędzę moim rowerem przez najpiękniejsze zakątki Dublina, mijam ceglane kamienice, morze żółtych liści, zapach mokrej kory, wszechobecną wilgoć i chowanie się po domach pod kołderkę w kratkę, to chce mi się żyć i tak gnać, nawet, jak pada, w czapce i rękawiczkach, z zimnym nosem, zlizując kropelkę ściekającą z okularów.
Ale jestem chyba przemęczona, wczoraj cały dzień zajęcia, bardzo intensywne intelektualnie, w piątek spisywanie baby obs i czytanie tekstów, dziś miałam kończyć przegląd literatury, a tu idzie mi jak po grudzie, jakby już był grudzień, trudno mi się myśli, idee nie składają się do kupy, a raczej tylko do kupy się nadają. Mam niecałe dwa tygodnie na skończenie, z czego sześć dni to praca praca praca, praca praca praca, muzo natchniuzo zlituj się nad nami, nieborakami! Do tego z siostrą jakby nieco gorzej, co mnie martwi i mimo, że rozumiem mechanizmy, to bardzo mi ciężko, że nie można pomóc. Dzwonię do niej i wystrzela mnie w kosmos, dziś już telefony od rana, morze esemesów, muszę się odciąć od natłoku i naporu, intensywności myśli i zarzutów i bezsensownego kręcenia się w kółko.
Głowa w środku czuje się jakby już nic nie dało się do niej wcisnąć, myślenie mi się wyłączyło, o szesnastej robi się ciemno i pieką mnie oczy ze zmęczenia, mimo, że w miarę dobrze spałam. Czuje, że powinnam zwinąć się z kulkę i odpocząć, tak ze dwa tygodnie, a muszę się zmobilizować właśnie teraz i tak aż do końca świąt czeka mnie maraton.
Żeby przywołać dobre muzy, elfy, mikołaje, leprachauny, krasnoludki, trolle i inne fantazyjne tatałajstwo, powiesiłam trzy dni temu światełka bożonarodzeniowe w dużym pokoju, uwielbiam święta i zamierzam się nimi cieszyć już od listopada. Potrawy, bombki, choinki, prezenty, czy to ma jakiekolwiek znaczenie co i jak, barszcz z uszkami czy rosół z okami, uwielbiam cały ten cyrk, który jest właśnie po to, by człowiek jakoś przeżył w dobrym zdrowiu psychicznym te ciemności i zimności, otoczony dobrymi duchami i swoimi ludźmi.
W tym roku zostajemy w Dublinie i zaprawdę powiadami wam, już w przyszłym tygodniu walnę kompletne szaleństwo kolorowych świateł na fasadę domu i doprawię gwiazdą betlejemską, bo czemu nie.