No i przeminęło, pizgło, walnęlo i nie ma Halloweenowej przerwy, pieski mogą odetchnąć aż do nowego roku. W piątek jeszcze pobiegliśmy, muszę tu odnotowywać, żebym nie zapomniała, że się staramy, więc w piątek machnęlim z 5 kilometrów z kawałkiem, nie ma się czym chwalić, ale odnotowuję z satysfakcją. Poza tym piątek od rana praca nad pracą, zacięłam się i przedzieram się, najpierw jest trudno, ciężko, powoli, ale resetuję swoją dopaminę i krok po kroku. Brnę.
Wczoraj zatem też praca nad pracą rano, pół strony napisane, nowe książki pościagane, muszę narzucić sobie większą dyscyplinę i organizację, ale to nigdy tak nie działa dla mnie, połączenia między koncepcjami i teoriami rządzą się własnym życiem, więc w mojej głowie jak w kuchni po gotowaniu obiadu – góra brudnych naczyń, sos pomidorowy na ściane, okruchy i obierki, Mi chodzi za mną ‚chociaż skórki od cebuli mogłabyś od razu wrzucać do wiaderka na kompost’, ale nie mogę, bo burzy mi to moją kreatywną koncepcję obiadu, więc dalej ciacham, siekam, wrzucam i mieszam, burdel dookoła, ściera się pali, dosmaczam sos, dorzucam soli cukru majeranku, mieszam, zmniejszam gaz, próbuję, dosypuję, próbuję.
Oblizuję łychę. Pycha.
W międzyczasie, czyli w tym czasie, kiedy ja mieszam, dosmaczam, próbuję, kuchnia wygląda jak powstanie warszawskie, bez obrazy, burdel, obierki, okruszki, pozostałości życia na blacie. I tak samo wygląda moja głowa kiedy piszę. Najpierw muszą te wszystkie ingrediencje się połączyć, pomieszać się, pobalować ze sobą ze dwie noce do rana, zjeść beczkę soli, a ja dorzucam tylko do kotła, artykuły, rozdziały, cytaty i skojarzenia, teksty, czasem całe książki, dorzucam, mieszam, smakuję, pieprzę i solę, a wszystko z obłędem w oku. Bulgocze, pryska, buzuje.
Przerwa. Ściągam obłęd z oka, czeszę włosy, oblizuję paluchy. Idziemy na lodowisko.
Sprzątać będę później.