Zrobiłam zupę

Ciężko się wraca po takim wyjeździe do rzeczywistości, no, ale koniec balu panno Lalu.

W domu czekał na mnie Mi, który rozumiał, że musiałam pojechać i nie marudził i Mo, która tego nie rozumiała, ale też nie marudziła, bo w sobotę wpadli Adek z Re i zrobili z nią w końcu w końcu Halołin dekorejszyn i ja już nie muszę.

Mo się rozkręciła i zaczęła przystrajać cały dom takimi malutkimi dekoracyjkami, wszędzie wiszą jakieś mini-duszki i mini-czarne-koty, oraz mnóstwo pajęczyn. Ja jestem szczęśliwa, że mam to z głowy;D

Sąsiad z naprzeciwka, ten dobrychłop, u którego w złowieszczym białym vanie znaleziono dragów za trzysta tysięcy, nim pójdzie do więzienia (jak mniemam, ale mogę się mylić) postanowił zrobić swoim dzieciom de best halołin of der lajf, z duchami, wampirami i upiorami naturalnej wielkości, wielką pajęczyną od dachu do furtki, powiewającymi na wietrze zakrwawionymi nożami i innymi narzędziami tortur.

Mo się pyta, dlaczego my nie mamy takich dekorejszyn. Bo nie handlujemy narkotykami córeczko?

Piątek. Teksty na jutrzejsze zajęcia przeczytałam już w poniedziałek, w samolocie (ale byłam sprytna, gratuluję sobie), więc mam spokojny wieczór.

Mi właśnie wraca z konferencji, do Mo przychodzi koleżanka na nocowankę, ja zamierzam czytać coś sobie ciekawego, pewnie skończy się na artykułach do pracy, bo dawno się tak nie leniłam jak w tym tygodniu. Ale zrobiłam dziś zupę.

Jedna drobna sprawa zawodowa pomyślnie załatwiona też cieszy, bo inaczej musiałabym przychodzić późnym wieczorem do szkoły i prowadzić wykład przez internet do PUSTEJ SALI. Zajecia są bowiem hyflex, co oznacza, że studenci mogą wybrać formę uczestnictwa i oto wszyscy wybrali pozostanie w domu, calutki rok, o czym mnie poinformowała starościna, ale ja i tak musiałam przychodzić do klasy. Bo może komuś się odwidzi😐 Było to bardziej niż bez sensu, ale z poleceniami służbowymi się nie dyskutuje. Sprawa wróciła na wokandę w tym tygodniu, bowiem skoro jestem już zdrowa to nie miałam wymówki, żeby się nie pojawić w klasie, napisałam zatem oficjalnego maila czy tak ma być i dostałam odpowiedź, że tak ma być, na szczęście w sprawę zamieszane są równiesz inne osoby, które mają wykłady przede mną/po mnie i tak wespół w zespół okazało się, że wywalczyliśmy swoje. Nie ma znaczenia, że to była kompletna dilbertoza, organizacje mają swoje punkty bezwładu i obszary nieciągłości, ba, całe hektary zastosowań bez sensu i nic na to nie poradzisz;)

Poza tym moja nemezis, czyli głupia cipa (wstydzę się używać takich określeń, ale tak czuję) frenemy napisała niewinnego maila z malutką szpileczka wbitą koleżance pracowej, wstawiłam się w obronie, bo sprawa jest oczywista, a frenemy to ignorantka i się nie zna (zresztą zna się tylko połowa zespołu i to tak mniej – więcej, no ale nie każdy się tym zajmuje), dostałam zaraz wiadomość prywatną od koleżanki z podziękowaniami. Koleżanka jest od niej starsza o 10 lat, ma doktorat z Uni Irlandzkiego i się jej boi🫤 Ja już się NIE boję. Nie wiem czemu ona to robi, zastanawiałam się wielokrotnie i nie wiem – przecież w jej osobistym interesie jest, żeby inni ją lubili, tak bardzo jej na tym zależy, a ona nie może się powstrzymać, żeby komuś nie dowalić. Przy czym zawsze wybiera osoby, które w jakiś sposób ocenia, jako slabsze od siebie.

Party Girl

Ja jestem jednak imprezowa panienka.

Poleciałam na dwudniową imprezę do Polski niewyspana, trochę chora i zmęczona, po całym tygodniu pracy i studiów. W piątek przed wylotem spałam trzy godziny, dzień wcześniej, w czwartek może sześć, w środę też nie za dobrze, bo od wtorku przegryzalam pewną trudną sprawę, która pojawiła się na procesie grupowym (jak proces grupowy ryje mózg to muszę kiedyś opisać). Właściwie cały tydzień był cholernie wyczerpujący, emocjonalnie byłam w kosmosie. Do tego impreza przebierana (panika!), no i na styk z moją pracą i studiami.

Ale poleciałam, bo to moja najlepsza przyjaciółka, bo znam ją 35 lat, bo wybrała termin specjalnie pode mnie – no nie było szans się wymówić. Musiałabym być na łożu śmierci, albo w trakcie porodu.

Dziewczyny porwały mnie samochodem prosto z lotniska i pojechałyśmy do najpiękniejszego miejsca na ziemi.

Pisałam już kiedyś, że kocham las? No więc był las, strumyki, góry, bajkowy ośrodek i pięćdziesiat osób, z którymi mam wspomnienia, jakich się dzieciom nie opowiada😁

Pierwszego wieczoru granie na gitarach i przegląd wszystkich górskich piosenek, z których mój mąż się śmieje, a które ja uwielbiam śpiewać, szczególnie po piwie i jak nikt już nie zwraca uwagi na jakość wykonania. Tym razem piwa nie piłam, śpiewać nie mogłam, bo głos mi jeszcze nie wrócił, ale okazało się, że to nic nie szkodzi, bujałam się do melodii i było git. Położyłam się spać po 2 w lodowatym pokoju, w wełnianych skarpetach, piżamie na legginsy i polarze na bluzę, przykryta kołdrą i kurtką puchową, i ku mojemu zdziwieniu spałam jak dziecko do 11 rano. Potem kawka przy takich widokach,

Śniadanko, trochę śmiechów-chichów z ludźmi, których nie widziałam dwa lata, albo i więcej, i spacer z przyjaciółką w takich okolicznościach przyrody, że mogłabym tam na łące pod lasem się położyć i zostać grzybem.

Drugiego dnia była impreza właściwa. Zespół rockowy grał kowery najulubieńszych naszych kawałków z ostatnich 30 lat, a ja tańczyłam, piłam rum i nalewki, jadłam i gadałam, czyli robiłam wszystko to, co się robi na imprezie. Poszłam spać o 6.40 rano, więc można by powiedzieć, że impreza się udała.

W niedzielę lało, więc już tylko krótki spacer i powrót do Wrocka, z przygodami. A w poniedziałek do Berlina. I to by było na tyle.

Zadzwiająco, a może wcale nie zadziwiająco, impreza dobrze zrobiła mi na ciało i duszę. Bo w zeszłym tygodniu chodziłam już w kółko w swojej głowie i nie mogłam wyjść, a wystarczyło tylko przebrać się za Barbie, wypić dwa kielonki rumu i nagadać się z ludźmi, żeby to sobie obrócić w głowie.

Lizanie żaby

Teatr w piątek był bardzo klasyczny i do tego trzy godzinny. I to są dwa powody, dla których mojemu Mi się nie podobał, ale mi się podobał. Bo czego tu nie lubić – małe miasteczko w Irlandii lat 50tych, emigranci wracają do domu na krótkie wakacje, chleją, śpiewają i wydają ciężko zarobioną kasę oraz mierzą się z pozostawionymi w miasteczku rodzinnym marzeniami i problemami. Do tego rodzinna drama i różnice klasowe. Nie była to oczywiście najlepsza sztuka, którą widziałam w ramach Dublińskiego festiwalu, ale daje radę. Nie była awangardowa ani szalona, ale to kawał dobrego teatru.

Ja powoli odzyskuję głos, a raczej infekcja zjeżdża na oskrzela, ale trochę już osłabiona. Ja też osłabiona. Biedny Mi miał wczoraj wstawianie śruby pod implanta, więc też się czuje nie bardzo. A zatem dziś siedzimy w domu i dochodzimy do siebie, może krótki spacer po parku, bo kolory szaleją. Do tego dalej grzebię w literaturze, a raczej kończę jedna książkę i szukam innych. Muszę pchnąć trochę pracę i się wykurować, bo na przyszły weekend lecę na wielką imprezę i chciałabym móc śpiewać i tańczyć, choć z picia pewno dla mnie zostanie tylko hot whisky.

Po blogach przetoczyły się dyskusje o alkoholu, mi się tak tylko skojarzyło, że środki zmieniające świadomość były przez ludzkość używane zawsze, ale przeważnie ich użycie było obwarowane wieloma zakazami, nakazami i zwyczajami. Szamani wszamaniali halucynogenne grzybki, palili szamańską szałwię albo lizali ropuchy, ale przygotowywali się do tego wiele lat. Mieli wizje i doradzali społeczności, odganiali duchy zmarłych, zajmowali się pogubionymi delikwentami, albo gośćmi w kryzysie, ale społeczność dbała, żeby zmienianie sobie świadomości było w ramach jakiejś ceremonii, procesu. Alkohol też był częścią kultury śródziemnomorskiej i słowiańskiej, były czasy, kiedy picie wody było bardziej niebezpieczne niż piwa czy słabego wina z powodu zatruć i różnych bakterii.

Dla mnie problemem jest teraz perspektywa jednostkowa, widzimy alkohol jako sprawę indywidualną – chcę sobie, to se piję, nie chcę, to nie, kupię sobie piwko wieczorem albo nie. Tak jakby alkohol był – jak jak gimnastyka – osobistą decyzją jednostki, a ludzie monadami. A alkohol jest głównie społeczny – stawiam tezę, że pomimo, że są oczywiście ludzie, którzy piją sami, bo się już uzależnili, bo się rozluźniają itd, większość alkoholu się pije z innymi ludźmi i pije się właśnie po to, żeby BYĆ z innymi ludźmi, mimo, że potem to może się przeradzić w zwielokrotnione niezrozumienie – ‚pijanieli coraz bardziej, przestawali się rozumieć‚, cytując klasyka. Alkohol usypia naszą korę przedczołową, odpowiedzialną za poczucie kontroli, ułatwia nawiązywanie kontaktów i jako taki jest ważny w różnych ceremoniach, ślubach, chrzcinach, pogrzebach, wszędzie tam, gdzie spotykają się ludzie, którzy za bardzo się nie znają, a muszą razem przez coś emocjonalnego przejść. Szybko wtedy stają się mniej spięci i pozamykani.

Ale za to pozamykała bym całodobowe sklepy alkoholowe – pomysł kupienia więcej flaszek o drugiej w nocy jest zawsze złym pomysłem. Been there, done that. Po jednej i po drugiej stronie, bo jako studentka pracowałam w całodobowym monopolowym. W szufladzie miałam broń (nie żartuję), koleżanka mnie przeszkoliła jak ją odbezpieczać. Broń była do postraszenia, jakby co, miałam dzwonić na policję i wyciągać broń. Miałam 21 lat. Nie zapomnę twarzy ludzi, którzy kupowali ‚szczeniaczka’ o piątej rano, bo bez tego nie byli w stanie zacząć dnia…

Z ciekawostek, psychodeliki są coraz częściej wykorzystywane w terapii. Sama wybieram się niedługo na konferencję o psychodelikach w psychiatrii. Jest bardzo dużo nowych badań o tym, że mogą one pomóc osobom po ciężkiej traumie, z ostrymi postaciami PTSD, zaburzeń odżywiania czy depresji. Ja nie za bardzo lubię tej formy zmieniania świadomości, ale może kiedyś się skuszę;)

Żyjemy, dobra nasza

…co z życia chcesz…

O matkobosko, piątek, przeżyłam! We wtorek piękna pogoda, więc jadę sobie samochodem w pełnym słońcu, w ciemnych okularach, muzyczka gra, a ja marzę, że już w czwartek albo piątek sobie pobiegam, wokoło taka piękna jesień, kolory jak u Moneta, radość i w ogóle czad.

A tu przyszła środa i zaczęłam chrypieć.

Niby jeszcze nic, niby tylko lekka niedyspozcja, tym bardziej, że przecież się dobrze czuję, miałam katar tydzień temu, ileż można tych cholernych wirusów, prawda? No, ale środa jest ciężka, no nie lubię tego wykładu, który kończę o WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ, jest mi zimno, jest mi ciemno, nie chce mi się myśleć.

No i w czwartek rano już nie mogłam mówić, pojechałam jeszcze do szkoły, bo przecież nie mogę się zwalniać, biedni studenci – tydzień temu w masce, teraz ledwo mówię, ale pociągnęłam wykład przez godzinę i poddałam się na drugiej. Włączyłam im fajny dokument i tyle.

Wróciłam do domu, żeby dać sobie szansę, ale w międzyczasie przestałam móc mówić w ogóle i przestałam się cykać, więc ustaliłam sama ze sobą, że dam ludziom wybór: albo odrabiamy podczas przerwy semestralnej, albo coś oglądamy/czytamy, a dyskuję przekładamy na za tydzień. Na szczęście zajęcia online, więc nawet nie musiałam wychodzić z domu. A wtedy moi super studenci powiedzieli mi, że oglądną sobie spokojnie w swoim czasie, ja mam zmykać do łóżka, a za tydzień pogadamy o tym, co fajnego zobaczyli.

Dziś siedzę w łóżku. Nawet gimnastyki niet. Na razie grzebię w necie, znalazłam przepis na domowy chleb bezglutenowy na zakwasie, siostra podesłała doktora Oleszczuka, który mówi prawie to samo, co moja dietetyczka, bardzo ciekawe, polecam dziewczyny!

No i czytam książkę, której połowę już pomazałam elektronicznym podkreślaczem, bo tak niesamowicie wyjaśnia to, co od dawna czułam. Na przykład zachowanie koleżanki, która pobierając zasiłek jako samotna matka w Irlandii przez siedem lat czuła się upokorzona, że musi stać w kolejce z tymi zasiłkowcami, jak i również słowa innej koleżanki, wykształconej polonistki, która podśmiechiwała się z wystawności przyjęcia z okazji Pierwszej Komunii świętej. Oraz ogólnie sposobu bycia niektórych sąsiadów. Oraz też oczywiście moją własną niepewność, niepokój i ogólny podspodni niesmak, kiedy omawiam na zajęciach klasowość i kapitał kulturowy, a samo określenie ‚klasa niższa’ jest przecież jak cios z liścia i od razu ustawia ludzi w pewnym porządku…

Dziadersi zamiast Dziadów

Czytam sobie o studentach , którzy nie czytają i zaczynam się zastanawiać, co to będzie co to będzie, jak tak ciemno i głucho wszędzie. Ciekawe jest nie to, że studenci nie czytają, bo zawsze (jacyś studenci) nie czytali, jak to pisał bard do książek, teraz się ich przywiąże, młodzież w ogóle w swej masie jest znana z nieczytania itp itd, ale to, że ludzie na prestiżowych uczelniach i studiach humanistycznych, które sami sobie wybrali nie czytają książek w całości, jedynie fragmenty, wyimki, rozdziały, streszczenia…

Starsze pokolenia zawsze biadały i biadać będą nad kondycją fspułczesnej młodzierzy, która pije, słucha nie takiej muzy i nosi włosy (albo ich nie nosi – tuż przed maturą opitoliłam się na zero z powodu złamanego serca, zafascynowana oczywiście Sinead O’Connor, koniec dygresji), oczywiście nie uczy się i tak dalej, mnie nic nie rusza, oprócz tego czytania.

Bo okazuje się, że ci którzy muszą czytać, czytają tylko to, co muszą, oczywiście ci, którzy nie muszą, w ogóle nie czytają, ci, co jeszcze to robią, czytają bardzo pragmatycznie i użytkowo, nawet ci, co wybrali studia, bo lubią czytać, czytają coraz mniej. A co najgorsze, szkoła nie promuje samej czynności czytania, tylko zawsze utylitarne ‚czytanie ze zrozumieniem’, ‚czytanie z zapamiętaniem’, ogólnie mówiąc czytanie pod testy i sprawdziany. Nie wiem, czy czytanie bez zrozumienia jest dokładnie tym, o co powinniśmy walczyć hehe, ale mam wrażenie, że przez ten powszechny utylitaryzm i pragmatyzm tracimy coś bardzo istotnego, bo nic tak nie wzmacnia umiejętności wczuwania się w perspektywę innej osoby jak zanurzenie się w świat książki bez żadnych celów. Taka właśnie empatia co się wtedy cyzeluje i szlifuje jest podstawą solidarności społecznej, zauważania interestów innych, którzy są różni niż ja, dostrzegania, że punkt widzenie zależy od punktu siedzenia, byt określa świadomość, a jak się siedzi w dupie świat wygląda zupełnie inaczej, niż z perspektywy własnego nosa.

Ten lament powyższy to trochę mój własny, bo zauważyłam u siebie niepokojące objawy choroby czytania utylitarnego, czytam ogromne ilości cały czas, ale niestety najczęściej czytam po coś i rzadko wyłącznie dla przyjemności zanurzenia się w świecie.