Lizanie żaby

Teatr w piątek był bardzo klasyczny i do tego trzy godzinny. I to są dwa powody, dla których mojemu Mi się nie podobał, ale mi się podobał. Bo czego tu nie lubić – małe miasteczko w Irlandii lat 50tych, emigranci wracają do domu na krótkie wakacje, chleją, śpiewają i wydają ciężko zarobioną kasę oraz mierzą się z pozostawionymi w miasteczku rodzinnym marzeniami i problemami. Do tego rodzinna drama i różnice klasowe. Nie była to oczywiście najlepsza sztuka, którą widziałam w ramach Dublińskiego festiwalu, ale daje radę. Nie była awangardowa ani szalona, ale to kawał dobrego teatru.

Ja powoli odzyskuję głos, a raczej infekcja zjeżdża na oskrzela, ale trochę już osłabiona. Ja też osłabiona. Biedny Mi miał wczoraj wstawianie śruby pod implanta, więc też się czuje nie bardzo. A zatem dziś siedzimy w domu i dochodzimy do siebie, może krótki spacer po parku, bo kolory szaleją. Do tego dalej grzebię w literaturze, a raczej kończę jedna książkę i szukam innych. Muszę pchnąć trochę pracę i się wykurować, bo na przyszły weekend lecę na wielką imprezę i chciałabym móc śpiewać i tańczyć, choć z picia pewno dla mnie zostanie tylko hot whisky.

Po blogach przetoczyły się dyskusje o alkoholu, mi się tak tylko skojarzyło, że środki zmieniające świadomość były przez ludzkość używane zawsze, ale przeważnie ich użycie było obwarowane wieloma zakazami, nakazami i zwyczajami. Szamani wszamaniali halucynogenne grzybki, palili szamańską szałwię albo lizali ropuchy, ale przygotowywali się do tego wiele lat. Mieli wizje i doradzali społeczności, odganiali duchy zmarłych, zajmowali się pogubionymi delikwentami, albo gośćmi w kryzysie, ale społeczność dbała, żeby zmienianie sobie świadomości było w ramach jakiejś ceremonii, procesu. Alkohol też był częścią kultury śródziemnomorskiej i słowiańskiej, były czasy, kiedy picie wody było bardziej niebezpieczne niż piwa czy słabego wina z powodu zatruć i różnych bakterii.

Dla mnie problemem jest teraz perspektywa jednostkowa, widzimy alkohol jako sprawę indywidualną – chcę sobie, to se piję, nie chcę, to nie, kupię sobie piwko wieczorem albo nie. Tak jakby alkohol był – jak jak gimnastyka – osobistą decyzją jednostki, a ludzie monadami. A alkohol jest głównie społeczny – stawiam tezę, że pomimo, że są oczywiście ludzie, którzy piją sami, bo się już uzależnili, bo się rozluźniają itd, większość alkoholu się pije z innymi ludźmi i pije się właśnie po to, żeby BYĆ z innymi ludźmi, mimo, że potem to może się przeradzić w zwielokrotnione niezrozumienie – ‚pijanieli coraz bardziej, przestawali się rozumieć‚, cytując klasyka. Alkohol usypia naszą korę przedczołową, odpowiedzialną za poczucie kontroli, ułatwia nawiązywanie kontaktów i jako taki jest ważny w różnych ceremoniach, ślubach, chrzcinach, pogrzebach, wszędzie tam, gdzie spotykają się ludzie, którzy za bardzo się nie znają, a muszą razem przez coś emocjonalnego przejść. Szybko wtedy stają się mniej spięci i pozamykani.

Ale za to pozamykała bym całodobowe sklepy alkoholowe – pomysł kupienia więcej flaszek o drugiej w nocy jest zawsze złym pomysłem. Been there, done that. Po jednej i po drugiej stronie, bo jako studentka pracowałam w całodobowym monopolowym. W szufladzie miałam broń (nie żartuję), koleżanka mnie przeszkoliła jak ją odbezpieczać. Broń była do postraszenia, jakby co, miałam dzwonić na policję i wyciągać broń. Miałam 21 lat. Nie zapomnę twarzy ludzi, którzy kupowali ‚szczeniaczka’ o piątej rano, bo bez tego nie byli w stanie zacząć dnia…

Z ciekawostek, psychodeliki są coraz częściej wykorzystywane w terapii. Sama wybieram się niedługo na konferencję o psychodelikach w psychiatrii. Jest bardzo dużo nowych badań o tym, że mogą one pomóc osobom po ciężkiej traumie, z ostrymi postaciami PTSD, zaburzeń odżywiania czy depresji. Ja nie za bardzo lubię tej formy zmieniania świadomości, ale może kiedyś się skuszę;)