Klaskaniem mając obrzękłe prawice

Dzisiaj Halloween, oczywiście, stara irlandzka tradycja, zamerykanizowana i zglobalizowana. Mo gania po ulicy, strzelają sztuczne ognie, my uzbrojeni po zęby w słodycze czekamy w domu na bandy dzieciaków. Dom ustrojony już trzy tygodnie temu, dekoracje Halloweenowe są takim znakiem dla wyciągaczy słodyczy, że ‚tu warto pukać’.

Również dzisiaj odbyło się w mojej szkole wręczenie dyplomów, właściwie nie w mojej szkole, ale w wielkim centrum RDS, gdzie takie gale się odbywają. Ja, jako kadra akademicka dostałam uroczystą czerwoną szmatę szatę z kapturem i siedziałam w pierwszym rzędzie bijąc brawo magistrom i licencjantom (licencjatom?). Ku własnemu zaskoczeniu wzruszyłam się, bo to były akurat moje dwie ulubione grupy dziennych i zaocznych, a że przez ostatnie dwa lata byłam również ich kierowniczką do spraw akademickich, znałam ich od podszewki, od głupich wybryków po poważne problemy. Pamiętam wszystkich od pierwszego roku, uczyłam przez trzy kolejne, widziałam, jak dojrzewają (albo nie) w swoim myśleniu. Wielu z nich to imigranci, jak ja, niektórym w czasie studiów urodziły się dzieci, niektórzy zmienili pracę, niektórzy pracę stracili, spadły na nich problemy jak grom z jasnego nieba, wielu było niebotycznie ciężko momentami, wiem, bo podpisywałam zgody pod prośbami o przedłużenie roku akademickiego czy zdawanie egzaminu w późniejszym terminie, inni trochę lawirowali i ściemniali i dzisiaj unikali mojego wzroku. Trochę też o nich walczyłam z administracją uczelni, bo taka biurokratyczna machina to czasem połknie takiego delikwenta, przeżuje i wypluje, bez sentymentów.

I takie to było rozczulające, jak wciągneli mnie do wspólnych zdjęć, z całą grupą jedną, z drugą, ze studentką i jej mężem, z dwiema studentkami, potem kiedy rzucają czapkami i tak dalej. No wzrusz po prostu. Chyba nigdy się tak nie zżyłam ze studentami. A jakie świetne mieliśmy lewackie dyskusje o nierównościach, o rasiźmie, o klasowości, o genderze, o elgiebetach! W kółko im powtarzałam (za Bourdieu), że ‚socjologia to sztuka walki’.

No i tak wracałam do domu na rowerze, zmierzchało, wokoło wybuchały petardy, szumiały drzewa, poprzebierane dzieciaki ganiały po ulicach, pachniało dymem i liśćmi i czułam się jak ten rodzic, któremu dzieci z gniazda wyfruneły. Było mi smutno i sentymentalnie, ale byłam też z nich dumna, chyba przede wszystkim i cieszyłam się, że dali radę. I może coś z tych naszych dyskusji poniosą w świat.

A teraz ‚klaskaniem mając obrzękłe prawice’ zjadłam domowe frytki i mnie moja ulubiona sąsiadka zaprosiła na wino, ale mi się nie chce.

Może za dużo wzruszeń na dziś, tak mi się dobrze siedzi w domu z Mi, Mo dalej biega z dzieciarami, a mi jest tak jesiennie, wspomnieniowo, domowo. Chyba się wykręcę, nie będzie sama, bo jeszcze parę innych osób ma wpaść.

Sałatka codzienna

No dobra, dosyć tej polityki. Na razie.

Z dobrych rzeczy: była moja ulubiona zmiana czasu. Teraz przez następne pół roku będę mówiła ‚jest dziewiąta, na stary czas już dziesiąta’. Ale sobie uświadomiłam, że nie jest to chyba jednak moja ulubiona zmiana czasu, bo kiedy zajęcia kończę o 21.30, na stary czas to jest prawie wpół do jedenastej – i jak tu myśleć o tej porze;)

Zrobiliśmy zakwas i zaczyn bezglutenowy, będziemy dziś piec chleb bezgluta na zakwasie. Zobaczymy.

Tydzień temu zrobiłam również kapuchę kiszoną i jest to mistrzostwo świata! Nic nie może się równać z domową kapuchą kiszoną, jest dobra na smak, na mikrobiom i na witaminy. Kocham.

Zaczęłam też robić więcej sałatek – z quinoi z granatem, kolendrą, ogórkiem, z ciecierzycy, fasoli. Cudne, w sam raz na zimę, na lancz albo kolację.

Wczoraj pobiegliśmy, bardzo adekwatnie, bo akurat odbywał się Dublin maraton. Bardzo mnie to rozśmieszyło, bo biegliśmy po południu, jak maraton się skończył i wyglądaliśmy jakbyśmy zgubili peleton i parę godzin później wyłonili się nad brzegiem Liffey. Lało i wiało, ale biegło się dobrze, fajne, niespieszne 5 km – nie wiem jak ludzie biegają 42.

Skończyłam Freuda najbardziej socjologiczny esej Kultura jako źródło cierpień (ciekawe, że po angielsku to Civilization and its discontent i długo mi zabrało dojście, że, to ten sam esej co słynna Kultura…) i tak, jak sie zaczyna bardzo adekwatnie – ‚Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ludzie powszechnie stosują fałszywe standardy, poszukując władzy, sukcesu i bogactwa dla siebie i podziwiając je w innych, nie doceniając równocześnie prawdziwych wartości w życiu‚ – tak samo adekwatnie się kończy: agresja jest wrodzona, a teraz ludzkość uzyskała możliwość wykończenia siebie na wzajem na niespotykaną skalę i to jest podstawa większości niepokojów i lęków współczesnego człowieka, bo nie wiadomo, jak to się wszystko skończy. Pomyśleć, że gościu napisał to 100 lat temu, tuż przed 2WŚ! Jak niewiele się od tego czasu zmieniło. Dodałabym jeszcze Fromma i Ucieczkę od wolności, sado-masochizm ruchów prawicowych, pragnienie silnego przywódcy, który wreszcie nas ochroni od wrogów i pokaże drogę. Oraz Adorno i jego osobowość autorytarna naszych czasów plus może Arendt i jak to zło jest naprawdę banalne, nie wymaga naprawdę wyjątkowego sadyzmu, wystarczy nie-myślenie, emocjonalne odcięcie się od drugiego człowieka i skupienie na swojej pracy. Biblioteka dwudziestowiecznego człowieka cały czas aktualna.

Zdecydowałam, że nie lecimy na święta do Pl. Pomiędzy oddaniem esejów i rozpoczęciem zajęć mam tak mało czasu, że byłby to tylko tydzień we Wrocku za szaloną kwotę 1000 euro za bilety. Liczę na to, że rodzice jeszcze pożyją i jeszcze spędzę z nimi trochę czasu, ale może kiedy indziej.

Fáilte Roimh Theifigh 

Przypominają mi się takie hasła z ostatnich marszów i nagle zawieszamy prawa człowieka? Tak po prostu?

Jak tylko nam to pasuje??

Nie mogę tego przeżuć.

Co za fatalny świat, podzielony granicami… śpiewaliśmy, a teraz to MY jesteśmy po tej LEPSZEJ stronie granicy.

I jest super.

TO jest moja ulica (choć już dawno na niej nie mieszkam):

Zdjęcie stąd

Aborcji nie mamy, bo to nie ten czas, dyskutuje się obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców w sytuacji, kiedy służba zdrowia leży, może jeszcze obniżmy podatki?

Tak tylko napisze, że w Irl np. podatek od spadku dla najbliższej rodziny (dzieci) to 30% powyżej pewnej kwoty, mniej-więcej wartości małego domu w Dublinie.

Ja, jak każdy lewicowiec, jestem za podatkami, bo z tego są finansowane szkoły dla dzieci, opieka dla starszych i pomoc dla słabszych, wiem, to brzmi zaskakująco. I wiem, wiem, znam te argumenty o bandzie urzędników, którzy tylko chcą się dobrać do mojej kasy, też jestem przeciwko nepotyzmowi i (nadmiernej) władzy biurokracji, w końcu jestem socjologiem, ale czy to oznacza, że powinniśmy dążyć do poziomu usług publicznych jak w US?

No i przecież wiezienia i wojsko to też głównie armia urzędników, a jakoś zwolennicy narodowego wzmożenia tego nie zauważają (podobno nigdzie nie ma takiej biurokracji, jak w wojsku).

Jedna moja dobra znajoma Polka stąd przez siedem lat pobierała zasiłek i dopłatę do mieszkania, bo miała małe dziecko i nie mogła pracować. Lekko licząc, dostała około 100 tys euro od państwa Irlandzkiego, i nie, nie wypominam – uważam, że tak powinno być. Potem znalazła pracę i od razu zaczęła narzekać na podatki i na to, że z jej pieniędzy utrzymywani są ‚zasiłkowcy’. WTF. 🙈

Wczoraj za to dowiedziałam się, że inny mój znajomy, mieszkajacy od wielu lat w Irl i od wielu lat tutaj również na zasiłku, dostał niedawno mieszkanie socjalne, dwu sypialniane, bo ma córkę, która wprawdzie z nim nie mieszka, ale go może odwiedzić. Facet głosuje w Polskich wyborach na Konfę i na co dzień jedzie po lewakach i lgbt. I oczywiście uchodźcach. Na pewno to jakoś sobie tłumaczy.

Ja uczę i uczyłam uchodźców. Młodych mężczyzn i kobiety. Mam z nimi kontakt na codzień. Chcą mieć dobrą pracę i szczęśliwe życie, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Solo voy con mi pena, sola va mi condena
Correr es mi destino para burlar la ley
Perdido en el corazón de la grande Babylon
Me dicen „el clandestino” por no llevar papel

Pa una ciudad del norte yo me fui a trabajar
Mi vida la dejé entre Ceuta y Gibraltar
Soy una raya en el mar, fantasma en la ciudad
Mi vida va prohibida, dice la autoridad.

Haluny na uniwerku

W piątek byliśmy – Mi, który sobie to wpisał jako ‚rozwój zawodowy’ i praca mu zapłaci i ja z ciekawości – na takiej konferencji naukowej, organizowanej przez mój wydział.

Z takimi prezentacjami:

Połowy nie zrozumiałam 😅

Na szacownym uniwersytecie 400 osób słuchało o badaniach nad halucynogenami w praktyce terapeutycznej i psychiatrii.

Powiedzieć, że bardzo ciekawe, to nic nie powiedzieć.

Połowa publiczności miała długie włosy i fantazyjne bluzy w grzybki psylocybki i haluny, druga połowa okulary kościane i wyprasowane koszule. Wykłady z neuroscience, psychoterapii, psychologii, badania, próby, MRI mózgów po psylocybinie, EEG, Pet skany. Wykresy, próby, slajdy, przekroje mózgu z zaznaczeniem obszarów wyjątkowo aktywnych i gęstością połączeń między odległymi obszarami. Psychiatrzy, badacze mózgu i psychoterapeuci.

Badania psychodelików na próbie pacjentów z depresją odporną na leczenie (Treatment Resistant Depression).

Badania psychodelikow jako substancji pomocnych w najtrudniejszych uzależnieniach, np. od kokainy, gdzie nie ma żadnych zastępczych substancji farmakologicznych łagodzących głód.

Chemia mózgu psychodelików:

Szacowne instytucje eksperymentują z terapiami wspomaganymi podaniem halucynogenow, w Irlandii np. Tallaght Hospital z psychiatrią prowadzą takie badania. Temat niezmiernie ciekawy, eksperci przekonują, że nie tak niebezpieczny, jak zdaje się sądzić opinia publiczna.

Wydaje się, że jest to bardziej skomplikowane, niż przekonują przeciwnicy (lamentujący, że narkotyki tylko pomieszają w głowie) i zwolennicy (którzy sugerują, że zarzucenie grzybków czy LSD prowadzi prosto do oświecenia).

Staram się mieć umysł otwarty😅

Po konfie poszliśmy na randkę z mężem do koreańskiej restauracji (pysznie i tanio, jak na Dublin – jedyne 27 euro za 2 porcje).

Nasze dziecko w tym czasie oddawało się wykrawaniu dyni z bratem i jego dziewczyną.

Shame on you, Tusk!

Czytam i oczom nie wierzę, choć nie, wróć wróć wróć, wierzę, bo niestety PO to nie jest moja ulubiona partia i trudno mi było się spodziewać czegoś lepszego (choć się starałam).

To w kontekście decyzji Tuska o zawieszeniu prawa do azylu parę liczb:

W Polsce w 2022 roku było 50 wniosków o azyl. Rok później – 64, a w tym roku (do końca września 2024 – 83. W 2022 roku przyznano azyl 8 osobom, a rok później – 5. 

W 2020 roku Polska przyznała 600 tysięcy wiz pracowniczych dla obywateli spoza UE, w 2022 – 790 tys.

2020 to jeszcze przed wojną na Ukrainie.

Czyż nie jest głupotą naiwnością myśleć, że większym zagrożeniem jest 90 osób niż prawie milion? Że wśród tych 90 to sami byli więźniowie, islamiści i w ogóle przestępcy, gwałciciele nieletnich i mordercy, ale te 790 tysięcy to sami dobrzy ludzie? Zawieszenie prawa człowieka (zdefiniowanego w Międzynarodowej Konwencji Praw Człowieka) i uniemożliwienie mniej niż stu osobom złożenia wniosku o azyl pozwoli kontrolować imigrację? Odsiać ‚złych ludzi’ od tych ‚dobrych’?

Miarą wielkości przywódcy jest umiejętność podejmowania decyzji niepopularnych, jeśli popatrzymy na komentarze w Wyborczej, to Tusk niestety jest jak to … co przyczepiło się do (brunatnego) statku w Europie i mówi: płyniemy!

Zdaję sobie sprawę z narastających trudności związanych z migracją, z niepokojów społecznych, z większej przestępczości wśród imigrantów, w porównaniu z całą populacją – trudno oczekiwać od grupy, która ma takie doświadczenia z przemocą, jak azylanci, żeby byli sami mniej przemocowi. Jest to temat trudny, złożony i nieprzyjemny, ale czy rozwiązaniem jest populizm i przesunięcie całej dyskusji na prawo? Zawieszenie praw człowieka?

Z kryzysem migracyjnym będziemy zmagać się jeszcze długo, teraz się wstydzę za mój rząd, który nie ma żadnego konstruktywnego pomysłu i skupia się tylko na tym, żeby odbić Konfie!

Dziwne czasy

Trzy dobre filmy ostatnio widzieliśmy, z trzech różnych dekad.

Pierwszy to dziwny, zabawny Scorsese After Hours. Naprawdę zrobił go chyba dla jaj – lata 80te, pracownik IT (wyobrażacie sobie IT w latach osiemdziesiątych?!) poznaje dziwną dziewczynę w kawiarni. Myśli o niej cały czas i godzinie jedenastej (w nocy!) dzwoni do niej, ta go zaprasza do siebie, a mieszka w innej, odległej dzielnicy. Bardzo mnie to rozśmieszyło, przyjechał tam koło północy, no ale idea jest, że tak chyba żyła bohema;) Telefon ten zapoczątkowuje serię bardzo dziwnych zdarzeń, gdzie Scorsese z lubością zwiedza nocny, artystowski Nowy York.

Drugi film jest chyba najlepszy z tych trzech i dość mało znany – Seconds z lat 60tych. Bardzo zaskakujący, czarno biały, a mógły być właściwie zrobiony dzisiaj, bardzo dziwny pomysł, ale obserwacje tną do kości. Nie napiszę nic więcej, bo warto obejrzeć. Jest tam również bohema, ale w zupełnie innej odsłonie – bohema godna szacunku, bogata, wpływowa, elitarna. Ludzie jeszcze chodzą w garniturach, wszyscy jeszcze wierzą w American Dream, aktorzy są jeszcze zabójczo przystojni. Dawno czegoś tak dobrego nie widziałam – refleksyjny, głęboki, a przy tym nie nudny. Prawda psychologiczna 10/10.

Trzeci to Strange Days z lat dziewięćdziesiątych, dopiero zaczęliśmy, a już te lata 90te wyłażą spod kołdry. Agresja, rywalizacja, rozpad społeczeństwa. Bohema nadal chce być bohemą, ale teraz uwikłana jest z półświatkiem, kasa, dragi, agresja. Przemoc.

Chyba wszędzie ta dekada była taka bezwzględna, w USA przestępczość wystrzeliła w kosmos, w Europie Zachodniej i w Polsce również, u nas po przemianach ustrojowych połknęliśmy ten neolibralizm jak dzieci landrynkę i myśleliśmy, że tak ma być – kasa, pozycja, mafia, zapierdol, wilki z Marszałkowskiej. Śpiewaliśmy

Płomienne zorze budzą mnie ze snu
Giełdowy ranek, informacji szum
Z radiem na uszach i wartości swej
W pełni świadomy, świadomy, że hej

Moi koledzy ścigają ze mną się
Bo do wyścigu każden gotów jest
Moi koledzy z lepszych najlepsi
Trzydzieste piętro w biurowcu szklanych drzwi

Niektórzy nawet nie prześmiewczo. Tyle ludzi zostało wtedy zepchniętych na margines i zbutowanych, po 30 latach pracy obrzuconych pogardliwym homo sovieticus (nie cierpię tego określenia), ludzie, którzy całe życie po prostu pracowali w swoich zakładach pracy, nagle dostali kopa na do widzenia i radę zausz firme. Ech.

Nikt nie chciał być nieudacznikiem, wszyscy bali się, że spadną tam, gdzie ta reszta tego motłochu i ten ogromny strach powodował, że jako społeczeństwo wyprojektowaliśmy te wszystkie uczucia małości i zależności, biedy i nieporadności na staranne wybrane grupy społeczne, to oni byli ci słabi i nieudani i godni pogardy, a im bardziej ich poniżaliśmy, tym bardziej baliśmy się, że jak tylko noga nam się powinie, to do nich dołączymy, a więc tym większą pogardą ich obdarzaliśmy, bo jedynie ślepa wiara, że to nie błąd systemu, że oni sami są sobie winni dawała nam nadzieję, że przecież MY tacy nie jesteśmy, więc NAM się takie coś nie przytrafi.

I wierzylibyśmy jeszcze długo, gdybyśmy sami nie dostali nagle z liścia od niewidzialnej ręki rynku.

Handsome Johnny

Dziś słońce. I zimno.

Od rana nie chce mi się zabrać do żadnej roboty, ale jak tu się zabierać, jak świat jest taki ciekawy?

Na przykład sałatki, jak na eks-katoliczkę przystało wdrożyłam ‚mocne postanowienie poprawy’ i wzrok mój spoczął na sałatkach, bo ostatnio żywię się TRAGICZNIE, szczególnie, jak jestem poza domem, a jestem ciągle (pieczone skrzydełka kurczaka ze sklepu, ZUPA Z FABRYKI!, chleb!! kupny!!!! wprawdzie wcinam dużo sałaty, ale co to za sałata, lodowa o zgrozo! taka, której nawet mój żółw nie tknie!).

Ugotowałam zatem fasole Handsome Johnny (koleżanka Dunka wysyła mi zdjęcia ze swojego ogrodu, bo właśnie ją wyhodowała – znasz taką fasolkę A..? Podobno uwielbiana w Polsce, masz jakieś przepisy na tradycyjne Polskie danie z Handsome Johnny? ;), do tego łycha pesto, cebulka, jabłko i już jest lepiej.

Dostaliśmy dziś temat eseju – różnica między osobowością psychotyczną, a nie psychotyczną, och, będę miała jazdę po bandzie i zabawę na całego. Już się boję.

Moja córeczka wstała rano i ‚mamo, a mogę trochę porobić na drutach przed szkołą? I znowu wysunięty język, śniadanie odsunięte łokciem, i próbuje, próbuje, próbuje. Mamo, a kiedy już bedę umiała? A powiesz mi? A czemu ciągle NIE UMIEM? A jak się robi paski? A czemu nazywasz to ‚little eyes’? (oczka).

Bardzo, bardzo mnie to cieszy, kiedyś chciałam ją nauczyć robić na drutach, ale oczywiście była dużo za mała, ja zawsze stawiam dzieciom zadania ponad ich aktualne możliwości (pisałam jak chciałam nauczyć Adka czytać w wieku czterech lat, bo Lenin umiał jak miał lat pięć? :D). Bo to takie fajne zajęcie, uspokajające, koordynujące pracę lewej i prawej półkuli (nie wiem, ale tak sobie wymyśliłam, nie zdziwiłabym się, gdyby to była prawda) i przede wszystkim – odrywa od ekranu i telefonu, uczy cierpliwości, przerywa ten ciąg sztucznych iluzoryjnych dopaminicznych bombardowań mózgu, za to zalewa mózg neuroprzekaźnikami powiązanymi z działaniami w realnej rzeczywistości.

W tym czasie, jeszcze przed śniadaniem, Mi poszedł do ogrodu i przyniósł to:

Prezent od huraganu Ashley. 100% organic, nie pryskane, utuczone tylko pańskim okiem.

Wczoraj pisałam o całym domu przystrojonym malutkimi pitulnkami i pajęczynkami.

Żeby nie być gołosłowną, oto pajęczyna na pianinie:

Na dzwiach:

Czarny kot, który mówi ‚slay’ wisi na suficie:

Smutny duszek obok ‚no pasaran!’

Lustro w dużym pokoju też wymagało towarzystwa:

Irlandzka jesień

Rano – słońce, liście, szaleństwo, kolory jak u Millais. Złota Irlandzka jesień.

Teraz sztorm, wicher wieje, drzewa szumią, jabłka w ogródku spadają, halolinowe duchy pukają nam do drzwi. A pomiędzy wcisnęliśmy basen Mo, spacer po parku, bieganie i – tu duży sukces, bo myślałam o tym od miesiąca – nastawienie bezglutenowego zakwasu. I moją córeczkę taką

która chce się nauczyć na drutach. Z zaparciem dłubała pół dnia, jeszcze jej nie wychodzi, ale już się uparła, a jak się uprze…

Myślę o świętach w Pl, nie wiem, czy to ma sens. Nawet jak byśmy przylecieli po świętach, bilety wyniosą 1000 euro. Jest sens tyle wydawać na tydzień? Nie wiem, trochę jesteśmy wyciśnięci moimi studiami. Chyba w sumie lepiej można by wydać tę kasę. Ale z drugiej strony oczywiście moi rodzice, bardzo starzy oboje, trzymają się, ale to trzymanie takie kruche. (Choć w zeszłym tygodniu mama pojechała do kościoła na wózku, pierwszy raz od pół roku. Codziennie teraz chodzi po tarasie, jest dużo lepiej, ale można by powiedzieć, że nie trudno żeby było dużo lepiej od poziomu zero, czyli zupełnej bezwładności i całkowitego poddania się. Gdyby nie moje rodzeństwo, to myślę, że już by jej nie było).

Staram się coś robić do pracy, ale słabo mi to wychodzi, jeszcze nie czuję oddechu bestii na karku. Najlepiej mi się czytało wczoraj w wannie, hehe.

Lubię głowić się

To już pewne, jestem największym madjołkiem na naszym kursie. Koziołkiem-matołkiem, wujciem wariatuńciem. No i co ja zrobię, że mi się wszystko kojarzy, nie z dupą Maryni, ale z wieloma rzeczami, zaczyna mi się przypominać sto przykładów i sytuacji i muszę, po prostu muszę coś powiedzieć. (Staram się tego nie robić za często, oczywiście.

Ale co to znaczy ‚za często’??)

Dziś mieliśmy wykłady o stanach psychotycznych. Były tak niesamowicie ciekawe, że wszystko we mnie w środku podskakiwało z ekstytacji, że oto jest ktoś, kto potrafi o tych stanach MYŚLEĆ. Psychika ludzka jest tak potwornie skomplikowana i naprawdę fascynujące jest to, że niektórzy starają się zrozumieć człowieka, który jest w oku cyklonu, w stanie psychotycznego załamania wszystkich struktur. I co to w ogóle znaczy, jak to się w ogóle dzieje, że człowiek zaczyna na przykład halucynować? DLACZEGO tak się dzieje?

Cała ta dyskusja opiera się o to, w jaki sposób wiemy to, co wiemy. Jak sobie pomyślimy, że nigdy nie znamy świata jako takiego, bo nasz wgląd zawsze jest spaczony przez zmysły i dalej aparat przetwarzania danych zmysłowych, otwiera sie wtedy perspektywa myślenia o halucynacjach. Bo tak naprawdę cały czas ‚halucynujemy’ świat, tworzymy naszą rzeczywistość, tylko te nasze wytwory są ‚dość’ bliskie rzeczywistości, a przynajmniej do tego stopnia, że możemy w miarę funkcjonować w świecie z tymi błędami poznawczymi, które popełniamy. A popełniamy te błędy poznawcze – i tutaj różni się to, czego my się uczymy od klasycznych teorii – ponieważ pierwsze przetworzenie odbywa się na poziomie emocji, nie intelektu.

Ale klu jest takie, że wszyscy, cały czas, nieustannie opowiadają sobie (i innym) częściowo nieprawdziwe historie, jedyną różnicą jest, co robią z informacją o błędzie – czy są w stanie (mają dość psychicznych zasobów), żeby przebudować swój model, czy przebudowa jest tak bolesna i wyczerpująca, że zamiast zakwestionować model, zaczynają kwestionować informację zwrotną.

Jakby ktoś był ciekawy Mark Solms próbuje połączyć bajanie psychoanalityków z neuroscience, posiłkując się teorią Jaaka Pankseppa.

Dobra, nic więcej nie piszę, jak wejdę w szczegóły to nie wyjdę do rana.

Głowa mówi lubię kiedy mówię

Lubię głowić się i lubię lubić

Lubię łudzić się i łudzę ludzi

Że odcinam się by ich nie nudzić

I tym optymistycznym akcentem kończę. Idę odmoczyć mózg w wannie.