Myślenie boli

Umęczona jestem tą pracą ‚kreatywną’, nic tak bardzo nie męczy jak myślenie! (Nauka zdaje się to potwierdzać). I jeszcze budzę się w nocy i ‚myślę’ od 3 do 5.30, no koszmar po prostu!

Dlatego nigdy mnie nie dziwi, że ludzie ‚nie myślą’ – trzeba przecież oszczędzać enegię na bardziej istotne sprawy, jak na przykład seks, myślenie nie zostało przecież wymyślone, żeby sie mu ot tak sobie oddawać dla przyjemności! Mózg dziennie zużywa 20% energii całego ciała, to jest podobno 100 x więcej niż mój telefon.

Inne pokolenie

Dzisiaj praca wyssała ze mnie wszystkie kreatywne soki, a i tak dużo nie ruszyłam. Ale myślałam, prawda, i to mi zajęło cały dzień, bo myślenie to męczące zajęcie. Zwłaszcza, jak dziecko jest w domu (oczywiście chora, jedenasty września, i tak długo wytrzymała!). Nie umiem się skupić, jak ktoś mnie o coś pyta co chwilę – jak ludzie wytrzymują w biurze???

Zostawiam was z piosenką, którą od tygodnia śpiewa Mo:

Znacie?

Pytam się jej, czy wie, o czym jest ta piosenka. Tak. I czy wie, że jak się jest gejem, to jest to ok – facet może się zakochać w innym facecie. Patrzy na mnie, jakbym z choinki się urwała – jak w ogóle mogłam wymyślić takie pytanie? Poczułam się jak dziaders ;D

Porażka wychowawcza

Kiedy dziecko leci do NY i przysyła ci tylko jedno, jedyne zdjęcie Chirico z galerii MoMA.

Adek nauczył się czytać na Encyklopedii Surrealistów, tak go zafascynowały obrazy, że w kółko się pytał nas o tytuły i w końcu sam zaczął literkować. Wczesny Chirico był jednym z jego najulubieńszych i najbardziej znielubionych artystów, bał się jego obrazów i je uwielbiał. To sugeruje, że Mo podsuwałam nieodpowiednie lektury do nauki, bo idzie jej opornie.

Rano lało, 10 stopni, ciemno i nic mi się nie chciało, a dzień taki długi i wypełniony różnościami jak Christmas cake owocami!

A teraz czekam na (jeszcze nie wiem jak ją nazwać i nawet, czy na dłużej tu zagości) i jest tak:

Niech żywi nie tracą nadziei!

Myśląc, planując i się snując

Dziś jesień. Zimno, wieje, chmury, liście, w sam raz na pójście do IMMY.

Pędem dwie wystawy, na , na którą się wybraliśmy musimy przyjść jeszcze raz, bo jest o Derry i The Troubles i jest tam fantastyczny film nakręcony przez Derry Film & Video Workshop, ale dla Mo to nudy niestety i nie chcemy przecież jej męczyć, bo jeszcze znielubi SZTUKĘ, więc tylko fragment, szybko, drobne urywki. Musimy wrócić bez niej.

Film pokazuje kawałki życia w czasie the Troubles, jak zwane są lata zaostrzonej walki katolików z protestantami zakończone dopiero w 1998 Porozumieniem Wielkopiątkowym. Występuje między innymi Bernadette Devlin, jedna z najbardziej charyzmatycznych kobiet jakie widziałam, porywająca postać połnocno-Irlandzkiej polityki. Każde zdanie z jej przemówień publicznych pali jak policzek, który zresztą wymierzyła Torysowemu Ministrowi Spraw Wewnętrznych w Brytyjskim Parlamencie w 1972 , kiedy po Krwawej Niedzieli, gdzie angielskie oddziały zabiły 13 osób w tym dzieci, powiedział, że żołnierze działali ‚w samoobronie’.

Odważna, bezkompromisowa, socjalistka, skupiona na obronie biedniejszych i słabszych, była przeciwwagą dla facetów z IRA zafascynowanych bronią i przemocą. Tutaj można sobie przeczytac jej pierwszy speech w Brytyjskim Parlamecie, który wygłosiła ta 21-latka wybrana do House of Commons jako przedstawicielka Mid Ulster, czyli części Irl Północnej. Wystapienie niespotykane w polityce, szczere, bez krzty dyplomacji i okrągłych słówek, rękawica rzucona Imperium. Zaraz po nim powiedziała, że nie sądzi, żeby jej kiedyś jeszcze pozwolili przemawiać. Niesamowita kobieta. Jeszcze całkiem niedawno krytykowała nacjonalizm i ‚kapitalistyczną klasę w Irlandii’.

Druga wystawa była bardziej dla Mo, jak na przykład to:

Thinking and Planning by Heron – to ja kiedy pracuję 😅

Potem kawa w galerii i spacer po zielonych terenach wokół, z Mo próbującą jazdy na taty elektrycznej hulajnodze.

Kora na grządkach to zbrodnia

Oczywiście, że nie zdążyłam przed weekendem, więc siedzę dziś nad przedmiotem, czego żałuję, bo pogoda przepiękna. Ostatnie dni lata/pierwsze dni jesieni, ciepło i słonecznie, rano 15 stopni, a nie 10 jak ostatnio. Ale jutro olewam pracę i jedziemy nad morze, pewno będzie brzydka pogoda.

Rzuciłam się wczoraj po południu na ogród, posadziłam w doniczkach kupione w Aldiku za 5 euro tradycyjne jesienne mums, czyli malutkie przepiękne chryzantemy i posprzątałam grządkę pod ścianą domu, ale okropnie mi się nie podoba! Chryzantemy za niskie, potrzeba mi czegoś pionowego, czegoś większego, grządka podsypana korą wygląda tragicznie, co z tego, że wiosną będę miała tu tulipany i żonkile, jak całą zimę będę musiała się patrzeć na korę? Nie mam pomysłu na rośliny na północną ścianę domu, zwłaszcza, że nie chcę stada ślimaków włażących na elewację.

***

Mi wrócił ze swoich aktywistycznych peregrynacji i rzucił pomysłem, że może by tak nad morze. Pogoda ciągle jak złoto, a ja w międzyczasie poczułam, że zbilżyłam się niebezpieczne blisko stanu ‚już dziś nic nie wymyślę mądrego’ i dalsze siedzenie w domu pod presją skończyłoby się tylko większą liczbą przeglądniętych blogów i stron z ogrodami, ze szczególnym uwzględnieniem ‚cottage garden in shade’. (Hosty? Szałwia? Hebe? potrzebuję coś zielonego cały rok, żeby martwą grządkę jakoś ożywić).

Pojechaliśmy więc nad morze i to był świetny pomysł, wykąpaliśmy się w ostatnich promieniach słońca i pooglądaliśmy tłumy na deptaku. Morze jest zawsze dobrym pomysłem.

Kobieta jak befsztyk

Czyżby kolejny post? Haha, proszę bardzo!

A propos Rowlands i Cassavetesa – ich miłość wzrusza. Byli razem przez ponad 30 lat, od studiów aż do śmierci Cassavetesa i to nie dlatego, że nie mieli innych możliwości – wystarczy na nich popatrzeć, oboje przystojni tą bijącą w oczy urodą Hollywoodzkiego glamour. Żadnych skandali, żadnych afer, romansów i głośnych rozstań, czy związków z adoptowanymi dziećmi, jak to się innym sławnym zdarzało. A do tego jakie kino! Jakie spojrzenie na relacje międzyludzkie! Jest coś głęboko humanistycznego w tych filmach, coś bardzo wzruszającego i delikatnego, choć nie ma tam kszty ckliwości czy uproszczenia.

Jeśli zostajemy w temacie kina, to muszę zdecydowanie polecić nowego Lanthimosa, choć nie skończyłam jeszcze rozgryzać o czym jest ten film. Poor Things (który też bardzo lubię – jedyny film, w którym widziałam, że seks może być radosny bez zakochania – bez wyrzutów sumienia) jest przy nim jak kaszka z mleczkiem, bułka z masłem, wakacje all inclusive. Kind of Kindness jest dużo bardziej mroczny i dziwny, niedosmażony stek raczej niż kaszka, wakacje na wyspach Triobrdiandzkich raczej, a nie all inclusive. Otwiera na ościerz okno do nieświadomości (które człowiek potem próbuje zamknąć, a tu wicher).

Poza tym pracuję. Katar minął. Spotykam się z moim baby & mom na obserwacje. Z radościa zauważam, że nieustanny strumień maili z pierdołami ze sprawami niecierpiącymi zwłoki zaczął powoli wysychać, jak tylko zrezygnowałam z bycia panią kierowniczką. Wszystko toczy się swoim trybem.

Kobieta pod wpływem

Tak, zaraz się zabiorę do pracy, tylko jeszcze podzielę się z wami Cassavetesem i Geną Rowlands. Świechna napisała, że Gena niedawno zmarła i tak mi przypomniała jedną z moich najbardziej ukochanych par amerykańskiego kina.

Kiedyś, dawno, dawno temu prowadziliśmy w Dublinie lewacki klub filmowy Auntie Underground, oglądnęliśmy wtedy wszystkie filmy Cassavetesa i zaprawdę powiadam wam jest to kino, którego się nie zapomina. Cassavetes jako aktor grał w największych Hollywoodzkich produkcjach, jak na przykład Dziecko Rosemary, aby mieć kasę na kręcenie własnych.

I jakie to filmy! A Women under the Influence, Faces, Minnie and Moscowitz, Gloria – jak szukacie czegoś na jesienne wieczory, to jest to kino takie, że od razu żałuję, że już oglądałam.

Ale bez Geny nie dał by rady, w (prawie) każdym z nich jest ona postacią o której nie można przestać myśleć.

***

Znowu się nie wyspałam, obudziłam się o piatej. Menopauza? Stres początku roku? Choroba? Hormony przed okresem? Ktoś rzucił na mnie urok? Pełnia? Koniunkcja Marsa? I do tego śnił mi się dom w dół, zbudowany z pustaków, który zamiast ścian w górę miał ściany w dół, czyli w dziurę w ziemi. Czy to jest właśnie to, co teraz buduję? 😉

Kobieta na skraju

Postanowiam jeszcze zrobić w tym roku podłogę w kuchni, którą swego czasu pomalowałam na kremowo, co okazało się największą porażką dekoracyjną dekady. Farba wygląda tragicznie i tragicznie się ją myje, zrobiła się LEPKA i wszystko się do niej przylepia, każdy proch, brud, włosek, kłaczek i paproszek, utrzymanie jej w czystości to prawdziwa męka, pokuta na kolanach, wiecznie wyglądający na brudny wyrzut sumienia. I oczywiście NIKT tak jej nie umyje jak JA, o to w tym wszystkim chodzi nieprawdaż.

Przypomina mi się matka słynnej Dory, nieszczęśliwa pani domu u której Freud zdiagnozował ‚housewife psychosis’. Kobieta w wieku około menopauzalnym, która całymi dniami zajmowała się utrzymaniem porządku w przestrzennym wiedeńskim mieszkaniu zydowskiej klasy średniej.

Z nich dwóch, córki wpadającej w histeryczne spazmy z powodu nieuświadomionych erotycznych popędów i nieszczęśliwej, wiecznie sprzątającej matki bardziej mnie wzrusza ta druga, starsza i bardziej samotna, z przekwitłą urodą, kobieta, która dziś byłaby starąbabą i moherowym beretem. Myślę o obsesyjnych, nieustannych i od początku skazanych na niepowodzenie próbach uporządkowania świata, starcia kurzy, wypolerowania podłóg, całego tego codziennego, mrówczego buntu przeciw entropii, ciaglej beznadziejnej walce z brudem i robi mi się smutno.

Remont kuchni musimy niestety odłożyć na ‚kiedy skończę studia’, ale postanawiam kupić winylowe przyklejane kafle podłogowe. Pokładam w nich dużą nadzieję, że uchronią mnie przed ‚housewife neurosis’.