Dzień był zachmurzony i gnuśny, musiałam się bardzo starać, żeby nie zgnuśnieć, ani nie spleśnieć. Kupilam bilet Berlin-Dublin, więc mam już jak wrócić z mojej szalonej wyprawy w październiku, poszłam na wystawę, którą chciałam zobaczyć jeszcze raz i przeczytałam resztę tekstów na jutrzejsze zajęcia. A kiedy wróciłam i poczułam, że wszechogarniający marazm zaraz mnie dopadnie, zgliwieję do szczętu i imętu, poszłam biegać. Nie dałam się entropii, ale czy mój opór zda się na długo? Mi dogorywał na kanapie i nie miał siły na nic w ten piątek po południu.
Aaaa, jeszcze kupiłam bilety do teatru, ale jakoś tak bez przekonania – co roku się szykuję na Dublinski Festiwal Teatralny i co roku wypada w takim terminie, że jestem tak zajęta, że mi się nie chce. Szukać, czytać recenzji, wybierać, dopasowywać terminów.
Minął pierwszy tydzień zajęć i przez chwilę miałam takie uczucie, że co ja tutaj robię, naprawdę nie wiem, jak dożyję do końca roku. Spotkałam doświadczonego kolegę w kantynie, a on mówi ‚pierwszy tydzień jest najgorszy, potem się człowiek jakoś przyzwyczaja’ i przypomniało mi się, że to prawda.
Przyleciały dzieci z NY i już czekam, aż się wyprowadzą, hehe. Fajnie, jak są blisko, ale jednak NIE w jednym domu, feng shui mi się zaburza;D Ciekawe, że kiedyś przecież mieszkali u nas rok w czasie pandemii, jakoś dawaliśmy radę i nie pamiętam, żeby to było wybitnie uciążliwe czy konfliktowe, choć oczywiście momenty były. Może chodzi o to, że wtedy mieli taryfę ulgową, bo wiadomo – studenci, a teraz postrzegam ich jako dorosłych ludzi i już czuję, że czas, żeby stanęli na własnych nogach. Ale spędzają czas z Mo – ona zachwycona, codziennie nie może się doczekać aż wstaną.