Myślę o Wrocławiu. Nie martwię się i nie panikuję, po prostu myślę. Na razie woda idzie Bystrzycą od zachodu, od Leśnicy, czyli blisko nas, ale fala na Odrze ma dopiero dojść w piątek, na razie znajomi piszą ‚luzik’. Myślę, że władze zrobią wszystko, żeby Wrocław uratować, bo to już sprawa prestiżowa teraz.

Ale Kłodzka szkoda, Lądka Zdrój, Nysy, Głuchołazów, Jelonki!, a w niej Cieplic, tyle miejsc, miast i miasteczek, które znam, bywałam, mam różne wspomnienia z nimi związane. Kłodzko jest takie piękne, że aż zatyka dech, ostatni raz byłam tam z koleżanką i z papugą, dla której w knajpie kupiłyśmy szarlotkę z lodami, przysmak papugi. Ptaszor uratowany z holenderskiego przytułka wrzeszczał na całą knajpę takim niskim, męskim holenderskim. Mam w Dublinie zielony flakon z Kłodzka, wyszukany właśnie wtedy na targu staroci

i szczególny sentyment do tego miasta, jeszcze z młodości. Stamtąd jest na przykład obecny Wojewoda Dolnośląski, którego pamiętam jako romantycznego, szczupłego chłopaka z gitarą jakieś 35 lat temu. Teraz bym go nie poznała, ciekawe, czy on by mnie poznał;)
Pamiętam też powódź tysiąclecia we Wrocławiu, dla mnie było to przeżycie pokoleniowe, przełomowy i znaczący moment w życiu. Przez tydzień byliśmy odcięci po północnej stronie Odry, szła fala, a ja poszłam odwiedzić koleżankę na Ołbin i nie mogłam już wrócić, z czego byłam niepomiernie zadowolona oczywiście. Mieszkaliśmy wszyscy w sześć czy siedem osób w jej wynajmowanym mieszkaniu, Mi, który wtedy był moim kolegą ze studiów, przebijał się z chlebem z południowego Wrocka, bo u nas już się skończył i żyliśmy na makaronie czy ryżu. Całej powodzi nie zapamiętałam jako tragedii, sypaliśmy tamy, ustawialiśmy barykady, pomagaliśmy ludziom przenosić graty, dzieci i zwierzęta, śledziliśmy wiadomości, przychodzili ludzie i opowiadali, jak ratowali Ossolineum czy Uniwersytet, wspólnie kiwaliśmy głowami z potępieniem nad tymi, którzy okradali sklepy i wykręcali się od pomocy, niektórzy marzyli, żeby zalało archiwa Uniwersytetu, bo oblany egzamin był dla nich gorszy niż zalane osiemnastowieczne mury, pamiętam takie uczucie przygody i ekscytacji, w jakie jedynie młodego człowieka może wprawić katastrofa. I mam jeszcze inne wspomnienia, trochę bardziej ambiwalente i intymne, akurat nie z moim przyszłym mężem i nie na bloga.
Ciekawe jest to, jak sprawy prywatne mieszają się w naszych wspomnieniach z publicznymi, jak te koraliki wydarzeń są nanizane na nasze życia i każdy trochę inaczej pamięta, jak to było naprawdę. Dlatego nie oglądałam serialu Wielka Woda, mam zbyt osobiste wspomnienia, zbyt blisko ciała, żebym była w stanie znieść czyjąś wizję artystyczną ku rozrywce gawiedzi. Mam swoją własną.
Anonimka pisze, że pięknie u nas, to jeszcze zdjęcie z niedzielnego spaceru, mamy taką trasę od jednego parku z boiskami (nazywa się East Timor, jak niedawno odkryliśmy, na pamiątkę wizyty ważnego pana właśnie z East Timor), kładką przez szerokopasmówkę, w dół do Liffey i dalej do wspomnianego już Memorial parku, który jest upamiętnieniem dwóch wojen światowych, a z którego już rzut beretem do naszego Phoenix z dziko biegającymi jelonkami. Można do niego dojść od nas zarówno na lewo, jak i na prawo, przez dwa różne mosty. Po przeciwnym brzegu rzeki są stanice uniwersyteckie, TCD i UCD, gdzie studenci trenują kajakarstwo i często na tym właśnie odcinku widzimy grupy, jak trenują row row row your boat.
