Kora na grządkach to zbrodnia

Oczywiście, że nie zdążyłam przed weekendem, więc siedzę dziś nad przedmiotem, czego żałuję, bo pogoda przepiękna. Ostatnie dni lata/pierwsze dni jesieni, ciepło i słonecznie, rano 15 stopni, a nie 10 jak ostatnio. Ale jutro olewam pracę i jedziemy nad morze, pewno będzie brzydka pogoda.

Rzuciłam się wczoraj po południu na ogród, posadziłam w doniczkach kupione w Aldiku za 5 euro tradycyjne jesienne mums, czyli malutkie przepiękne chryzantemy i posprzątałam grządkę pod ścianą domu, ale okropnie mi się nie podoba! Chryzantemy za niskie, potrzeba mi czegoś pionowego, czegoś większego, grządka podsypana korą wygląda tragicznie, co z tego, że wiosną będę miała tu tulipany i żonkile, jak całą zimę będę musiała się patrzeć na korę? Nie mam pomysłu na rośliny na północną ścianę domu, zwłaszcza, że nie chcę stada ślimaków włażących na elewację.

***

Mi wrócił ze swoich aktywistycznych peregrynacji i rzucił pomysłem, że może by tak nad morze. Pogoda ciągle jak złoto, a ja w międzyczasie poczułam, że zbilżyłam się niebezpieczne blisko stanu ‚już dziś nic nie wymyślę mądrego’ i dalsze siedzenie w domu pod presją skończyłoby się tylko większą liczbą przeglądniętych blogów i stron z ogrodami, ze szczególnym uwzględnieniem ‚cottage garden in shade’. (Hosty? Szałwia? Hebe? potrzebuję coś zielonego cały rok, żeby martwą grządkę jakoś ożywić).

Pojechaliśmy więc nad morze i to był świetny pomysł, wykąpaliśmy się w ostatnich promieniach słońca i pooglądaliśmy tłumy na deptaku. Morze jest zawsze dobrym pomysłem.